Pory, których brak

16

Ocieplenie klimatu, topnienie lodowców, zmiana cyrkulacji powietrza – to wszystko powody dla których znikają niektóre pory roku.

Kiedyś, jeszcze kilkanaście lat temu sytuacja była jasna: rok zaczynał się mniej lub bardziej – zwykle bardziej – srogą zimą, po której, mniej więcej na przełomie marca i kwietnia, przychodziła znacznie łagodniejsza wiosna, przynosząca znacznie wyższe temperatury i powolne budzenie się całej przyrody z zimowego snu. Kilka miesięcy później temperatury rosły jeszcze bardziej – przychodziło lato, które potrafiło być czasem bardzo upalne, choć niekiedy przynosiło też sporo deszczu. Pod koniec sierpnia temperatury zaczynały wyraźnie spadać, zwłaszcza wieczorami i rankami, ale wciąż bywało jeszcze słonecznie i pogodnie. To była jesień – jeśli rzeczywiście była ładna, a to się często zdarzało, zwano ją złotą polską jesienią, czyli czymś, co Amerykanie nazywają indian summer. A potem, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień, robiło się najpierw coraz bardziej deszczowo i szaro, a potem coraz zimniej – zaczynała się kolejna zima.
Opisywanie tego naturalnego rytmu wydaje się czymś kompletnie absurdalnym, bo przecież każdy wie, że tak właśnie wygląda rok pod względem kalendarza i meteorologii. Tak przynajmniej dziś nam się wydaje, bo za kilka, kilkanaście lat wcale nie będzie to tak oczywiste i jednoznaczne. Pokolenie, którego przedstawiciele dziś są jeszcze dziećmi, a już zwłaszcza pokolenia, których przedstawiciele dopiero mają się urodzić, mogą już zupełnie nie znać tego naturalnego porządku rzeczy, tego znanego nam od zawsze rytmu.
Wystarczy przypomnieć sobie choćby kilka ostatnich lat, żeby przyznać rację tym naukowcom, zajmującym się pogodą i rytmem życia przyrody, którzy jednoznacznie stwierdzają, że dziś można śmiało mówić nie o czterech, jak zawsze było, ale tylko o dwóch porach roku: zimnej i ciepłej. I rzeczywiście – wiele ostatnich lat przebiegało w takim rytmie, że po mniej więcej sześciu miesiącach temperatury oscylującej wokół zera stopni, chłodnych wiatrów, szarówki i innych mało przyjemnych meteorologicznych atrakcji, nagle wybuchało lato. I to dosłownie: nagle. Czasem wystarczyły dwa-trzy dni, żeby temperatura wzrosła o dwadzieścia stopni, słońce zaczęło intensywnie świecić i z zimy robiło się – czasem niezwykle upalne – lato. Tym samym zanikały przejściowe pory roku: wiosna i jesień. Przyroda najwyraźniej nie potrzebuje buforów, rozdzielających dwie skrajności.
Pytanie tylko, czy cała przyroda. I czy nie jest czasem tak, że na skutek działalności człowieka natura zaczyna funkcjonować zupełnie nienaturalnie. Bo nie ma raczej większych wątpliwości co do tego, że cały proces zanikania przejściowych pór roku wywołany jest w gruncie rzeczy – choć oczywiście nie jest to świadome i zamierzone działanie – przez człowieka.
Przyczyn coraz wyraźniej widocznej zmiany naturalnego rytmu przemian pogody naukowcy dopatrują się przede wszystkim właśnie w działalności człowieka. A przede wszystkim – w efekcie cieplarnianym, czyli mechanizmie polegającym na zatrzymywaniu w atmosferze ciepła emitowanego przez słońce. Do tej pory odbijało się ono od ziemi i uciekało, teraz, na skutek emitowania przez przemysł coraz większej ilości gazów tworzących wokół ziemi swego rodzaju kołnierz, przez który energia słoneczna przechodzi tylko w jedną stronę, zatrzymuje się w atmosferze. Powoduje to efekt znany z działkowych szklarni i cieplarni, który na dłuższą metę i w szerszej perspektywie jest oczywiście bardzo niekorzystny. Pociąga on bowiem za sobą bardzo daleko idące konsekwencje. Najważniejszą z nich jest coraz szybsze roztapianie się pokrywy lodowej, pokrywającej wciąż jeszcze spore połacie Ziemi, zwłaszcza tereny w okolicy obu biegunów. Masy chłodnej wody, w którą zamienia się topiący się lód zasilają oceany, powodując nie tylko powiększanie się poziomu wód, ale także zmianę całej gospodarki termicznej na planecie. Brzmi groźnie. I jest groźne. Na razie ofiarą tych procesów padły tylko jesień i wiosna. Strach pomyśleć, co będzie dalej.

Autor: Przemek Gulda