Nick Czarnecki: Dokumentuję ludzkie dramaty

0
1

Nick, czyli Mikołaj, dopiero co skończył 30 lat ale ma już na swoim koncie publikacje w tak ważnych pismach, jak „National Geographic”, „Time”, „Bloomberg”, „The Guardian”, „The Sun”, „The Christian Science Monitor” i „The London Financial Times”. Jego zdjęcia były pokazywane w galeriach w Portland, Oregon, Richmond, Virginia, Vermont.
Przez kilka ostatnich lat Nick Czarnecki (jego strona: www.nczarnecki.com) był etatowym fotoreporterem „Metro Boston” (mieszka w Cambridge koło Bostonu). Gazeta czytana codziennie przez 150 tys. osób, niemniej przeżywająca – jak wszystkie inne – problemy finansowe, zatrudnia teraz Nicka na zlecenie. Ale zleceń ma dużo i dobrze płatnych. Tak więc radzi sobie – utrzymuje się wyłącznie z fotografii. Niedawno kupił sobie nawet motor BMW (motocykle to jego druga, po fotografii, pasja).
Jak sobie radzi z faktem, że rynek psują miliony osób robiących wszędzie i zawsze zdjęcia, zwykle telefonami? Tłumaczy, że pewnych fotografii nie da się wykonać iPhonem (z drugiej strony jedno takie zdjęcie jego autorstwa trafiło na okładkę). Choć zaczynał od Nikona, od lat pracuje na sprzęcie Canona. Teraz są to lustrzanki Canon 5D Mark III, jedna wyposażona w obiektyw 17-35 mm 2.8 a druga z długim zoomem 70-200 mm (to standardowy zestaw zawodowych reporterów). Na wakacjach wystarcza mu mały Canon G12.
Jeszcze ważniejsza od jakości sprzętu jest umiejętność fotografowania. Nick śmieje się, że te miliony ludzi nawet nie wiedzą, jak trzymać aparat/komórkę – zwykle mają wyciągnięte ramię. Nie znają podstawowych reguł kompozycji i oświetlenia. I fotografują bezmyślnie, zwykle takie same sceny, np. roześmianą grupę na imprezie.
Jak sobie radzi z trudną sytuacją na rynku fotograficznym? Słyszał na pewno, że dziś z fotografii utrzymać się nie można? Słyszał, ale on się utrzymuje – także dlatego, że ma agentkę, która dba o jego interesy.
Trzeba tu dodać, że dziś także posiadanie agenta przez fotografa wiele osób skłonnych jest uważać za przeżytek i niepotrzebny wydatek.

Tam, gdzie dramat

Tajemnicą sukcesu Nicka jest też to, że dobrze wie, co chce fotografować. Chce być z kamerą tam, gdzie dzieją się ważne rzeczy. Choć zrobił zdjęcia Aerosmith podczas ich występu w Bostonie i chlubi się fotografią Dalajlamy, też w tym mieście, zwykle wsiada w samolot i leci tam, gdzie rozgrywa się dramat. Fotografował skutki huraganu Sandy w Nowym Jorku, miejsce masakry w szkole w Newtown, CT, spustoszenia po huraganie Katrina w Nowym Orleanie, protesty G20 z 2009 roku, pożary lasów w Kaliforni w 2007 roku.
Czy robi zdjęcia z ukrycia? Nie – zawsze podchodzi blisko do ludzi, których chce sfotografować. Czy nie jest zakłopotany, zawstydzony, że będzie eksploatować ich tragedię? Też nie – mówi im, kogo reprezentuje, że te zdjęcia pozwolą zobaczyć światu ich problemy, i że może dzięki temu uzyskają nie tylko współczucie, ale i konkretną pomoc. Słowem, uświadamia im, że jest po ich stronie. Robiąc zdjęcia z ukrycia, musiałby zadowolić się tym krótkim momentem, kiedy otworzyła się migawka. Stojąc blisko swoich modeli może natomiast robić im wiele zdjęć. Po pewnym czasie ludzie oswajają się z obecnością fotografa – wtedy jest szansa, że powstaną zdjęcia nieprzypadkowe, natomiast pełne ekspresji.
Czarneckiego mniej interesują inne dziedziny fotografii, jak krajobrazy czy fotografia sportowa. Nie widzi jednak problemu, żeby zrobić np. portret, komercyjne fotografie żywności albo reportaż ze ślubu.
„W wypadku zdjęć ze ślubu nie chodzi tylko o pieniądze. Pozwalając parze młodej i jej gościom oglądać potem siebie w tym pięknym momencie życia mam poczucie, że jestem potrzebny, odczuwam, że ktoś to odbiera. Gdy sprzedaję zdjęcia np. do jakiejś gazety, nie odczuwam takiej satysfakcji.”
Nie jest też zainteresowany komputerowym przerabianiem zdjęć – ogranicza się do kadrowania i drobnych retuszy w programie Lightroom.
Czasem oczekuje się od niego, że zrobi film wideo. Podkreśla jednak, że przede wszystkim jest fotografem i musiałby na serio zająć się filmowaniem, aby dojść to do perfekcji.

W ciemni

Nick uważa, że trudno być dobrym fotografem, nawet posługującym się wyłącznie sprzętem cyfrowym, jeśli wcześniej nie poznało się podstaw fotografii. Najlepiej – w ciemni.
Miał ją w high school na Long Island, gdyż tam wtedy mieszkał z rodzicami, w mieście New Hyde Park. Jak to polscy rodzice, martwili się trochę o Mikołaja, który nie należał do najpilniejszych uczniów i nie bardzo wiedział, co chciałby robić w życiu. Co prawda, miał w swoim pokoju kolekcję starych aparatów fotograficznych, w tym pierwszy, podarowany przez ojca Canomatic, a potem kolejny, dobrą lustrzankę Olympus OM2000.
Mikołaj zaczął udzielać się w kółku fotograficznym, obsługiwał aparaty wielu formatów, wywoływał własnoręcznie zdjęcia w ciemni. Pierwszy raz zauważył – i zauważyli inni – że ma „oko” do fotografii, gdy robił zdjęcia do albumu uczniów (yearbook). Starał się, aby każdy portret wychodził poza sztampę bezmyślnych uśmiechów. Już chyba wtedy wiedział, że chce zostać fotografem.
Wybrał więc college fotograficzny. Dziś i on, i rodzina, nie mają wątpliwości, że wybrał dobrze. On w każdym razie nie ma.
Nie sposób tu nie dodać, że pierwszą publikacją prasową Mikołaja był uliczny fotoreportaż z Manhattanu opublikowany przez 18-latka w Weekendzie/Nowym Dzienniku w 2001, jeszcze aparatem na film. Potem jeszcze kilkakrotnie Mikołaj zamieszczał u nas interesujące fotoreportaże, np. o zamykanym polskim kościele w Massachusetts i o rozkładzie miasta Detroit.
Nick Czarnecki przekonuje nas, że warto trzymać się swojej młodzieńczej pasji, gdyż wtedy można być w swojej pracy naprawdę dobrym – i osiągnąć sukces bez względu na sytuację na rynku. Choć chowany od dziecka w Stanach, Mikołaj bywa w Polsce i dobrze zna język polski. Widział już swoje zdjęcia w polskiej gazecie – niech teraz poczyta o sobie i zobaczy swój portret na okładce.
… Chyba że nie będzie miał okazji. W ten weekend ma być w miasteczku Crossett w Arkansas. Będzie fotografował ludzi mieszkających przy jednej uliczce; już 10 osób zmarło tam na raka, zapewne z powodu toksycznych substancji wypuszczanych do rzeki przez fabrykę.

Autor: Jan Latus