Naród się bawi

3

W Augustowie okoliczna ludność uczestniczyła w zabawie "Pływać na byle czym"...

Przyjaciółka z Polski poinformowała mnie e-mailem – a z jej listu pobrzmiewał entuzjazm i rozbawienie – że, aby uczcić 20. rocznicę obalenia komunizmu w Polsce, grupa młodych ludzi, przebrana za kosmonautów w złotych skafandrach, udaje się samolotem – również pomalowanym na złoto – do Brukseli. Tam mieli kontynuować ten artystyczno-marketingowy happening, chodząc, jak przypuszczam, po ulicach Brukseli w owych złotych skafandrach i tłumacząc zdezorientowanym przechodniom, na jaką okoliczność się tak przebrali (na okoliczność 20. rocznicy obalenia czerwonych).
Bardziej niż jasność ich posłania i jakość artystycznej idei zastanawia mnie: skąd wzięły się na to pieniądze? Na czarter samolotu choćby? Już się domyślam: z Brukseli.
Inna wiadomość krajowa, tym razem z Łodzi. To jedno z gorzej stojących gospodarczo dużych miast; poza ul. Piotrkowską cała reszta wydaje się biedna i niedoinwestowana. Nic to: odbywały się tu dni kultury japońskiej. Na tę okoliczność jedzono japońskie potrawy, przebierano się w stroje samurajów, urządzano parady uliczne, pokazy walki na miecze i parzenia zielonej herbaty. Kto za to zapłacił?
W Augustowie natomiast okoliczna ludność uczestniczyła w zabawie pt. "Pływać na byle czym", zamiast łodzi konstruując przedziwne wehikuły.
Ogromną popularnością cieszą się w Polsce próby bicia rekordów Guinnessa. Są one obficie komentowane w gazetach, agencje prasowe zamieszczają zdjęcia, przyjeżdża telewizja. Nie ma tygodnia, żeby jakiś szczyl nie próbował zapisać się w annałach historii ludzkości najdłużej ze wszystkich siedząc na drzewie, podbijając piłkę piętą, grając na grzebieniu. Są to osiągnięcia indywidualne. Ale Polacy biją też rekordy Guinnessa w innych kategoriach: największej baby z piasku, najdłuższej kolejki po mięso (teraz zmyślam), największej liczby osób w małym fiacie itd.


Zdjęcie: PAP

Właśnie czytam, że w Malborku zainscenizowano najprawdziwszy szturm na zamek (patrz zdjęcie). Uszyto kostiumy – kopie tych z epoki, wyposażono kilkaset osób w atrapy mieczy, pożyczono konie.
(Takie operetki z rycerzami na koniach i z tekturowymi mieczami odbywają się zresztą co roku w Golubiu-Dobrzyniu).
Akcje i happeningi nie zawsze mają być frywolne. Coraz czytamy o jakimś festiwalu, nocnych imprezach w muzeach, festynach, koncertach, jarmarkach i juwenaliach.
Kto za to płaci?
Zmuszony jestem porównać to ze Stanami (nic nie poradzę, tu ukazuje się ta gazeta). W USA nikt nie funduje festiwali i artystycznych happeningów. Jeden Christo na 10 lat – i tyle. Tu nawet zespół teatralny ma potworne trudności ze zdobyciem rekwizytów i kostiumów, bo trzeba za ich wynajem słono zapłacić. Tu nawet sławne w świecie instytucje kulturalne utrzymują się cudem na powierzchni, żebrząc o prywatne datki.
Oczywiście w Europie jest inaczej: więcej jest tam pieniędzy z państwowej kasy płynących na kulturę, a w tym pojemnym haśle urzędnik może umieścić zarówno premierę operową, jak i zawody w badmintonie czy wypiek największego pączka wszech czasów.
Tak więc i w Polsce pieniądze na to się znajdują. Często pieniądze Unii Europejskiej. Wygląda to na totalne marnowanie tej pomocy, ale podejrzewam też, że – jak zawsze w przypadku biurokracji – te fundusze są wyasygnowane na konkretne cele, a jak się ich nie wykorzysta, to się zmarnują. Nie da się więc, jak sądzę, zamiast festiwalu balonów ulicznych wydać dotacji na nowy autobus czy stację metra. Na metro istnieją zapewne fundusze pomocy z innej puli.
Dobrze by było, gdyby istniały nieporównanie bogatsze od Ameryki państwa, które wysyłałyby tu pieniądze na teatry off-off-Broadwayu, na dofinansowanie upadających gazet, bibliofilskie wydania poezji, wystawy rzeźby i festyny parkowe z historycznym tematem. Niestety, tu zwykle sami musimy za to zapłacić.
Część tych wspólnych zabaw narodu polskiego odbywa się jednak nie za europejskie pieniądze, lecz własne. Ale nie z kieszeni prywatnych uczestników, tego jestem pewien. Nie: wydaje się na to pieniądze miasta. Z ogromną energią – wartą lepszej sprawy – żebrze się też o nie u sponsorów.
Jest to świadectwem polskiej niefrasobliwości, ale może też romantyzmu, skoro tyle pieniędzy i energii zużywa się tam na różne akcje i wydarzenia, które są chwilowe, doraźne, które niczemu nie służą i niczego nie budują?
Może więc Polacy są narodem hedonistów, umiejących się bawić, żyjących chwilą? Dostrzegających przy tym powszechnie absurd egzystencji, więc uatrakcyjniających ją absurdalnymi – i absurdalnie drogimi – imprezami? Nie wiem… u indywidualnych obywateli takich cech nie zauważam. Społeczeństwo jako całość też nie plasuje się w światowej czołówce, gdy idzie o wesołość, niefrasobliwość oraz zamiłowanie do nieustannych zabaw i bachanaliów.
Te uliczne orgie i śmieszne happeningi wydają się organizowane odgórnie: ktoś inny to wymyśla, zdobywa pieniądze i prowadzi, a lud prosty, skoro dają za darmo, przyjdzie na chwilę popatrzeć.
Istnieje jeszcze inne wytłumaczenie tak wielu niepotrzebnych imprez i akcji w niezbyt bogatym kraju. Być może mamy do czynienia z tzw. rzeczywistością medialną. Takie happeningi są łatwe do opisania i sfotografowania, ożywiają nudny dziennik telewizyjny. Tak więc ciągle ktoś nam o nich donosi. W efekcie Polska wydaje się krajem wesołym i pełnym fantazji oraz na tyle bogatym, aby wydawać na fanaberie.
Dla kontrastu, w nowojorskich mediach opisuje się zawody, kto zje najwięcej parówek. Świadczy to, że Amerykanie nie bardzo mają co pokazywać oraz że – w odróżnieniu od Polaków – coraz częściej chodzą głodni.

Autor: Jan Latus