Weekendowe wspomnienia

26

Weekend od pierwszego numeru utrzymuje się w prasowej awangardzie. Choćby dlatego, że...

Podobno wszystko jest teraz w internecie. Nic nie trzeba pamiętać. Niczego przechowywać. To wszystko robią teraz za człowieka różne bazy danych, o linkach i innych zakładkach już nie wspominając.
Tak? No to poszukajcie sobie w sieci pierwszego numeru Weekendu!

Albo lepiej nie szukajcie. Bo nie znajdziecie!
Z całym spokojem o wynik ewentualnej weryfikacji niewygodnych faktów wypada podkreślić, że od samego początku był to magazyn wytyczający nowe trendy rynku prasowego, oryginalny, niepowtarzalny i – generalnie – wyjątkowo nowatorski. Dlaczego, o tym za chwilę. Teraz trzeba zaś jeszcze dodać, że w swoich pierwszych wydaniach jakością technologiczną i szatą graficzną nowy magazyn "Nowego Dziennika" niemal dorównywał "Wallpaper". A stron miał prawie tyle, co "Cosmopolitan".
No, ale z wiekiem uroda magazynu wyszlachetniała i z nachalnej, olśniewającej błyszczącym papierem i kolorowym drukiem, stała się bardziej niż przedtem nowojorska, by nie powiedzieć – manhattańska. Teraz w Weekendzie dominuje wyrafinowany, czarno-biały minimalizm i perwersyjna prostota formy adresowana do prawdziwych koneserów. Pismo zgubiło też – znów zgodnie z trendami panującymi w okolicach 38. Ulicy – kilka stron, w myśl wyznawanej w kręgach tutejszych elit zasady, że nigdy nie można być zbyt szczupłym i – zarazem – zbyt bogatym. Tak więc "trzymając linię", pismo nieustannie pracuje nad jednoczesnym dalszym wzbogacaniem treści. Właśnie dlatego słowo jest sukcesywnie zastępowane na Weekendowych stronach materiałem graficznym (wiadomo – jeden obrazek wystarczy za tysiąc słów), co zresztą stawia magazyn w awangardzie najnowszych trendów medialnych. Przecież najlepiej sprzedają się teraz właśnie pisma ilustrowane, które jako jedyne nadążają za upodobaniami i kompetencjami współczesnych czytelników!

Zdjęcie: Piotr Powietrzyński

Jak już była o tym mowa wyżej, Weekend od pierwszego numeru utrzymuje się w prasowej awangardzie. Choćby dlatego, że od początku był pismem – nazwijmy to – tematycznym. Wprawdzie w jednym ze swoich pierwszych Weekendowych felietonów redaktor naczelny, którym był od początku Janek Latus, zarzeka się, że to wszystko tylko z powodu pozostawionej mu do dyspozycji młodej kadry, bo "wyobrażacie sobie, żeby kazać początkującej dziennikarce wypowiadać się na dowolny temat? I tak tydzień w tydzień? Mielibyście sumienie?!?"
Nawet jeśli tematyczność Weekendu rzeczywiście wzięła się z wrażliwości redaktora na cierpienia stażystek, to i tak magazyn wyprzedził w tej swojej nowatorskiej koncepcji inne pisma, i to o niemal dekadę. Teraz, w dobie kryzysu na rynku prasy, fachowcy od prognoz długoterminowych doradzają tygodnikom, że jeśli w ogóle chcę przetrwać, powinny się nastawić na tematyczność właśnie. Tymczasem Weekend zrobił to – sam z siebie – już dziesięć lat temu!
Inna rzecz, że "temat" jednego z pierwszych Weekendów był raczej niesprecyzowany, ale na pewno chodziło w nim o Nowy Jork. Tym bardziej że na lśniącej okładce "jedynki" pyszniło się dorodne i apetyczne Wielkie Jabłko. W numerze statystycznie przeważała zaś – i tak zostało do dzisiaj – forma dziennikarska nazywana felietonem. A więc (owszem, zwykle tylko z pozoru) lekka, łatwa i przyjemna w odbiorze. W końcu chodziło przecież o magazyn "weekendowy". Obok felietonów, z których dwa ukazują się od pierwszego numeru do dzisiaj (J. L. oraz Stanisława Kokesza), debiutował wówczas w piśmie prowadzony przez innego Weekendowego weterana pióra  – Daniela Wyszogrodzkiego – Dział Muzyczny. A obieżyświat, Sylwester Walczak, odpowiadał za Podróże Weekendu. Od początku w Projekcie Weekend brał też udział Piotr "Milo" Milewski, który w tamtych czasach zajmował się tym, co i dzisiaj (ale zwykle już na innych antenach i łamach), czyli literaturą i publicystyką. A za "tematykę" odpowiadały – jak już o tym była mowa wyżej – ambitne młode "adeptki", w pierwszym numerze piszące o dorożkach z parku, żółtych taksówkach, klubach nocnych i trudno spamiętać o czym jeszcze. No, ale jedną z charakterystycznych cech Wekeendu (w tej dziedzinie też wyznaczającego kierunek, w którym poszły potem inne pisma) była ujawniona już w pierwszym numerze zasada, że obok kadrowiczów – poważnych panów redaktorów, odpowiadających za stałe działy specjalistyczne, w różnych okresach pisywały tu również utalentowane młode panie, które wkrótce po debiucie szły dalej, już swoją własną drogą, na podbój światowego dziennikarstwa. Weekendowa Liga Mistrzów oszlifowała w ciągu minionej dekady tyle podobnych "diamentów", że trudno je wszystkie spamiętać. Szlaki przyszłym koleżankom po piórze przecierały zaś w pierwszym numerze  Karolina Szmagalska i Joanna Karwat oraz (chyba, bo… patrz początek tekstu) Agnieszka Kozikowska, Joanna Kocąb i Natalia Pezacka. Albo też niektóre z nich pojawiły się na Weekendowych łamach wkrótce potem.
I jeszcze jedno. Zgodnie z najbardziej aktualnymi trendami w teorii (a zwłaszcza praktyce) zarządzania większość ekipy montującej pierwszy Weekend wcześniej zajmowała się zawodowo wszystkim, tylko nie dziennikarstwem. W składzie redakcji znalazł się więc filmowiec, prawnik, teatrolog, kulturoznawca, orientalista, liczni poloniści, a nawet antropolog kulturowa. Tylko naczelny miał w kieszeni dyplom dziennikarstwa. Ale za to od razu z Columbia University.
Tak oto, spontanicznie i trochę z przypadku, powstał zespół, który dzisiaj uchodziłby za modelowy przykład "team buildingu". W tej chwili taka pozorna "niefachowość" jest bowiem traktowana jako recepta na kreatywność. Zresztą, trudno się dziwić, skoro za  jednego z największych polskich specjalistów od ekonomii uchodzi przecież Michał Boni, z wykształcenia… teatrolog. A państwem kierują historyk (premier) do spółki z prawnikiem (prezydent). Teraz. Tymczasem Weekend rozpoczynał działalność na podobnych zasadach już dekadę temu, kiedy to prowadzenie rubryki informatycznej redaktor powierzył niejakiej "Modelce".
Ale to wszystko było dawno. I – być może – nieprawda, bo nic o tym nie znajdziecie w żadnym miejscu w internecie. Na szczęście obok plików, które i tak przepadają w końcu gdzieś w niepamięci anonimowych serwerów, ciągle zostają jeszcze zawodne, ale trwałe, analogowe wspomnienia wiernych czytelników.
 

Autor: Alfa Omega