Pogoda na Weekend

7

Owszem, spadają nakłady gazet i tygodników, ale też w kioskach ciągle pojawiają się nowe tytuły...

Przyszłość prasy to teraz gorący temat. Gazety sprzedają się w kryzysie jeszcze gorzej niż samochody Chryslera, nie ma więc tygodnia, żeby na jakichś ważnych łamach nie ogłaszano kolejnego "the end of press". Największe trzęsienie ziemi przechodzą zaś – co oczywiste w dobie internetu – wydawcy pracujący na tradycyjnych nośnikach z epoki Gutenberga.

A przecież – wydawałoby się – jest to dziedzina, która powinna raczej zarabiać, niż tracić na gospodarczym kryzysie. Informacji potrzeba bowiem w ciężkich czasach znacznie bardziej niż nowych samochodów. A poza tym jest to branża, w której wszystkiego ostatnio znacznie przybyło – i fachowców, bo nie ma już chyba na świecie takiego uniwersytetu, który nie prowadziłby kształcenia na kierunku "dziennikarstwo", i nowoczesnych technologii produkcji, i wreszcie tego, czym w gruncie rzeczy handluje cały sektor – informacji do przetworzenia. Ich liczba rośnie teraz jeszcze szybciej, niż traci na wartości amerykańska waluta w rozliczeniach bankowych.
Tymczasem kryzys nieoczekiwanie dla wszystkich ujawnił prawdę niewygodną zwłaszcza dla zawodowych dziennikarzy. Jak się okazało, najważniejszym sektorem współczesnej redakcji nie jest newsroom, tylko komórka do spraw marketingu. Z punktu widzenia opłacalności całego interesu, dla rynku prasy najważniejsze są… reklamy. Jakość materiałów dziennikarskich ma zaś – jeśli w ogóle – zaledwie drugorzędne znaczenie.
Kiedy rozpoczął się kryzys na rynku gazet? Wtedy, gdy zaczęły one masowo tracić na rzecz internetu "ogłoszenia drobne". Potem – tym razem już nie tyle ze względu na ograniczony zasięg i mniejszą interaktywność słowa drukowanego wobec sieci, ale na własne kłopoty finansowe – liczbę i wielkość reklam prasowych ograniczył większy i mniejszy biznes. I zrobił się problem.
Współczesne gazety w formie, w jakiej je znamy, tak naprawdę nie sprzedają bowiem informacji, tylko materiały reklamowe. Z tego żyją. Natomiast analizy, reportaże, komentarze i recenzje, z których tak dumni bywają ich autorzy i redaktorzy, to tylko "szum informacyjny", dodatek do ogłoszeń "kupię-sprzedam" oraz "praca". I – ewentualnie – do plotek z życia gwiazd i celebrytów.
Kiedy reklama przeniosła się do internetu, gdzie już wcześniej gazety pozakładały zresztą – żeby sprostać elektronicznej konkurencji – portale informacyjne, załamanie rynku tradycyjnej prasy wydaje się więc tylko kwestią (niedługiego) czasu. Ten sam los może zresztą spotkać także tytuły wychodzące wyłącznie w formie cyfrowej. Na reklamie w internecie nie da się bowiem zarobić tyle, co na tej tradycyjnej, drukowanej, toteż wpływy z portali nie równoważą zwykle nawet nakładów na ich prowadzenie, tym bardziej nie generują więc oczekiwanych dochodów. Z tego właśnie powodu światowej sławy magnat prasowy Ruppert Murdoch, który zresztą od dawna przekonuje innych wydawców do cyfryzacji całego sektora informacyjnego, w czerwcu tego roku wezwał oficjalnie właścicieli medialnych platform internetowych do wprowadzenia opłat za korzystanie z publikowanych na nich materiałów. No ale tego próbował już – na przykład – choćby "New York Times". I zrezygnował pod naciskiem czytelników. Tak więc na razie zawodzą wszystkie próby ratowania upadających gazet.
A jednak w chwili, kiedy "śmierć prasy" wydaje się przesądzona, ciągle pojawiają się pomysły, jak odroczyć czy też w ogóle anulować ten nieuchronny – zdawałoby się – wyrok rynku medialnego. A biorą się one z obserwacji, że owszem, szybko spadają nakłady większości gazet i tygodników, ale też w kioskach ciągle pojawiają się nowe tytuły prasowe. I mało, że się pojawiają. Przynajmniej niektóre z nich radzą sobie doskonale, zyskując nawet – co sam Murdoch uznał za niezwykle trudne do przeprowadzenia w epoce cyfryzacji – subskrybentów internetowych, skłonnych płacić za prawo do czytania wybranych tytułów w sieci. Jak to robią?

Zdjęcie: Archiwum

Kluczem do ich sukcesu jest specjalizacja. Wszystkie wydawnictwa, o których tu mowa, to magazyny niszowe. Sprzedające nie tyle informację typu gorące newsy, ile wiedzę. Taką specjalistyczną. Są to gazety robione nie tyle przez dziennikarzy informacyjnych, co recenzentów, analityków i publicystów. Sprzedające wyraziste opinie i kontrowersyjne, ale poparte rzetelnym uzasadnieniem poglądy. Innymi słowy – periodyki opinii.
W niszowości, czyli wąskiej specjalizacji tematycznej, oraz stawianiu na wyrazistą publicystykę, jako lekarstwie na zapaść na rynku prasy, wypowiedziało się w ostatnich tygodniach kilku znanych analityków. W tej liczbie także Umar Haque, który na łamach Harvard Business Publishing powiązał przyszłość gazet, i to zarówno tych wydawanych drukiem, jak internetowych, z jakością i specyfiką publikowanych w nich materiałów. Jego zdaniem ratunkiem dla prasy jest radykalna zmiana w sposobie zarówno jej wydawania, jak i uprawiania dziennikarstwa.
Że jest to sensowna alternatywa dla likwidacji prasy drukowanej w ogóle, dowodzi choćby przykład przytoczony przez Marka Millera na blogu "eM jak Media", a dotyczący brytyjskiego magazynu "Which", który w maju tego roku odnotował dwa razy więcej subskrybentów internetowych (216 000) niż elektroniczna wersja popularnego "Financial Times". "Which" jest tytułem "eksperckim" z gatunku tych, o których pisze Umar Haque. Materiały robią dla niego fachowcy, sprzedający nie wiadomości, a rzetelną wiedzę ubraną w atrakcyjne formy dziennikarskie. Ów przykład świadczy sam za siebie. Jeśli prasa ma przed sobą jakąś przyszłość, jest nią tak właśnie rozumiana niszowość. Innymi słowy – informacja specjalistyczna, publicystyka i felietonistyka. Natomiast gorące newsy, ogłoszenia drobne i plotki ze świata celebrities czytelnik znajdzie sobie sam. W internecie. I to tylko wtedy, kiedy nie będzie trzeba za to płacić.

Autor: Marian Chlabicz