Wspomnienie z Ashland

21

Biada temu, kto chciałby pożywić się w tym ekskluzywnym mieście zwykłym hamburgerem!

Po przyjeździe do Oregonu zamieszkaliśmy w Salem, przeszło stutysięcznej stolicy stanu. Miasto nie lubiło obcych i samo też nie dało się lubić.

Ludzie odgradzali się od sąsiadów wysokimi płotami. Co innego Ashland. Kiedy przyjechaliśmy tutaj wiosną 1996 roku, nieznana para młodych sąsiadów przywitała nas kwiatami. Nikt tutaj nie chciał i nie musiał odgradzać się od sąsiada płotem.
Ashland jest przeszło dwudziestotysięcznym miasteczkiem położonym w południowej, górzystej części Oregonu, w dolinie rzeki Rogue, w odległości czternastu mil od granicy z Kalifornią. W pobliżu przechodzi autostrada I-5, łącząca Meksyk z Kanadą.

Zdjęcie: Archiwum

Główna ulica Ashland, Siskiyou Blvd., dzieli miasteczko na dwie części, różne pod względem społecznym. Poniżej bulwaru mieszkają głównie starzejący się hippisi, którzy umiejętnie maskują upodobanie do luksusu zewnętrzną niefrasobliwością i symbolami z lat sześćdziesiątych. Ogródki frontowe są tutaj niezbyt zadbane, za to domy ukrywają w środku kosztowny sprzęt elektroniczny, a na tyłach niekiedy baseny z biczami wodnymi. Ludność pod bulwarem ubiera się z elegancką niedbałością. Kobiety pielęgnują siwe włosy i przechadzają się w powiewnych hinduskich szatach, czasem boso, a niekiedy w prostym obuwiu drogich firm zagranicznych. Mężczyźni przebrani po sportowemu nie bez kokieterii upinają włosy w koński ogonek. Ulubionym miejscem spotkań towarzyskich ludności dolnego Ashland jest sklep ze zdrową żywnością, zaopatrzony w szeroki asortyment produktów naturalnych, lecz droższych od skażonych chemią artykułów dostępnych w zwykłych magazynach. Sklep ten przypomina mieszkańcom Ashland o konieczności zachowania równowagi ekologicznej. Organizuje również wiele pożytecznych akcji, takich jak szkolenie wegetarianów w odmawianiu poczęstunku indykiem w Dniu Dziękczynienia. Przed sklepem nieraz odbywają się zaimprowizowane naprędce wystąpienia przeciwników elektrowni atomowych, wycinania drzew, a także zwolenników upowszechnienia marihuany czy umożliwiania miejscowej młodzieży poruszania się po chodnikach na deskorolkach. Wszystkie też istotne kwestie społeczne spotykają się ze zgodną aprobatą publiczności.
Ludność zamieszkująca obszar powyżej bulwaru jest bardziej konserwatywna. Osiedlili się tutaj emeryci z Kalifornii, którzy sprzedali domy, aby zapewnić sobie w mieście spokojną starość. Mieszka tutaj również elita pośredników mieszkaniowych, którzy nabyli swoje posiadłości, kiedy ceny domów w Ashland były stosunkowe niskie. Za moich czasów rosły one gwałtownie aż do ostatniego krachu na rynku mieszkaniowym. Czym wyżej nad bulwarem, tym domy zasobniejsze. Najwyżej i najzasobniej mieszkają ci, których przodkowie przybyli tutaj jeszcze w czasach, gdy Ashland było centrum przeróbki drewna i mekką Ku-Klux-Klanu. Pomimo różnic w genealogii wspólną cechą Ashland nad bulwarem jest nieskrywane niczym zamiłowanie do luksusu. Domy i ogrody są tutaj wypielęgnowane, garderoba mieszkańców starannie dobrana. Większość z nich zaopatruje się w żywność w sklepie Market of Choice, którego nazwa sugeruje, że klienci nie przychodzą tutaj z czystego przypadku. Istotnie, magazyn z dyskretną elegancją zaspokaja upodobania do smacznej i zdrowej żywności, nie narażając zarazem nikogo na konieczność zajmowania stanowiska w ważnych kwestiach publicznych.
Pomiędzy górnym a dolnym Ashland rozciąga się obszar turystyczny z pasem sklepów z kosztowną odzieżą, galeriami dzieł sztuki oraz restauracjami oferującymi szeroki zestaw wyszukanych dań.
W latach trzydziestych pojawił się w Ashland pasjonat teatru, który wybudował w tym małym miasteczku trzy sceny dramatyczne, w tym jedną konstrukcję pod gołym niebem, opartą na wzorach teatru elżbietańskiego. Tak narodziła się tradycja Festiwalu Szekspirowskiego, który ściąga co roku do tego górskiego kurortu tłumy turystów z całego kraju.
Biada temu, kto chciałby pożywić się w tym ekskluzywnym mieście zwykłym hamburgerem. W Ashland jedyny McDonald’s zbankrutował, mimo że na jego ścianach wisiały plakaty teatralne. Zamiast hamburgera można zamówić w miejscowych lokalach Dali Lama berger z dodatkiem sałaty, której nazwa zachęca konsumenta do wzmożonej medytacji.
Ze wspaniałą przyrodą górską, z ludźmi o zasadniczo beztroskim usposobieniu, z aspiracjami artystycznymi i z kilkoma naprawdę dobrymi restauracjami, Ashland stanowi raj dla człowieka o burżuazyjnych nawykach. Otwarte wyrażanie własnych poglądów w naszym mieście nie naraża nikogo na represje. Pamiętam dobrze stado golasów, które bezkarnie przebiegło przez główną ulicę Ashland z wymalowanymi na ciałach hasłami, protestując w ten sposób przeciwko wojnie w Afganistanie.
Niewiele potrzeba, aby czuć się tutaj jak w raju. Może chciałbym, aby ludzie w Ashland byli tak samo zatroskani skutkami politycznej poprawności, jak martwią się żywotnością pstrągów w miejscowych potokach. Sprawiłoby mi ulgę, gdyby moi znajomi używali słowa "nazista" lub "hitlerowiec" w odniesieniu do byłego prezydenta bardziej ostrożnie. Skala potępienia tej niepopularnej postaci politycznej była w Ashland o wiele większa niż znajomość historycznej rzeczywistości obozów koncentracyjnych i krematoriów. Mam również nadzieję, że moja rezerwa wobec wyposażenia lekarzy w prawo pozbawiania życia śmiertelnie chorych pacjentów (znana w Oregonie pod nazwą "Death with Dignity Act") nie narazi mnie na miano fanatyka religijnego lub poplecznika czarnych sił reakcji. Ufam, że w księgarni w Ashland pojawi się kiedyś więcej książek Tomasza Manna, Czechowa lub Goethego, skoro już teraz całą ścianę zajmuje literatura New Age. Mam wreszcie nadzieję, że na prawdziwego hamburgera nie trzeba będzie wybierać się aż do małego westernowego miasteczka Canyonville, położonego o godzinę drogi z Ashland.
Oczywiście ktoś mógłby zapytać, dlaczego osoba z tak długą listą życzeń mieszkała w Ashland aż tyle lat. Dlaczego nie przeprowadziłem się wcześniej do wielkomiejskiego i bardziej zróżnicowanego obyczajowo Portland. Odpowiedź jest prosta. Moi znajomi w Ashland łagodnie tolerowali malkontenta, który nie ukrywał przed nimi własnych przesądów. Jest jeszcze inna przyczyna: wychowany w Polsce Ludowej, przyzwyczaiłem się akceptować rozwiązania nie w pełni doskonałe.

Autor: Andrzej Axer