Niespełnione przepowiednie

65

W kwestii przyszłości mylą się wszyscy, od Nostradamusa począwszy na Alanie Greenspanie skończywszy.

Rok 1984 nadszedł, a potem minął. Podobnie 2001. Tymczasem z Nowego Wspaniałego Świata na razie nici. A i na Odyseję Kosmiczną przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

No, ale nie ma się co zżymać na reżyserów czy literatów, skoro w kwestii przyszłości mylą się wszyscy, od Nostradamusa począwszy na Alanie Greenspanie skończywszy. Co tam zresztą zawodowi wróżbici i profesjonalni (teoretycznie) ekonomiści, skoro jeszcze większe wpadki futurologiczne mają na swoim koncie nawet tak szacowne instytucje, jak Kościół rzymski, który z całą powagą zapowiadał koniec świata na rok 1000. I co? I nic.
Jedyna korzyść związana z zapowiadaną na pierwsze millenium apokalipsą, to sylwester obchodzony na pożegnanie każdego mijającego roku, bo tak się akurat złożyło, że na czele Kościoła stał na przełomie pierwszego tysiąclecia papież Sylwester Drugi. No, a po Armagedonie zapowiadanym na koniec drugiego tysiąclecia zostało jeszcze mniej – jedna anegdotyczna pluskwa milenijna.
Z nietrafionych przepowiedni można by zresztą układać całe tomy, w każdej właściwie dziedzinie. I dobrze się składa, bo większość fałszywych proroctw stanowią wizje powszechnej katastrofy, jak nie kosmicznej, to przynajmniej ekologicznej. Straszenie zagładą ludzkości w wyniku dewastacji środowiska to akurat nasza współczesna specjalność, bo proroctwa podlegają swoistym modom. W minionym wieku stawiano raczej na unicestwienie naszego gatunku związane z rozwojem energetyki atomowej. Potem straszono bombą demograficzną. Teraz w roli iskry, od której zapali się świat, występuje globalne ocieplenie. Nieco mniej trendy jest zaś ostatnio wątek międzynarodowego terroryzmu. Podobnie jak pandemie, w tym najnowsza – "świńskiej" grypy. Tak czy inaczej, zdaniem fałszywych (na razie) proroków, ludzkość prędzej czy później podzieli los dinozaurów i innych stworzeń kopalnych.


Ilustracja: Archiwum
A miało być tak pięknie…

W dwudziestym pierwszym wieku po bezkolizyjnych, zawieszonych w przestrzeni autostradach miały poruszać się bezpieczne, latające samochody, po jednym na każdego statystycznego Kowalskiego. Naszpikowane elektroniką, wygodne domki z ogródkami (znów po jednym na każdego Smitha) miały być absolutnie samoobsługowe, podobnie jak wstawione w te domki lodówki, pralki i inne odkurzacze (notabene o napędzie atomowym, o czym zapewniał przed niespełna pół wiekiem jeden z najbardziej znanych na rynku producentów tychże). Rolę nielegalnych imigrantów zatrudnionych w przemyśle, transporcie, usługach i na niższych szczeblach w zawodach technicznych i administracji (czyli wszędzie tam, gdzie trudno, brudno albo nudno) miały spełniać automaty o wysokim ilorazie AI (artificial intelligence).
A wszystko to dzięki nowym źródłom energii oraz rozwojowi nanotechnologii, pozwalającej na materializację (w dosłownym sensie) wszystkich naszych zachcianek konsumpcyjnych. Błyskawicznie i na dodatek zupełnie "z niczego" (synteza atomów).
Z innych zdobyczy cywilizacji dostępnych na początku aktualnego stulecia w powszechnym użytku miały być jeszcze leki na wszelkie nękające ludzkość choroby, dostępne dla wszystkich techniki zachowywania wiecznej młodości, a z czasem także… nieśmiertelność na życzenie. A już na pewno jakaś jej namiastka w postaci hodowanych z komórek macierzystych "ciał zastępczych" lub zarchiwizowanej na trwałym nośniku osobowości, przekładanej w razie potrzeby (jak płyta DVD) do kolejnych, ulepszonych, mechanicznych "odtwarzaczy" typu Kowalski 2.0, 2.1 i tak dalej…
Tak właśnie miała wyglądać przyszłość roku 2000 w prognozie postawionej ludzkości pół wieku wcześniej przez ekspertów zaproszonych przez Associated Press. Tymczasem jak jest , każdy widzi…
Akurat w przypadku tych wszystkich przepowiedni to trochę szkoda, że się dotąd nie spełniły.
Natomiast co do innych – nasze szczęście. Bo to chyba dobrze, że nie doczekaliśmy eksplozji zapowiadanej w 1968 roku przez Paula Ehrlicha "bomby demograficznej", czyli globalnego przeludnienia, połączonego z wyczerpaniem się źródeł energii, surowców i zapasów żywności oraz katastrofą ekologiczną. No, ale teraz sen z powiek demografów spędza wizja starzenia się i szybkiego wymierania naszej populacji.
Nie spełniły się też mroczne przepowiednie słynnego Klubu Rzymskiego, który w 1972 roku opublikował wstrząsający raport "Granice wzrostu", zapowiadający, że jeszcze przed końcem dwudziestego stulecia ludzkość czeka katastrofa wynikająca z braku surowców i zatrucia środowiska. Dzisiaj, po tamtych proroctwach, został tylko dokuczliwy "produkt uboczny" – ekologia. No, ale podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…
W branży wróżbiarskiej niewiele lepiej od ekonomistów i technologów radzą sobie także politolodzy i historycy. Przepowiedzieli przecież (na przykład w "Kronikach Przyszłości", które ukazały się na łamach "Sunday Times" w 2000 roku) wojnę nuklearną w Rosji oraz rozpad Wielkiej Brytanii, a wszystko w ciągu najbliższej pięciolatki. Żaden z dyżurnych ekonomicznych proroków nie zauważył natomiast symptomów nadciągającej nad USA i resztę świata katastrofy na rynkach finansowych.
Nie lepiej jest i teraz. Najnowszy numer "Scientific American" właśnie zapowiedział bliski Peak of Everything, czyli deficyt wszystkiego.
Na szczęście ludzkość doświadczona porażkami kolejnych samozwańczych futurologów zdaje się w ogóle nie przejmować czarnymi prognozami, licząc, że – jak zwykle – jakoś to będzie. Bo przecież zawsze dotąd jakoś bywało. A poza tym – wiadomo – na dwoje nauka wróżyła.
W końcu słynny Francis Fukuyama zapowiedział koniec historii już dwie dekady temu. Ale – jak się zdaje – historia do dzisiaj nic nie wie o tym, że się skończyła, więc – po staremu – dalej kołem się toczy.

Autor: Alfa Omega