Role konstruuję niczym alchemik

14

W latach osiemdziesiątych zyskał Pan popularność wśród dzieci, wcielając się w rolę...

Z KRZYSZTOFEM TYŃCEM rozmawia SŁAWEK ULRYCH

Jest Pan aktorem wszechstronnym. Czy na co dzień towarzyszy Panu przekonanie, że zostanie Pan zaakceptowany przez widzów w każdym wcieleniu?
Uprawiam swój zawód w telewizji, w filmie, na estradzie, w dubbingu i w teatrze. Czasem też koncertuję. W teatrze Krzysztof Tyniec przedstawia jakąś postać. Na estradzie poprzez siebie prezentuję piosenkę. Nie udaję nikogo. Im bardziej jestem autentyczny, tym mam większą szansę na to, by publiczność mnie zaakceptowała. Ci, którzy na estradzie udają kogoś, są zazwyczaj gwiazdami jednego sezonu. Dla mnie każde takie wyzwanie jest niezwykle ważne.

Zna Pan receptę na to, jak zamienić jednorazowy sukces na ich pasmo?
Trudno mieć pretensje do gwiazd jednego sezonu. Takim osobom należy życzyć, aby na swojej drodze spotkały osobę, która pokieruje ich karierą. Zdarzają się wybitne indywidualności, które potrafią same coś osiągnąć. Do nich zaliczał się m.in. Marek Grechuta. Ale takich osób jest naprawdę bardzo mało.

A Pan spotkał taką osobę?
Moją karierą nikt nie pokierował. Ale spotkałem osoby życzliwe, które udzieliły mi krótkich, bardzo mądrych i trafnych rad. Skorzystałem z tych wskazówek. Okazały się dla mnie bezcenne.

W latach osiemdziesiątych zyskał Pan popularność wśród dzieci, wcielając się w rolę Pana Fasoli.
Bardzo miło wspominam przygodę z Panem Fasolą. Do dziś przyjaźnię się z Ewą Chotomską i Krzysztofem Marcem, którzy stworzyli dla dzieci program edukacyjny z otoczką artystyczną. Do dzisiejszego dnia niektórzy myjąc zęby, pamiętają słowa piosenki "Mydło, pasta, szczotka, kubek, ciepła woda tak się zaczyna nasza przygoda. Myję zęby, bo wiem tylko o tym, że kto ich nie myje, ten ma kłopoty". Ten program w piękny sposób potrafił nakłonić dzieciaki do mycia się, jedzenia warzyw i wielu innych.

A nie wołali za Panem "przez łąki, przez pola biegnie Pan Fasola"?
Zdarzało się, ale nie to było najważniejsze. Piękna praca została wykonana. Uczestniczyłem w niej i do dziś poczytuję to sobie za zaszczyt.

Później związał się Pan na kilka lat z Kabaretem Olgi Lipińskiej.
Ta przygoda trwała dziesięć lat.

To kawał życia.
Tam spotkałem moich mistrzów, których kiedyś jako młody chłopak oglądałem w telewizji, a potem z wieloma miałem zaszczyt przejść na "ty". Wiele się od nich nauczyłem. Ogromnie cenną rzeczą jest, jak się człowiek spotyka w pracy z kimś, kto jest lepszy od niego. Warto otaczać się ludźmi nieprzeciętnymi.

Dlaczego postanowił Pan rozstać się z kabaretem?
W piosence grupy Perfect jest taka strofa "trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Myślę, że to mądra sentencja, ponieważ warto opuszczać coś, kiedy jest to w bardzo dobrym stanie, a nie trwać aż do momentu, gdy się zepsuje. W podobnym momencie opuściłem Kabaret Olgi Lipińskiej. Dzięki takim decyzjom mam dziś dobre wspomnienia.

Równie dobre wspomina jak z Kabaretu Olgi Lipińskiej wyniósł Pan z prowadzenia gali piosenki biesiadnej?
Bardzo miło wspominam ten okres. Tu z kolei spotkałem się z plejadą mistrzów estrady. Maryla Rodowicz, Zbyszek Wodecki, Rysiek Rynkowski, Jacek Wójcicki, Bogusław Mec, długo by jeszcze wymieniać.

Spotkał się Pan z opinią, że ten cykl promował kicz?
Tak, spotkałem się z taką opinią, ale nie podzielam jej. Dla mnie to była tradycja dnia powszedniego i świątecznego. Zgadzam się, że nie była to wielka sztuka, ale jednak sztuka.

Tak czy inaczej, film Pana ominął.
Gdybym nie był Panem Fasolą, konferansjerem Gali Piosenki Biesiadnej, nie brał udziału w Kabarecie Olgi Lipińskiej, to siedziałbym i nic nie grał. Zachowywałbym się jak Tomasz Słupnik. Życie minęłoby mi na nicnierobieniu. Uważam, że to nie jest problem. Najważniejsze, by robić coś, czego się później nie trzeba wstydzić. Robić coś, co się lubi. A to, czy włożą kogoś do jakiejś szuflady, to już zupełnie inna sprawa.

To chyba dotyczy wszystkich twórców?
Rzeźbiarze, malarze, muzycy, aktorzy – wszyscy są jakoś poszufladkowani. "Zręcznością" aktora jest to, że potrafi wyjść z takiej szuflady. Jako aktor jestem komodą wieloszufladową. Niech sobie każdy wkłada do której szuflady chce. Po "Tańcu z gwiazdami" trafiłem do kolejnej szuflady. Tendencja do posługiwania się schematem nie przeminie chyba nigdy. I chociaż to uproszczenie na ogół nie zawiera w sobie zbyt wiele prawdy, ale siła przyzwyczajenia do uproszczeń jest ogromna.

Co się zmieniło w Pana życiu po "Tańcu z gwiazdami"?
Moja popularność wzrosła. To było ogromnie miłe. Ludzie pozdrawiali mnie na ulicy, mówiąc "Brawo Krzysiek". Tym bardziej że na początku byłem w tym programie starcem. W internecie pojawiały się komentarze: "Co ten starzec robi wśród młodych dziewczyn?", ale z upływem czasu zyskiwałem coraz lepsze opinie. Najbardziej ucieszył mnie SMS od dziewczyny, która napisała "na początku napisałam o panu coś złego, ale teraz piszę po raz drugi i bardzo pana przepraszam za moją wcześniejszą opinię".

I to wszystko?
Ogromną satysfakcję z pracy, którą na co dzień się nie zajmuję. Uczyłem się, pozyskiwałem nowe umiejętności, a przy okazji wygrałem program. Czarna Mamba (Iwona Pawlović – przyp. red.) nie mogła uwierzyć, że wcześniej nie tańczyłem tańców towarzyskich. Poczytuję to sobie za duży komplement, ponieważ to znaczy, że nieźle wywijałem nogami w "Tańcu z gwiazdami".

Czy ten sukces przełożył się na propozycje filmowe?

Dostałem dwie propozycje zagrania w filmie z Anglii. Ale nie dogadałem się z producentami w kwestiach formalnych i nic z tego nie wyszło.

A w Polsce?
Zagrałem małą rolę Maurycego w filmie "Zamiana" oraz większy epizod kierownika lodziarni w gorzkiej komedii o latach sześćdziesiątych "Belcanto", w której główną rolę gra Czarek Pazura. I to tyle. Oprócz tego prowadzę "Koło fortuny". Raz na dwa lub trzy miesiące nagrywamy 20 odcinków emitowanych przez TVP2. Program zyskuje coraz większą publiczność.

Zdjęcie: Sławek Ulrych

Krzysztof Tyniec i Piotr Fronczewski w spektaklu "Kolacja dla głupca"


W Teatrze Ateneum gra Pan główną rolę w spektaklu "Kolacja dla głupca", za którą otrzymał Pan dwie nagrody.

Mam te dwie nagrody i ogromnie się z nich cieszę. Ale największą satysfakcję dla nas aktorów grających w tym przedstawieniu jest to, że ludzie przychodzą po kilka razy, żeby zobaczyć naszą grę. To dla nas najlepsza recenzja i daje nam to największą satysfakcję.

Premiera "Kolacji dla głupca" odbyła się z Wojciechem Pszoniakiem.
Koledzy zagrali z nim trzydzieści spektakli.

Ciężko było wejść w rolę po Wojciechu Pszoniaku?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nigdy też nie widziałem pana Pszoniaka na scenie w "Kolacji dla głupca". Rolę Françoisa Pignona konstruowałem na nowo. W wejściu w przedstawienie bardzo pomagał mi Piotrek Fronczewski. Zachował się znakomicie jako kolega. Zawsze miał dla mnie czas, abym mógł razem z nim popracować nad rolą. Nigdy nie odmówił mi pomocy.

Ale postać grana przez Pana zmieniła się.
Françoisa Pignona konstruowałem niczym alchemik. Eksperymentowałem nad tą postacią. Dzisiaj François Pignon jest dojrzalszy niż trzy lub cztery lata temu. I chociaż pewien efekt został już osiągnięty, to nadal pracuję nad tą postacią. Mam wrażenie, że w tej chwili François Pignon bardziej gra swoim wnętrzem niż warunkami zewnętrznymi (powierzchownością).

Jakiś czas temu można było zobaczyć Pana również w "Cyruliku sewilskim".

Postawiliśmy sobie przepotwornie trudne zadanie, ponieważ nigdy nie aspirowaliśmy do tego, by śpiewać jak zawodowi śpiewacy i nie śpiewaliśmy tego aktorsko. Po prostu zaśpiewaliśmy to bez pretensji śpiewania operowego. Z dystansem, pewną dozą humoru, ale czysto. Zdaje się, że nam się to udało. Była to bardzo pouczająca praca. Żałuję, że tego przedstawienia nie ma w repertuarze, ale na szczęście jest jeszcze "Kolacja dla głupca".

 

20 PYTAŃ DO… KRZYSZTOFA TYŃCA

Pieniądze… bezpieczeństwo
Miłość… szczęście i radość
Śmierć… rzecz naturalna
Boisz się … niewiedzy
Unikasz… głupoty
Praca… wypełnia moje życie po brzegi
Kariera… nigdy o niej nie myślałem, nie jest moim celem
Najlepszy moment w karierze… spotkanie się z Tadeuszem Łomnickim
Czego nie chciałbyś nigdy usłyszeć… że zrobiłem komuś krzywdę
Twój autorytet… nie mam
Twoja najlepsza cecha charakteru… nie podejmuję się odpowiedzi na ten temat
Twoja najgorsza cecha charakteru… nie podejmuję się odpowiedzi na ten temat
Ulubiony sposób spędzania wakacji… z rodziną w słonecznym miejscu
Ulubiona kuchnia… polska i śródziemnomorska
Żałujesz czegoś… że czas tak szybko płynie
Chciałbyś coś powtórzyć… gdybym mógł powtórzyć swoje życie, to chciałbym, żeby wyglądało tak, jak wygląda
Przesądy… mam kokardę zawiązaną na drążku przekładni skrzyni biegów, bo już trzy razy samochód mi ukradli
Używki… papierosy są moją słabością, chociaż wiem, że nie służą mojemu zdrowiu
Marzenie… ogólne, utopijne, nie dotyczy mnie – żeby ludzie się lubili
Dzieci… uwielbiam, chociaż moje już wyrosły

Autor: Sławek Ulrych