Stare, dobre małżeństwo

12

W terminarzu zwyczajnego, statystycznego życia, tuż za maturą i dyplomem, między pierwszym awansem a pierwszym kredytem, ciągle jest miejsce na stały związek. W naszych czasach coraz rzadziej jednak wiąże się to z wizytą w parafii lub urzędzie stanu cywilnego.

Taki stan rzeczy niepokoi obrońców tradycji, godzi bowiem w instytucję małżeństwa jako skutecznego i sprawdzonego w praktyce instrumentu regulowania stosunków społecznych. Niepotrzebnie.
O ile bowiem – czego dowozi antropologia kulturowa – ludzie łączyli się w pary od początku istnienia naszego gatunku, o tyle przez większą część dziejów naszego gatunku, a później także historii, obywali się przy tym bez ślubu. Zwłaszcza rozumianego jako akt formalny rodzący skutki prawne, a tym bardziej jako przysięga o charakterze sakramentalnym, sięgająca poza wymiar doczesności.
Przez całe tysiąclecia tego rodzaju związki miały też niewiele wspólnego z uczuciami, a już zwłaszcza z tym, co dzisiaj określamy mianem miłości romantycznej. Związki tego rodzaju zaspokajały przede wszystkim potrzebę przedłużania gatunku, a zaraz potem decydowały o nich względy ekonomiczne oraz,  w wyższych sferach, także dynastyczne czy szerzej – rodowe.
Kobieta, jak jeszcze i dziś w społeczeństwach elegancko określanych jako tradycyjne, stanowiła w tej transakcji towar, do którego – w zależności od kręgu kulturowego – jej rodzina musiała jeszcze czasami dopłacić posag. Zdarzało się też – i ciągle zdarza – że do wniesienia opłat był i jest zobowiązany przyszły małżonek dziewczyny. Tak czy inaczej, niemal wszędzie i chronologicznie rzecz ujmując niemal zawsze ślub był po pierwsze nie aktem prawnym, czy to religijnym, czy świeckim, ale wydarzeniem z dziedziny obyczajów. Po drugie zaś był zaś transakcją, jeśli nie wprost handlową, to z pewnością transakcją o jak najbardziej ekonomicznej naturze.
Tak było w najstarszych znanych nam kulturach Bliskiego Wschodu, na przykład w Babilonie. Tak było w Grecji, aż do czasów Peryklesa, kiedy – w interesie demokracji – małżeństwo zostało zinstytucjonalizowane, obwarowane przepisami i reglamentowane przez prawo. Tak było wreszcie w starożytnym Rzymie, gdzie związki tego rodzaju sformalizował dopiero cesarz August. Wcześniej Rzymianie wiązali się z kim, jak i na jak długo chcieli, a podstawą tych relacji, oprócz uczuć obojga zainteresowanych, które jak nigdzie indziej szanowano, było to samo, co gdzie indziej – interesy, interesy, interesy.
Ale nie tylko one, a nawet jeśli, to jednak nie aż tak dosłownie. Podstawowym celem podobnego partnerstwa była bowiem w Rzymie prokreacja. Kiedy małżeństwo stało się w cesarstwie instytucją (oczywiście świecką, bo antyczne kościoły nie mieszały się do pożycia wyznawców), posiadanie dzieci stało się nie tylko moralnym ale także prawnym obowiązkiem obywateli, na uchylających się od przedłużania gatunku nałożono zaś dotkliwe kary administracyjne i ciężary finansowe.
Moralne zobowiązania wobec cesarstwa, to jedno, a zmuszanie wolnych ludzi do rejestrowania partnera w urzędzie to – przynajmniej w czasach antycznych – zupełnie inna kwestia. W związku z czym te wszystkie dzieci były formalnie nieślubne.
Prawo, ani świeckie, ani kościelne, przez większość czasu jaki spędziliśmy jako gatunek na naszej planecie, nie zajmowało się regulowaniem form życia erotycznego członków wspólnoty. Przez długie wieki doskonale miała się więc – a w niektórych kręgach kulturowych ma do dzisiaj – oficjalna lub półoficjalna poligamia, którą tolerowano także, co wymagało już mocno elastycznego sumienia i sporej dozy hipokryzji, w czasach nowożytnych w Europie, przymykając oko na zdradę, przyzwalając na zinstytucjonalizowaną prostytucję i pozbawiając kobiety prawa do inicjatywy rozwodowej.
Jeśli już wprowadzano w życie jakieś regulacje prawne w tych kwestiach, to głównie dotyczące interesów państwa (rzymski zakaz wiązania się patrycjatu z osobami niższego stanu, czy greckie prawo zezwalające wyłącznie na małżeństwa między wolnymi obywatelami) lub w ochronie praw majątkowych stron takiego ślubnego kontraktu.
Z cała pewnością jednak – czego dowodzi historia tej instytucji – nie była ona pomyślana aby stać na straży moralności obywateli.
W tej kwestii należy pochylić się z szacunkiem nad mądrością starożytnych społeczeństw. Już wtedy rozumiano, że ludzkich potrzeb erotycznych nie da się ująć w żadne paragrafy, natomiast nieskuteczne prawo osłabia autorytet państwa.
Wracając jednak do instytucji małżeństwa w formie, w jakiej funkcjonuje współcześnie zarówno w Polsce, jak i w Ameryce, to oficjalnie datuje się ona – przynajmniej w sensie doktrynalnym – dopiero od połowy 16. stulecia! Od Soboru Trydenckiego, kiedy ostatecznie potwierdzone zostało, pod wpływem sporu z doktryną protestancką, i zapisane w prawie kanonicznym przekonanie o jej sakramentalnym charakterze. Wcześniej, od 12. stulecia n.e., znana była wprawdzie formuła ślubu kościelnego, ale podobne ceremonie, przynajmniej w Polsce, odbywały się tylko z rzadka.
Małżeństwo jako instytucja, do której tęsknią tradycjonaliści, liczy sobie nie więcej, niż cztery stulecia. Czterysta lat, w relacji do całej długiej historii ludzkości!
A przecież i wcześniej ludzie dawali sobie jakoś radę i z kontynuacją gatunku, i z układaniem sobie życia osobistego, choć – trzeba przyznać – nierzadko dopuszczając się w tym względzie praktyk głęboko niemoralnych i potępienia godnych. Brak ślubów nie przyniósł jednak szczególnie katastrofalnych skutków ani społeczeństwom, ani historii powszechnej. A nieformalne związki ani nie zaszkodziły, ani pewnie nie pomogły pozycji społecznej kobiet, sytuacji dzieci, ani trwaniu, a potem obalaniu kolejnych ustrojów, od feudalizmu po komunizm. Wpływ tej instytucji na życie społeczne czy historię powszechną wydaje się znikomy. Najlepszy dowód, że obywaliśmy się bez niej przed kilka tysiącleci.

Autor: Marian Polak