To był dobry człowiek

37

Jak często są to pierwsze słowa, gdy dowiadujemy się o czyjejś śmierci? Tak jednak wszyscy reagowali na wiadomość o śmierci Leszka Opioli, zwanego przez przyjaciół "Fazi".

Nie był osobą publiczną, nie rozpisywały się o jego śmierci gazety choć oczywiście na internecie zamieszczono wiele wspomnień – prywatnych, przyjaciół i w mediach, np. na Onecie. Mieszkał sam i umarł będąc sam w mieszkaniu – i taka śmierć, nie zauważona przez nikogo przez wiele dni, jest chyba najsmutniejsza. Tak jednak odchodzi wielu imigrantów w Nowym Jorku, w ogóle nowojorczyków. Żyją niezauważeni i niezauważenie odchodzą. Dopiero gdy nie pokażą się przez wiele dni w pracy, dopiero gdy rachunki będą długo niezapłacone, ktoś zastuka do drzwi. W tym wypadku była to najpierw policja.
Według pozbieranych relacji przyjaciół, Fazi tego dnia, w czwartek 3 lipca, siedział w swoim mieszkaniu przy I Avenue (w kamienicy, gdzie mieści się kultowy bar International). Obrabiał w photoshopie swoje zdjęcia. Grała mu bluesowa muzyka. Nagle posłuszeństwa odmówiło serce, tak przynajmniej spekulujemy. Fazi miał 56 lat. Żył intensywnie, pił, nie dosypiał ale nie wiedzieliśmy o jakichś jego poważnych problemach ze zdrowiem.
Znałem Faziego długo, ponad 20 lat ale nie spotykaliśmy się często. Znowu trzeba obwinić Nowy Jork. Czasem wpadłem na niego w jakimś barze na East Village, kiedyś przyszedł na moje przyjęcie urodzinowe. Miał swoją paczkę kilku, najbliższych przyjaciół, w tym naszego wieloletniego współpracownika, dziennikarza Piotra Milewskiego. Wszyscy oni należeli, a raczej: tworzyli, bohemę East Village.
Les Opiola nie miał znanego nazwiska. Nie należał do artystów, którzy odnieśli tu wielki sukces – a w każdym razie my, Polonia, za takiego go nie uznaliśmy i za takiego nam się nie przedstawiał. Był zawsze bardzo skromny.
Jego pasją byli Indianie amerykańscy – zajmował się nimi jeszcze w Polsce. Już w Stanach, odwiedzał ich rezerwaty, zaprzyjaźniał się z nimi, robił im zdjęcia. Tylko raz dał się namówić na publikację w Weekendzie wywiadu na ten temat – i w tym tygodniu ten wywiad przedrukowujemy. Oficjalnie zareagował na tę pierwszą publikację z lekceważeniem ale dowiedziałem się potem prywatnie, że był z niej bardzo zadowolony, nawet nią wzruszony.
Był, jak to się raczej pogardliwie mówi, artystą niespełnionym – jednym z tysięcy w Nowym Jorku. My, Polacy, przywiązywaliśmy przecież zawsze wielką wagę do wykształcenia i dyplomów, nawet w dziedzinie sztuki. Pytaliśmy o osiągnięcia, publikacje, nagrania, wystawy, nagrody. Kto jednak je ma z nowojorskich artystów?
Pasją Faziego była muzyka. Jeszcze w Polsce, w rodzinnym Rzeszowie, organizował koncerty, głównie rockowe i bluesowe, był promotorem, fanem, piewcą tej muzyki. W Nowym Jorku poczuł się jak ryba wodzie, zwłaszcza że zawsze mieszkał na East Village na Manhattanie. Przypomnijmy, że przed ćwierćwieczem była to naprawdę dzielnica artystyczna, niezależna, alternatywna – a przy tym niebezpieczna, brudna i stosunkowo niedroga. Fazi otaczał się muzykami, gościł tych przyjeżdżających z Polski, chodził na koncerty. Dziś nie ma klubu CBGB gdzie chodził na koncerty, bar International ma nowych menedżerów, zamknęła się polska restauracja Teresa naprzeciwko jego mieszkania. Przetrwał za to inny kultowy bar, Lucy's przy Tompkins Square, gdzie ciągle bywał i gdzie teraz jest przez wszystkich z czułością wspominany.
Wielu było wtedy takich Polaków, którzy odnajdywali się w artystycznym Nowym Jorku, chodzili na imprezy, pili, palili, żyli z dnia na dzień, podejmowali się dorywczych prac – i marzyli o karierze. Albo przynajmniej o tym, żeby trochę, czasem zaistnieć, dać się poznać.
Fazi w ostatnich latach musiał imać się zwyczajnych prac – był stolarzem na budowach. Ale i w jego projektach artystycznych zaczęło coraz więcej wychodzić. Dużo fotografował – to była jego kolejna pasja, i kręcił filmów wideo. Realizował klipy wielu kapel rockowych, jak the Threads, zrobił świetne zdjęcia znanym muzykom, jak B.B.King czy Buddy Guy. Wreszcie doceniono jego dorobek i miał pierwsze wystawy – w Polsce i w ramach festiwalu bluesowego w Chicago.
Ale jego miejsce było na East Village. Prowadził dom otwarty – w jego mieszkanku nieustannie ktoś pomieszkiwał, spędzał noce na długich rozmowach. Fazi pomagał ludziom i w inny sposób – a to dał kilka dolarów w garść żebrakowi, a to postawił komuś drinka. Był bardzo popularną na East Village postacią – znali go wszyscy: bezdomni, starzy i nowi mieszkańcy, muzycy, barmani.
Tacy ludzie, imigranci z Polski, albo już od nas odeszli – ich życie było zbyt intensywne, nie wytrzymywało czasem serce – albo wrócili do kraju, gdzie żyją w normalniejszych, choć bardziej mieszczańskich, warunkach i gdzie zażywają lokalnej, niemniej prawdziwej, popularności. On jednak walczył do końca. Nie dorabiał się, nie budował, nie popisywał majątkiem. Żył tak, jak powinien żyć artysta, albo miłośnik sztuki i związanego z nią trybu życia.
Był ciepłym, lojalnym i uczynnym człowiekiem. Wiedzieli o tym przyjaciele i ta nieliczna rodzina, która mu jeszcze pozostała, w Kanadzie i w Polsce.
Fazi, gdyby mógł, pewnie jeszcze raz wybrałby takie życie. Ale na pewno w tym życiu cierpiał. Nie wiem czy powinienem o tym pisać – teraz gdy nie mogę spytać Go o zgodę – ale kiedyś, gdy siedzieliśmy przy stoliku w restauracji Teresa zwierzył mi się, tak zwyczajnie i cicho, że jest bardzo samotny. Czy mogliśmy sprawić, aby był choć trochę mniej samotny? Na pewno mogliśmy częściej się z nim spotkać, porozmawiać, uściskać. Teraz jest już na to za późno. I nie obwiniajmy Nowego Jorku, lecz samych siebie.
Niech Ci grają bluesa, Fazi, harfy anielskie. TAM nie będziesz nigdy samotny.

Autor: Jan Latus