Sztuka dialogu

8

Felieton ten rozpocznę od cytatu z papieża Franciszka. Tym samym spowoduję, że część czytelników pokiwa z uznaniem głową, a inni wzruszą ramionami i przerwą lekturę.

Jesteśmy podzieleni – na demokratów i republikanów, PO i PiS, lewicę i prawicę, wierzących i niewierzących, feministki i męskich szowinistów, artystów i pragmatyków, patriotów i kosmopolitów. Tolerujemy siebie nawzajem, jak kot toleruje psa w swoim domu, ale do dialogu na ogół nie dochodzi, a jeśli nawet, to rozmówcy pozostają w stu procentach przy swoich stanowiskach.
Wróćmy jednak do papieża. Niedawno, wyliczając kilka rzeczy, które powinny uczynić nas w życiu szczęśliwymi, poprosił, żeby nie nawracać innych na wiarę. Taka rozmowa, której cel jest dla drugiej strony jasny, wywołuje bowiem agresję i opór. Jeśli możemy zbliżyć kogoś do Kościoła, przekonać do wiary, to jedynie swoim przykładem. Dość to zdumiewające słowa u głowy Kościoła katolickiego, który przecież od setek lat prowadzi akcję propagowania wiary. Wysyła na cały świat misjonarzy, nalega na naukę religii, w tym nawet w szkołach publicznych, jak choćby w Polsce. Znam reakcje wielu Polaków na ten przymus i wiem, że wywiera on istotnie skutek odwrotny – uczniowie, którym religię wpycha się w gardło, często od niej odchodzą. Podobnie bywa z uczniami szkół katolickich, którzy niekiedy stają się gorliwymi antyklerykałami. Tak samo dzieje się z ludźmi chowanymi w rodzinach, gdzie pędzono do kościoła, karano za wszelkie grzechy i grzeszki oraz propagowano purytańską moralność. Z takich rodzin z kolei pochodzi wiele osób potem rozwiązłych.
Jak więc szerzyć wiarę, skoro nie można nawracać, nawet Murzynów w Afryce? Metoda własnego przykładu jest bardzo dobra, tyle że mało skuteczna. Trzeba wielu lat i naprawdę silnych przykładów, aby na nas oddziałały. Ja miałem szczęście poznać kilkoro takich ludzi, nie tylko Polaków, którzy prezentują sobą najlepsze cechy religijności: pomagają innym, modlą się za nich nawet gdy sprawiliśmy im przykrość, wyrzekają się pogoni za pieniądzem i rzeczami, są tolerancyjni. Co ciekawe, wbrew powszechnej opinii o ponurych dewotach, są to ludzie radośni. Może dlatego, że widzą dla siebie po śmierci całkiem przyjemną perspektywę wiecznego szczęścia? Ateusz na pójście do nieba nie liczy, męczy się więc bardziej ze swoim życiem.
Nawracać nie wolno, powiedział papież, żeby nie antagonizować innych ludzi. Tym samym jednak zantagonizował ludzi w obrębie samego Kościoła. Znam księży, którzy o papieżu Franciszku nie mają najlepszego zdania. Nie doceniają kapitalnego znaczenia, jakie we współczesnym świecie mają gesty ostentacyjne, medialne, a ubogi styl życia papieża, jego skromna natura przysparza Kościołowi przychylności ludzi, których kłuła potęga i bogactwo tej instytucji.
Nie można nawracać na wiarę, nie można też nawracać osób o innych politycznie poglądach. Podobnie jak w przypadku religii, zdarza się, że ktoś sam zmieni przekonania, czasem w późniejszym okresie życia. Bywa też, że wywierają na niego wpływ pozytywne przykłady. Nigdy jednak nie jest to skutkiem propagandy, przekonywania, dyskusji.
Naród polski od lat, z masochistycznym upodobaniem, ogląda dyskusje polityczne w telewizji. Zacierając ręce przed zbliżającą się krwawą jatką, włączają odbiorniki na dzienniki, „na Olejnik”, „na Lisa” i wszelkie inne dysputy, a jest ich zatrzęsienie. Gadające głowy (zwykle te same) trzęsąc się z oburzenia i plując nienawiścią do oponentów, wygrażają sobie, przekrzykują się, przerywają sobie. Nikt nigdy nie widział, aby ktoś został przekonany w wyniku argumentów rozmówcy w studiu.
Kłócą się wszystkie małżeństwa i pary. Czy coś wynika z tych debat? Czy druga strona zmienia się pod wpływem argumentów? Jeśli już czyni takie próby to tylko z powodu groźby rozwodu i związanych z tym komplikacji w życiu.
Tak funkcjonujemy – słuchamy tylko tego, co chcemy usłyszeć. Gdy jest to np. sytuacja na Ukrainie, możemy wybrać sobie z całego wachlarza opinii tę, która nam odpowiada – i potem tylko się w niej utwierdzać. Internet daje nam wybór wszelkich opcji, a każdy światopogląd ma swoich wyznawców, chwalców, konstruktywnych komentatorów.
Dialog jest mocno przereklamowany. Można tylko kogoś zdenerwować, urazić, a nawet uczynić z niego wroga. Dziennikarza „Gazety Wyborczej” nikt nie przekona, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Czytelnik rosyjskiej gazety jedyne co chce usłyszeć, to o zachodnich mackach w Kijowie i tamtejszych ultranacjonalistach. Zwolennik pozwalania na aborcję nie przekona kogoś, kto demonstruje pod kliniką przeciwko „zabijaniu życia poczętego”.
Podziały pogłębiają się z roku na rok. W Polsce jest to podział na „POlszewików” i „PiSiorów”, w Ameryce na demokratów i republikanów. Jeden modli się do obrazu Obamy, drugi widzi w nim czerwonego diabła, którego celem jest zniszczenie Ameryki. Jak ci ludzie mogą się nawzajem przekonać?
Wegetarianin nie przekona mięsożercy najbardziej nawet drastycznymi filmami z rzeźni. Mięsożerca będzie zawsze szydził z hipokryzji osoby, która nie je mięsa, ale chodzi w skórzanych butach.
Sztuka dialogu zanika – a może nigdy dialogu nie było? W końcu, to milczenie jest złotem.

Autor: Jan Latus