Mazury już nie takie…

5

To już nie to samo – narzekają dawni bywalcy. A młodym podobają się zmiany i przyjeżdżają tłumnie na Mazury.

Pływanie na żaglach po mazurskich jeziorach to jeden z dobrych mitów z czasów PRL-u. Wtedy była to rozrywka dla wybranych, wypoczynek dla tych, którym w smak był surowy żeglarski los i którzy konsekwentnie trzymali się charakterystycznej obyczajowości i etyki. Mazurska infrastruktura była wtedy – w latach 60. i przez dwie kolejne dekady – bardzo prymitywna, w wielu względach praktycznie nie istniała. Nikomu to nie przeszkadzało. Przeciwnie – tak właśnie przecież budowała się legenda żeglarzy jako ludzi twardych, wytrzymałych i nie cofających się przed niczym. Drewniane żaglówki były więc wówczas nie tylko jednostkami pływającymi, ale także mieszkaniem dla załogi. Nie było zresztą za bardzo możliwości, żeby mieszkać gdzie indziej – jedyną szansą było rozbicie, za zgodą miejscowego rolnika, namiotu na łące na brzegu jeziora. Myło się wtedy w jeziorze, a jedzenie kupowało u miejscowych i gotowało prymitywne posiłki nad ogniskiem.
Legenda to z jednej strony piękna, z drugiej – świadcząca o sporej ilości wyrzeczeń, które trzeba było ponieść, żeby wejść do elitarnego grona mazurskich żeglarzy. Dziś niewiele z niej zostało – Mazury i Warmia zmieniły się nie do poznania i to pod każdym względem. Oczywiście, że na lepsze, choć nie brakuje takich, którzy narzekają, że dziś to już nie to samo, co kiedyś i żeglowanie po Krainie Tysiąca Jezior oznacza zupełnie co innego, niż dawniej.
Wielka przemiana tej części Polski zaczęła się jeszcze w latach 90., choć dopiero niedawno nabrała tempa. Wiąże się to oczywiście przede wszystkim z pieniędzmi. Najpierw zaczęli je tu przywozić niemieccy turyści, a potem szczodrze sypnęła groszem Unia Europejska. Ci pierwsi przyjeżdżali do miejsc, które znali z dzieciństwa, przed wypędzeniem przez Armię Czerwoną pod koniec wojny. Nie tyle zależało im więc na rozwoju infrastruktury żeglarskiej, ile odbudowywaniu z gruzów swoich dawnych domów – nierzadko pięknych dworków i pałacyków. I rzeczywiście, na Mazurach nagle zaczęły powstawać – a raczej: podnosić się z ruin – piękne rezydencje, stajnie i stadniny, dawne gospodarstwa pruskich junkrów, a nawet gotyckie i renesansowe zamki. Większość z nich restaurowano na potrzeby obsługi turystów, powstawały więc w nich pensjonaty i restauracje.
W nowym wieku za sprawą unijnych dotacji wielką rewolucję przeszła podstawowa mazurska infrastruktura. Na pierwszy ogień poszła sprawa bardzo w tym regionie Polski zaniedbana: drogi. Wystarczyło kilka lat, żeby Mazury przestały słynąć z wąskich, pozbawionych pobocza szlaków, którymi nie dało się poruszać szybko i sprawnie. To oczywiście sprawiło, że na Mazury zaczęło przyjeżdżać coraz więcej spragnionych nietypowego wypoczynku pod żaglami. A to z kolei stało się przyczynkiem do znacznego unowocześnienia infrastruktury służącej żeglarzom: mariny, pomosty, specjalistyczne punktu do obsługi jachtów i ich załóg, nowoczesne stanice i pola kempingowe, wyposażone w niedostępne wcześniej urządzenia, najnowocześniejsze hotele, w których można odpocząć po całodziennym rejsie. A na koniec także niezliczone punkty gastronomiczne i handlowe, począwszy od wytwornych restauracji, skończywszy na wszechobecnych małych sklepikach, w których można kupić wszystko, co potrzebne na łódce. Mazury zaroiły się od tego typu inwestycji, które sprawiają, że wypoczynek pod żaglami  zmienił dziś swój charakter – jest łatwy i wygodny, jak nigdy wcześniej.
Tradycjonaliści zżymają się, że w efekcie żeglarstwo po jeziorach straciło swój dotychczasowy, elitarny charakter. Na Mazury zaczęły przyjeżdżać przypadkowe osoby, dla których pływanie na łódce jest tylko przerywnikiem między biesiadowaniem w restauracjach i korzystaniem z dobrodziejstw hotelowych centrów spa. Jest w tym sporo racji – dziś rzeczywiście żeglowanie stało się formą rekreacji dostępną dla każdego. Pytanie tylko, czy to źle, że tak się stało.

Autor: Przemek Gulda