Weekend w Weekend – i tak przez 10 lat

11

Dziś rano, jak zwykle, otworzyłem drzwi do budynku, wpisałem się na listę obecności, po czym udałem się do łazienki, żeby przed lustrem starannie nałożyć zarękawki.

Dziś rano, jak zwykle, otworzyłem drzwi do budynku, wpisałem się na listę obecności, po czym udałem się do łazienki, żeby przed lustrem starannie nałożyć zarękawki. Następnie wszedłem do pustego jeszcze pokoju redakcyjnego i zapaliłem światło. I stało się coś niebywałego.
W świetle jarzeniówek rozbłysnęły kolorowe balony z napisem "Happy Anniversary!" Z otworów wentylacyjnych w suficie posypało się konfetti. Na blacie w środku pokoju, gdzie zwykle stoi gilotyna (ostatnio dużo było cięć personelu w firmie), tym razem pysznił się ogromny, amerykański, więc niebieski i bardzo słodki, tort z dziesięcioma świeczkami. Jeszcze bardziej elegancko ubrani niż zwykle redakcyjni koledzy odśpiewali mi "Happy Birthday" oraz "Niech go w mordę trzaśnie" (tę drugą piosenkę zaśpiewali szczerze). Kierownictwo firmy, obecne w komplecie, mimo tak wczesnej pory, złożyło mi gratulacje, po czym wręczyło mi piękną, plastikową, pozłacaną statuetkę z napisem "Zasłurzony dla Polonii" oraz kopertę z czekiem, którego wysokości nie ujawnię, bo Polacy potrafią być zazdrośni. Dostałem też złotego roleksa. Wzruszony tym przyjęciem – zwłaszcza roleksem – postanowiłem jeszcze nie przechodzić na emeryturę. Zwłaszcza że emerytur w Ameryce chyba już nie ma.
Usiadłem więc przy swoim biureczku i zacząłem robić to samo, co robiłem przez ostatnie 10 lat. Redagować Weekend.
Piszę w tym felietoniku o 10. rocznicy założenia dodatku Weekend, jest też o tym jeden artykuł w środku numeru – i uważam, że to już i tak za dużo. Mimo tytułowania mnie Redaktorem Naczelnym przez lizusowatych współpracowników, nie jestem żadnym redaktorem naczelnym, najwyżej ssakiem z gatunku naczelnych. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do mojej pozycji w pecking order, niech przeczyta – jak kiedyś studiowało się kolejność członków Biura Politycznego KC wymienionych w gazecie – stopkę redakcyjną. Szoruję tam dno, a czasem, jak nie ma miejsca, w ogóle wycinają z niej moje – takie krótkie i poręczne przecież! – imię i nazwisko.
Fakt, że pracuję w jednej firmie przez 18 lat, i robię w niej w sumie to samo przez ostatnie 10, jest czymś normalnym, a nawet godnym uznania dla starszego pokolenia, ale dla młodych brzmi przerażająco. Jak coś w ogóle może trwać 10 lat? Pismo, strona internetowa, sława modelki, popularność kapeli rockowej?
Ich zdaniem powinienem po pół roku wyprowadzić Weekend do internetu, tam wprowadzić dużo pornografii, ogłoszeń towarzyskich oraz aukcję modnych butów – i po roku stronę sprzedać, a za zarobione pieniądze założyć, ja wiem… inną stronę internetową?
Ale poważnie: chwalę sobie te ostatnie 10 lat. Dodatek, wkładka, suplement, jakkolwiek by skromnie ten Weekend nazwać, zawsze miałem w jego redagowaniu totalną swobodę, począwszy od głównego tematu numeru, przez dobór autorów, aż do najdrobniejszego podpisu pod zdjęciem. To cenię sobie najbardziej, bo totalnej swobody nie ma prawie nikt. Urzędnicy korporacyjni, adwokaci, działacze polityczni – wszyscy są na czyimś pasku, do czegoś muszą się dostosowywać. W przypadku dziennikarzy dostosowywać się muszą do: linii ideologicznej i profilu marketingowego pisma, humorów bezpośredniego przełożonego, do ogłoszeniodawców, czytelników, obyczajów poprawności politycznej, obowiązujących obecnie mód ideologicznych itd.
A ja nic nie musiałem. Może to dlatego, że nikt nas nie czytał? Kto to wie. Przy milionowym nakładzie na pewno niejedna kancelaria adwokacja uważnie by studiowała zamieszczane tu słowa. Przede wszystkim jednak, przy takiej skali pisma, każdy tekst byłby dyskutowany przez całe gremium, kreowany podczas "burz mózgów", aprobowany przez szefów, konsultowany ze specjalistami, fact-checkers, prawnikami, ogłoszeniodawcami i działem marketingu.

Rysunek: Marcin Kulabko

Zespół Weekendu

Z tej wolności cieszą się i młodzi współpracownicy Weekendu (zawsze przeważali młodzi, często – debiutanci). Jedna rozmowa lub wymiana e-maili ze mną – i już publikowali pierwszy w życiu projekt okładki, zdjęcie w gazecie, artykuł. Bez przesyłania resume, interviews, pitch letters.
Słowem, redaguję to pisemko absolutnie nieprofesjonalnie – i pewnie dlatego mam z tego taką przyjemność.
Dni (miesiące, lata) Weekendu są policzone. Zanika bowiem na naszych oczach idea, potrzeba, umiejętność tworzenia większych całości. Magazynu, który jest autorski, ma jakąś koncepcję, gdzie tekst koresponduje z ilustracjami. Kiedyś tak wyglądały wszystkie porządne pisma: "Skamander", "Przekrój", "New Yorker".
W dobie internetu zanika jednak idea i możliwość tworzenia takich całości. Te teksty, które w ramach jednego dodatku, ze śmiesznymi ilustracjami czy dziwacznie dobranymi zdjęciami, miały jakąś osobowość, w internecie staną się kolejnymi hasłami w powodzi tysięcy innych.
Szkoda mi tych odchodzących całości. Teatru, którego ten sam od lat dyrektor, zespół aktorski i techniczny utrzymywali charakter artystyczny placówki. Wydawnictw o jasno określonym profilu. Firm płytowych prowadzonych przez fanatyka promującego ulubiony gatunek muzyki. Właścicieli klubów, które dzień po dniu (więc rutynowo) promowały coraz to nowe zespoły (więc nie rutyna jednak, lecz rozmaitość). Szkoda mi gazet, które miały – wyobraźcie to sobie, młodzieży – rubryki na tych samych od lat stronach oraz stale piszących – i zawsze w tym samym miejscu – autorów. Poranna gazeta jest dla mnie częścią rytuału, jak poranna kawa (czy kaszka manna).
Mam nadzieję, że także czytelnicy "Nowego Dziennika" i Weekendu odczuwają taką potrzebę stałości, obcowania z lubianymi autorami, oczekiwania co tydzień na "swoją" rubrykę. A może już takiej potrzeby nie mają?
Tak czy inaczej, także jutro, w 10 lat i jeden dzień po założeniu Weekendu, usiądę rano przy biurku i będę starał się jak umiem, aby tak skromnym sumptem wydawany dodatek był ciekawy.
A może powinno być inaczej? Może na stałe powinni tu pozostać jedynie czytelnicy i co tydzień grzecznie kupować Weekend, a ja będę redagował go siedząc z laptopem na jakiejś egzotycznej plaży? W Tajlandii na przykład? Brazylii? Na Filipinach?
Warto i taki wariant rozważyć. Wy, Czytelnicy, nie zauważycie różnicy, a kierownictwo "Nowego Dziennika" zaoszczędzi na prądzie i wodzie, które zużywam. Pal sześć rocznicowy tort – sam sobie kupię. W wielu zakątkach świata pieką torty. Mam nadzieję, że nie będą niebieskie i takie słodkie.

Autor: Jan Latus