Śmiej się, pajacu

0
34

Reagujemy na stereotyp. Ktoś, kto jest sławny i bogaty, powinien być szczęśliwy. Ktoś, kto rozśmiesza innych, powinien być w środku pogodny i zadowolony z życia. Jakżeż się mylimy.
Śmiej się pajacu! Clown w niejednej sztuce i operze wygłupia się i robi śmieszne miny, choć mu serce krwawi.
Robin Williams był takim clownem, i to w najlepszy gatunku. Do historii przeszły jego improwizacje i parodie w rozmowie z Jamesem Liptonem w programie Inside the Actors Studio. Po śmierci Williamsa Lipton, ten sławny krytyk filmowy, powiedział, iż mieliśmy do czynienia z geniuszem. Jest to talent, który wykracza poza rzemiosło, rzeczy nauczone – geniuszem trzeba się urodzić. Williams urodził się właśnie z takimi genialnymi genami. Był piekielnie inteligentny – widownia czasem gubiła się śledząc jego szybkie metamorfozy, nie nadążała za jego woltami, potrzebowała czasu, żeby przetrawić dowcipy. On zdawał sobie z tego sprawę i – dobrotliwie, był bowiem pozbawiony złośliwości – kpił sobie z publiczności czekając, aż załapie o co mu chodziło.
Oto zatem wyróżniające go cechy: wyjątkowa inteligencja, dar obserwacji, więc i wyjątkowa wrażliwość. Z takimi przymiotami trudniej żyć, niż gdyby miało się grubą skórę i na nic nie zważało.
Ileż razy trzeba to tłumaczyć ludziom: satyryk więcej widzi z otaczającego świata, przenikliwiej ocenia, a więc i bardziej bolą go absurdy, niesprawiedliwości, głupota, zło. Ludzie niby to wiedzą, ale się na to nie godzą. Przecież ten Wojciech Mann tak zawsze ich rozbawia, Chaplin taki jest wzruszająco pocieszny, Andrzej Mleczko taki rubaszny (Cezarego Pazurę, najmniej śmiesznego ze znanych aktorów komediowych, pozwolę sobie pominąć). Komik wnosi do naszego życia radość, poprawia nam humor. Mając dość zabijania na ekranie, seriali o gwałcicielach, dramatów o umieraniu na raka, czasem włączamy telewizor na starą komedię. Albo oglądamy nowy program jakiegoś niegdyś znanego komika, jak Laskowik czy Fedorowicz łudząc się, że może znowu staną się dowcipni.
Jeśli Polacy chadzają jeszcze do teatru, to na tłumaczone z angielskiego farsy z udziałem „znanych i lubianych” aktorów. W Stanach niezmienną popularnością cieszą się stand up comedians, czyli osoby wygłaszające na scenie zabawne monologi.
Potrzebujemy śmiechu. Są kraje, gdzie ludzie boją się śmiać, gdzie nie uśmiechają się bez powodu. Popatrzmy na filmy dokumentalne z Korei Północnej, nawet takie propagandowe. Tam wszyscy są śmiertelnie poważni. Ponurzy są Rosjanie, na czele z ich idolem Putinem. Na uśmiech nie mają czas zaharowani Chińczycy. Za głębocy na wygłupy są Niemcy, za sztywni – Szwajcarzy. Nie uśmiechają się kobiety w Arabii Saudyjskiej (domyślamy się tego, bo mają twarze zasłonięte szmatą). Amerykanie lubią się uśmiechać, co jest zresztą przedmiotem krytyki pozostałych narodów – tych, które uśmiechają się mniej. Mieszkańcy Ameryki mają takie same problemy z życiem, z samymi sobą, jak inni ludzie, więc ten uśmiech – i w ogóle nadrabianie miną w kontaktach z innymi – jest samoobroną. Także przejawem dumy, która nie pozwala mazgaić się, pokazywać swojej słabości.
Amerykanie też się zabijają – późniejsi samobójcy być może uśmiechają się równie szeroko, jak inni. Tak jak inni ludzie, oni też cierpią na depresję. Jak Robin Williams.
Nie wiadomo – może najważniejszym powodem jego samobójstwa były nie wspomniane wyżej cierpienia uważnego obserwatora, ale zespół chorobowy. Dziś już wiemy, że depresja to nie jakaś melancholia, która dopada każdego, to nie smutek po tragicznych przejściach, to nie załamanie po niepowodzeniach. To niewłaściwe funkcjonowanie mózgu które sprawia, że chory nie jest w stanie uporać się z rzeczywistością i swoim życiem. Cierpi, mimo że czasem nie ma wielkich powodów do niezadowolenia. Choroby takiej czasem nie da się wyleczyć, a dziś powszechnie – obok innych zabiegów, jak psychoterapia – przepisuje się leki psychotropowe. Zaczynamy przyjmować do wiadomości, że depresja to poważna choroba, a za chorowanie nie można przecież nikogo obwiniać. Najstraszniejsze jest, że bliscy, rodzina chorego nie bardzo wiedzą, jak sobie z tym chorym radzić. Rany trzeba opatrzyć, wygłodzony organizm odkarmić, ząb zaplombować. Jak wyleczyć człowieka z – niczym nie sprowokowanego – psychicznego cierpienia? Dawać mu psychotropy? Będzie to przecież oznaczało, że chcemy zmienić jego prawdziwą osobowości, przytłumić ją, znieczulić. Mieć partnera permanentnie na prochach.
Tak więc choroba dotyka także sławnych i bogatych – ale to już wiedzieliśmy. Opłakując Williamsa może pomyślimy przy okazji o innych sławnych ludziach, którzy smutno skończyli. Jedni zabili się, jak Marilyn Monroe, inni zginęli w podejrzanych okolicznościach, jak Lady Diana, inni jeszcze zostali bestialsko zabici, jak Sharon Tate.
Nie tylko więc musimy się zastanowić, czy bogaci i sławni są naprawdę szczęśliwi. Warto się też przyjrzeć tym rajom, w których mieszkają, jak Beverly Hills czy Malibu. Wśród cudnej przyrody, w swoich pałacach, przy basenie, zapijają się whisky, odurzają marihuaną i kokainą, szukają kompulsywnie seksu. Spalają się w stresie, że ich sława zostanie przyćmiona przez innych, a fortuna się zmniejszy. Szczęście jest relatywne – nieustannie porównujemy się z innymi, a aktorzy rywalizują z innymi aktorami o miejsce w panteonie sławy. Trudno tam o prawdziwe przyjaźnie, a egzaltowane komentarze po czyjejś śmierci czasem nie są szczere.
Może niektórzy zazdrościli mu większego talentu i błyskotliwości, ale teraz nic nie powiedzą. Wypowiadamy się natomiast my – zwyczajni ludzie na całym świecie, których rozbawiał i wzruszał – i którzy, mimo wszystko, nie rozumiemy, dlaczego musiał się zabić.

Autor: Jan Latus