Szok pekiński

14

Tak ogromnych budynków, szerokich ulic, monstrualnych w swoim wymiarze mostów, parków i placów nie widział żaden świat.

Spotkanie Polaka z Pekinem przypomina zderzenie leniwie i spokojnie idącego sobie skrajem soczyście zielonej łączki wołu z rozpędzoną do nieprzytomności, rozgrzaną i hałaśliwą lokomotywą. Lokomotywa nawet nie zauważy spotkania. Dla wołu – jeśli przetrwa – będzie to przeżycie epokowe.

Pekin i siedem szoków głównych
Pekin liczy około 12 mln mieszkańców, a powierzchnia miasta wynosi 16,8 tysięcy km2. (czyli połowę terytorium Belgii). To wiele tłumaczy i powinno dać jakieś wyobrażenie potencjalnemu gościowi. Niemniej i tak każdy, kto po raz pierwszy dotyka stopą pekińskiej ziemi, narażony jest na niejeden szok.

Pierwszy szok – to język. Turysta nie rozumie ani słowa, nie wie też, czy jego chiński rozmówca właśnie się cieszy, czy martwi, złości albo przeprasza. I tak Chińczyk zawsze mówi podniesionym głosem, wymachuje rękami i szczerzy zęby – jeśli je ma, więc o rozpoznaniu czegokolwiek po intonacji czy mimice można  zapomnieć. Nie pomoże przyglądanie się znakom, napisom lub rysunkom. Wszędzie tylko krzaczki i krzaczki. Nie wiadomo nawet, gdzie wyjście, a gdzie wejście na lotnisko. Tajemnicą jest, która toaleta to damska, a która męska. Z cudem graniczy wytłumaczenie taksówkarzowi celu podróży. I nie wiadomo, co z tym zrobić, bo nawet znajomość kilku języków obcych nie daje nic, jeśli się nie zna chińskiego.
Drugi szok – to upał. Wychodzi się na ulicę z klimatyzowanego budynku tak, jakby wchodziło się w gorący kisiel. Wtajemniczeni będą, tak jak większość mieszkańców Pekinu, nosić ze sobą mały ręcznik i butelkę z wodą. W chwilach słabości mokry ręcznik położony na karku, otarcie twarzy i rąk pomaga uniknąć nieprzewidzianej pozycji horyzontalnej.
Trzeci szok – to wielkość tego wszystkiego. Tak ogromnych budynków, szerokich ulic, monstrualnych w swoim wymiarze mostów, parków i placów nie widział żaden świat. Łączy się to z odległościami, o których też się nikomu nie śniło.
Czwarty szok – to ilość ludzi. Podobnie ogromnej rzeki wrzeszczących, rozpychających się istot, płynącej nieprzerwanym strumieniem i wciskającej się w dosłownie każde wolne miejsce o każdej porze dnia i nocy nie ma w żadnym innym miejscu.
Piąty szok – to brzydota. Brzydota wszystkiego oprócz natury i kilku pozostałości po przodkach (czyli zabytków). Ohyda wszystkiego, czego dotknął tu człowiek, jest nieprawdopodobna, a zobaczyć ją z bliska można tylko tu, na miejscu, gdyż nie znajdzie się jej na żadnych zdjęciach, publikacjach i w przekazach internetowych.

Zdjęcie: Archiwum

Szok szósty – to smród. Trzeba go zaakceptować. Dodać do nieprawdopodobnego upału, gęstego powietrza, tłumu ludzi i straszliwych, wybetonowanych odległości do pokonania. Jeżeli ktoś chciałby przeżyć "survival w wielkim mieście" nie znajdzie lepszego miejsca… i trudniejszego survivalu.
Szok siódmy – to najwspanialsza na świecie kuchnia chińska – nieporównywalna z żadną inną, ta oryginalna, absolutnie inna od chińskiego jedzenia na wynos w Ameryce i Europie. Jeżeli warto tu przyjechać – to jednym z powodów jest kuchnia.

Zwiedzanie
Tak naprawdę zwiedzanie jest zabawne na początku, gdy wszystko tu jest dla Europejczyka nowe i egzotyczne. Po kilku dniach zabytki te zaczynają nużyć. Do cudzoziemca – jak i do większości młodych tubylców – nieogarniającego ogromu historii siedzącej w tych murach, nie przemówią ich duchy. Zobaczy tylko wciąż takie same architektonicznie budowle przerobione nieciekawie na muzea i otoczone łańcuchami, by chronić (?) choć ich część przed ogromną liczbą zwiedzających. Zabytki i historia Chin pięknie się prezentują w przewodnikach, albumach z retuszowanymi zdjęciami, katalogach, w których sporo powtarzających się fotografii kilku sztandarowych zabytków. Realizm atakuje monotonią, upałem, zmęczeniem, wszechobecym wrzeszczącym tłumem.

Życie to filozofia
Chińczycy kochają jeść, jeździć na rowerze i uprawiać życie wieczorne. Na rowerze (który można pożyczyć w każdym miejscu miasta) należy pokonywać ogromne odległości, które inaczej turystę z maleńkiego kraju by zabiły. Żywić się trzeba w licznych restauracjach, klubikach, barach, jadłodajniach. Trzeba zamówić kaczkę (wyśmienita w odpowiednim sosie), spróbować mięsa węża, skosztować cykady, stuletniego jaja. Co do mięsa psa – każda szanująca się restauracja je posiada – decyzja należy do klienta. Warto też poszukać herbaciarni. Takiej różnorodności czajniczków, dzbanuszków, parzydełek, łyżeczek i liści herbacianych ludzkie oko nie widziało. A ta zręczność herbaciarki… A wieczorem, gdy się jest już  najedzonym, siedzenie boli od twardego siodełka, a oczy od oglądania zabytków – trzeba ruszyć w miasto. Najlepiej dojechać metrem w okolice placu Niebiańskiego Spokoju i dalej eksplorować pieszo.
Można pójść do parku, by zobaczyć uprawiających swoją jogę czy tai-chi dziesiątki mieszkańców Pekinu, można zatańczyć na ulicy z instruktorem popisującym się swoimi umiejętnościami w rytm ryczącego magnetofonu. Popatrzeć na ulicznych fryzjerów, którzy strzygą klienta na chodniku przed domem i dentystę, który pięć metrów dalej wyrywa ochotnikowi ząb. Zagrać w szachy z jakimś hobbystą na jednej z ulicznych ławek. Włóczyć się maleńkimi uliczkami, które po obu stronach mają mury (Chińczycy ogradzają murem wszystko – domy, place, morza, góry, parki i trawniki), a może nawet zajrzeć do jednego z domów (mało odporni na ludzką nędzę, na brud i ścisk niech lepiej pozostaną przy obchodzeniu placu Tiananmen). Dzięki wieczornym łażeniom i poznawaniu ludzi oraz zwyczajów można przekonać się, że prawdziwe chińskie życie i każdy jego element  jest oparte na odwiecznej, bogatej, mądrej filozofii wieków. Wartej naśladowania.

Autor: Dagmara Babiarz