Przysmaki naszego dzieciństwa

143

Pokolenie polskich 30- i 40-latków doskonale pamięta smaki dzieciństwa. Te pyszności, które można było wtedy kupić – a raczej: zdobyć, stojąc w kolejce – potrafiły opromienić szarą rzeczywistość PRL-u. Okazuje się, że wiele z tych produktów ma się całkiem dobrze i albo nigdy nie zostały wycofane i nadal są z powodzeniem produkowane, albo powracają do łask.

Wafelek Prince Polo to jeden z takich właśnie przysmaków. Wyrabiany w zakładach Olza w Cieszynie od połowy lat 50., był najlepszym polskim ciasteczkiem. Zrobił on również karierę w całym bloku wschodnim oraz – nieoczekiwanie – w Islandii, do której był wysyłany w zamian za śledzie. Obecnie jest tam normalnie eksportowany i Islandczycy zajadają się nim do dziś. Prince Polo, teraz produkowane przez Kraft Jacobs Suchard, nadal trzyma poziom – jest jednym z trzech najlepiej sprzedających się wafelków czekoladowych w Polsce.
Ogromnym sukcesem eksportowym był także inny kultowy produkt spożywczy epoki PRL-u: paprykarz szczeciński. Historia tego przysmaku sięga lat 60., kiedy Polacy mieli łowiska w Afryce Zachodniej. Technolodzy spróbowali tamtejszej potrawy chop-chop (ryba w sosie pomidorowym z ryżem) i po powrocie do Polski postanowili rozdrobnić i połączyć jej składniki. Powstała zaskakująco smaczna mieszanka (sekretem smaku była afrykańska papryka pima), a gotowy produkt w puszce był sprzedawany aż do 32 krajów! Po angielsku paprykarz nazywa się fish spread. Konserwa jest nadal produkowana i bardzo popularna, a od czterech lat ma status Produktu Tradycyjnego i można go produkować wyłącznie w Szczecinie.
Polacy korzystali też z dobrodziejstw wymiany z państwami z bloku wschodniego. Kiedyś powszechnie dostępna była gruzińska woda mineralna Borjomi. Zamawiało się ją w restauracji albo kupowało do domu, dla gości, szczególnie jeśli akurat w sklepie nie było Mazowszanki. Poza tym, bardzo mocno gazowana Mazowszanka była w bardzo kiepskich butelkach szklanych i  czasem one samoistnie wybuchały. Fenomenalna w smaku woda Borjomi – po latach nieobecności w Polsce – ostatnio powróciła. Można jej skosztować nie tylko w kaukaskich restauracjach, ale też kupić w większych supermarketach. Niestety jej cena nie jest już jak w PRLu; najmniejsza szklana butelka (0,33 l) kosztuje ok. 1,5 dol., a za 1 l trzeba zapłacić nawet ponad 2 dol. (dla porównania, wody polskie kosztują poniżej 1 dol.).
Na pewno jednak w ramach oszczędności i bycia eko, warto powrócić do syfonu, który znów staje się popularny. Syfony – czyli urządzenia do robienia ze zwykłej wody, wody gazowanej, dzięki nabojom z CO2 – można kupić np. na polskim serwisie aukcyjnym Allegro (reklamowane jako “syfon jak z PRL-u”). Można też kupić zupełnie nowy i elegancki syfon w sklepie z wyposażeniem wnętrz. Parę lat temu Karim Rashid zaprojektował piękne, nowoczesne syfony dla SodaStream. Dzięki robieniu wody gazowanej w domu syfonem, przeciętna rodzina może przestać wyrzucać do śmieci ogromne ilości plastykowych butelek.
A skoro przy napojach jesteśmy – kto nie pamięta oranżady z korkiem na drucie lub wyborowej, kapslowanej? To był podstawowy napój słodzony, kiedy o Coca Coli czy Fancie można było tylko pomarzyć. W jej składzie był cukier, kwasek cytrynowy, aromat landrynowy (!) i zwykła woda. Teraz coraz częściej oranżadę “na prawdziwym cukrze” można spotkać, robioną na festyny i inne tego typu imprezy, ale także w modnych kawiarniach i niektórych sklepach (szczególnie w okolicy Tczewa, gdzie zawsze była produkowana).
Jednym z moich ulubionych przysmaków z czasów dzieciństwa był serek homogenizowany. Produkowano go w dwóch wersjach: zwykłej (z niebieskimi paskami) i waniliowej (z żółtą etykietą). Oba serki nie tylko były przepyszne i niezwykle urozmaicały śniadania złożone zwykle z kanapek z serem topionym lub dżemem, ale także okazywały się niezastąpionym i wszechstronnym składnikiem innych dań. Z serkiem robiło się nie tylko naleśniki, ale też zamrażało się je jako lody, robiło z nich serniki, kluseczki, nadzienia do ciast i ciastek itd. Dziś miliony Polaków nadal zajadają się jego następcą: serkiem homogenizowanym “z krówką” firmy Rolmlecz.
Tych produktów z lat 70. czy 80., nadal obecnych w polskich sklepach, jest naprawdę sporo: delicje szampańskie, torcik wedlowski, wódka Żytnia, cukierki Irys, lody Calypso…  Wychodzi na to, że ciężkie czasy PRL-u było czym osłodzić, skoro te przysmaki przetrwały próbę czasu.

Autor: Ewa Śródka