W ciąży czy zmęczona?

12

Jak jedna literka może zmienić randkę w piekło...

Hiszpański jest dość prosty do przyswojenia, ma przyjemne brzmienie i łatwą dla Polaków wymowę. Nie znaczy to, że nie kryją się w nim żadne pułapki.

Czasem błędne użycie rodzajnika (el, la) zmienia znaczenie słowa. Np. radio w języku hiszpańskim ma zdradliwy rodzaj żeński (la radio), więc pomyłka w stylu el radio spowoduje, że będziemy mówić nie o stacji, tylko o promieniu koła. Jedna literka może radykalnie zmienić sens wypowiedzi. Kiedyś pewien cudzoziemiec na pierwszej randce z Hiszpanką zaczął rozmowę od wyznania: estoy casado i zanim się obejrzał, miał na twarzy zawartość jej kieliszka. Biedak pomylił słowo żonaty (casado) ze zmęczony (cansado), no i potem miał infierno (piekło – nie mylić z invierno, czyli zimą) .Czasem spektakularne pomyłki wynikają z pozornego podobieństwa słów w różnych językach. Moja znajoma zaszokowała swojego chłopaka, kiedy zamotała się, próbując mówić po hiszpańsku do jego znajomych, a potem stwierdziła: estoy embrazada. Gratulacje przeplatały się z nerwowymi pytaniami Juana, bo embarazada oznacza być w ciąży, a nie zakłopotaną!
Wpadkami kończy się też wymyślanie hiszpańskich słów na własną rękę. Np. idzie się do warzywniaka i zamiast o pora (un puerro), prosi się o skręta (un porro). Od kiedy w Hiszpanii pracuje więcej Polaków, takich historyjek jest coraz więcej. Kiedyś nasi rodacy poszukiwali czegoś mocniejszego do wypicia. Któryś z nich musiał kiedyś liznąć hiszpańskiego, bo wiedział, że obcojęzyczne słowa na literę "s" w hiszpańskim są poprzedzone "e" (np. espagueti, especial). Pytał więc ludzi: "dónde espíritu, dónde?" (czyli w jego myśleniu: gdzie spirytus?), a koledzy pokazywali, jak piją. Hiszpanie patrzyli na nich, jak na wariatów, bo nawiedzeni Polacy pytali ich "gdzie dusza, gdzie?"

Coches vulgares

Sporą ilość wpadek z językiem hiszpańskim zaliczyły firmy motoryzacyjne. Najstarsza dotyczy modelu Chevroleta Nova, sprzedawanego w latach 70. w Meksyku i Wenezueli. "No va" po hiszpańsku oznacza bowiem "nie jedzie". Mimo nie najtrafniejszej nazwy w ojczyźnie Simona Bolivara sprzedaż auta przebiła oczekiwania General Motors. Gorzej jednak, kiedy oryginalnie niewinna nazwa samochodu okazuje się być przekleństwem. Amerykanie nie mogli liczyć na popularność Forda Pinto na Półwyspie Iberyjskim. Bo chyba nikt, a szczególnie hiszpański macho, nie chciałby prowadzić samochodu (un coche), którego nazwa to "mały penis". Niemcom też udało się wypuścić model, który na północy Hiszpanii budził powszechną wesołość: Opel Ascona. Ascona to bowiem w tym rejonie wulgarna nazwa kobiecego narządu płciowego.

Zdjęcie: Archiwum

Mitsubishi wsławiło się wypuszczeniem na rynek onanisty, czyli modelu Pajero (na zdjęciu), którego nazwę w popłochu przerobiono na neutralne Montero.

Ale prym w tej kategorii i tak wiodą Japończycy. Udało im się bowiem wprowadzić na rynki hiszpańskie aż cztery kontrowersyjne modele. Model Mazdy Laputa, który swoją nazwę zapożyczył od latającej wyspy z powieści Swifta o przygodach Gulivera, w języku hiszpańskim jest popularnym i dosadnym przekleństwem, które oznacza dziwkę (delikatnie mówiąc!). Mitsubishi wsławiło się natomiast wypuszczeniem na rynek onanisty, czyli modelu Pajero, którego nazwę w popłochu przerabiano na neutralne Montero. Nieco delikatniejszą propozycję dla użytkowników hiszpańskojęzycznych miał Nissan. Nazwa modelu moco oznacza ni mniej ni więcej tylko gil z nosa. Nie wiadomo co gorsze: przyznać się do jazdy pajero czy moco… Te samochodowe wpadki wieńczy Toyota, która próbowała m.in. w Portoryko sprzedawać model Fiera. To słowo na tej karaibskiej wyspie oznacza starego, brzydkiego babsztyla.

Uwaga na łapanie!

Hiszpanie i Latynosi są nieprawdopodobnie kreatywni jeśli chodzi o wymyślanie określeń na intymne części ciała oraz czynności seksualne. Nic dziwnego więc, że w te pułapki wpadają wielkie koncerny, a co dopiero cudzoziemcy.
Czasem o pomyłce decyduje drobiazg. Po pachy uśmiali się sprzedawcy na targu w Madrycie, gdy jedna Polka chciała – zamiast un pollo (kurczaka) – un polla, czyli kutasa. W dodatku prosiła, aby go nie ciąć, bo potrzebny jej był w jednym kawałku… W podobnych okolicznościach ktoś kiedyś pomylił królika (conejo) z pendejo (odpowiednik angielskiego dickhead). A jeśli chodzi o wpadki spoza targu, to zawsze radośnie przez Hiszpana zostanie przyjęte pytanie o jego zamiłowanie do corridy: te gusta la corrida? W potocznym hiszpańskim oznacza to bowiem: czy lubisz orgazm? Aby więc nie paść ofiarą small-talk, należy pytać albo o corrida de toros, albo po prostu: te gustan los toros? (bo w Hiszpanii raczej mówi się o "bykach" niż o corridzie).
Co gorsza, niewinne w jednym kraju słowo może być przekleństwem w innym. W Hiszpanii, aby złapać autobus czy taksówkę, mówi się: coger el taxi. Jeśli jednak powie się tak w Meksyku, to dowcipnisie dopytają od razu: ale gdzie, w rurę wydechową? Bo w niektórych krajach słówko coger (łapać, brać) jest ichnim f*ckiem. Dlatego jeśli w barze usłyszy się: quiero cogerte, w Wenezueli śmiało można chlasnąć twarz, ale w Peru lepiej nie (tam to zdanie będzie oznaczać propozycję pokazania jakiegoś miejsca). W Peru można za to lać za quiero tirarte. Bo o ile tirar w Hiszpanii oznacza tylko rzucać, a w Peru tyle co coger w Meksyku. I Metida de pata (pomyłka) gotowa!

Autor: Ewa Środka