Zapiski redaktora dyżurnego

7

Sądząc po listach, a teraz i komentarzach zamieszczanych w internecie – wielu czytelników uważa, że "Nowy Dziennik" prowadzi...

Od pewnego czasu pełnię dyżury redakcyjne. Już spieszę wyjaśnić, co to znaczy.
Po 10 latach niebywałego luksusu siedzenia we własnym gabinecie na wysokim piętrze i zajmowania się wyłącznie pisaniem i redagowaniem publicystyki do dodatku Weekend zostałem sprowadzony na ziemię.
Dosłownie: siedzę teraz w hali fabrycznej wraz z innymi dziennikarzami. Wraz z nimi czasem dyżuruję. Piszę depesze. Redaguję strony ze świata, Polski bądź Ameryki. Nie codziennie, ale często. Nadal jednak redaguję Weekend, który powstaje w związku z tym pomiędzy depeszami o manifestacji w Inowrocławiu a urodzinami pandy w jakimś zoo.
Ale nie narzekam – wszystkie firmy oszczędzają, zwłaszcza medialne i zwłaszcza polonijne. Trzeba pomóc, to pomagam.
Przy okazji przypomnienia sobie pracy, którą wykonywałem na początku zatrudnienia w "Nowym Dzienniku", odświeżyłem sobie kilka obserwacji.
Na przykład, że o zawartości i profilu gazety niekoniecznie decydują poglądy polityczne redaktorów. Jeszcze mniej – że oni świadomie dobierają wiadomości, manipulują nimi, aby wywołać spodziewaną reakcję u czytelnika.

Ilustracja: Marcin Kulabko

Przekonałem się po raz kolejny, że najważniejszym elementem w pracy dziennikarza redagującego newsy jest czas. Dziennikarstwo, zwłaszcza to dotyczące bieżących wiadomości, jak mało która praca jest bowiem kompromisem między jakością a szybkością. W przypadku tygodnika czasu jest więcej, nie mówiąc już o kwartalnikach naukowych. Tam można wyobrazić sobie, że redaktor prowadzi świadomą politykę, ma jakąś agendę, a nawet próbuje kształtować społeczeństwo zamieszczaną publicystyką.
W przypadku informacji w gazecie (a też pewnie w dziennikach radiowych i telewizyjnych) decyduje tylko to, jakie akurat informacje mamy, ile jest na nie miejsca i ile mamy czasu na ich przygotowanie.
Piszę to wszystko, bo – sądząc po listach, a teraz i komentarzach zamieszczanych w internecie – wielu czytelników uważa, że "Nowy Dziennik" prowadzi jakąś wyrafinowaną politykę, że kogoś popiera, a kogoś zwalcza. Czytelnik utwierdza się w tym przeczytawszy wyrwaną, krótką informację. Napisali np. w gazecie o ubeckich teczkach o Kwaśniewskim i jego niepolskim pochodzeniu. Od razu ocenia ktoś nas w związku z tym (nie autora depeszy, lecz całą redakcję) jako filosemitów albo antysemitów, jako komuchów lub zatwardziałych prawicowców, jako ostrożnych w ujawnianiu prawdy lub zbyt w tym pochopnych.
Tymczasem jest tak: dziennikarze zbierają się rano i mówią, co się dzieje na ich podwórkach. Często nic się nie dzieje.
Podstawowym problemem dziennikarzy świata jest to, że nie mają co dać do gazety. Przede wszystkim w lecie, a więc w słynnym sezonie ogórkowym, ale nie tylko. Coś przecież trzeba dać na pierwszą stronę – i to jeszcze ciekawego, ważnego, sensacyjnego, aby ludzie chętnie sięgnęli po pismo w kiosku. Ale jeśli nic się nie dzieje? Gdzieś tam utonął prom w Polinezji… gdzie ta Polinezja? W Indiach skazano terrorystów… kogo obchodzą Indie? Znów kłócą się o prawo dla imigrantów… ileż o tym można? Prezydent Obama coś powiedział… znowu? Co jest informacją na okładkę? Podwyżka o 10 centów ceny przejazdu nowojorskim subwayem, zabicie 10 Polaków w Afganistanie czy śmierć 10 tysięcy ludzi w powodzi w Chinach?
Podobne dylematy mają redaktorzy stron polskich, amerykańskich i światowych. Mają na ich rozstrzygnięcie tylko 3 godziny – potem gazeta idzie do drukarni.
Redakcje borykają się też z ograniczeniami technicznymi. Korzystamy z serwisów zdjęciowych agencji Reuters i polskiego PAP. Wiadomości z Polski czerpiemy głównie z serwisów PAP i agencji IAR. Ale PAP w swoim serwisie zdjęciowym niekoniecznie ilustruje to, o czym piszą gdzie indziej jego depeszowcy. W serwisie fotograficznym PAP można znaleźć tylko imprezy, na które fotoreporterzy biedującej agencji akurat się udali – np. na jakąś konferencję gdzieś blisko, w Warszawie.
Czy dać na górę strony najważniejszą informację z Polski, jeśli nie ma do niej żadnego zdjęcia? (Jesteśmy tu bezradni jako nieduża gazeta redagowana w Nowym Jorku). Czy najpierw może zobaczyć, jakimi dysponujemy ilustracjami, i do tego dostosować hierarchię zamieszczanych tekstów?
Wszystko w życiu jest kompromisem – tak samo jest w gazecie.
Z powyższego wynika, że żaden nadredaktor o niecnych intencjach nie stoi za świadomym doborem informacji, aby manipulować zdezorientowanym czytelnikiem polonijnym. Po prostu, nie miałby na takie rzeczy czasu.
Jak ktoś chce, i tak określi naszą linię polityczną. Ma do tego prawo, gdy czyta publicystykę: komentarze odredakcyjne, analizy polityczne, edytoriały. Ale gdy idzie o wiadomości… po prostu je zamieszczamy. Nie demonizujcie nas, nie przeceniajcie.
Uważam, że żaden z redakcyjnych kolegów (teraz – sąsiadów za przegródkami) nie prowadzi jakiejś cichej kampanii, aby np. przedstawiać Polskę w dobrym świetle, a Amerykę – jako kraj w stanie rozkładu. Albo odwrotnie. Albo narzuca swój lewicowy – lub prawicowy – ogląd świata. Niemniej, ponieważ wiadomości wybierają ludzie, a nie roboty, zawsze jest to proces subiektywny.
Mało kto z czytelników patrzy na zamieszczone maczkiem na dole strony nazwisko osoby, która zebrała i zredagowała wiadomości. Gdyby jednak komuś się chciało – bo ma dobry zasiłek dla bezrobotnych – śledzić i analizować, pewnie zauważyłby jakieś cechy swoiste redaktorów.
Jednego dziennikarza bardziej interesują procesy polityczne, innego – gospodarka. Ktoś jest bardziej ciekaw spraw dziejących się w odległych zakątkach globu, inny skupia na tym, co dzieje się w najważniejszych ośrodkach. Gdyby ktoś zanalizował strony redagowane np. przeze mnie, dostrzegłby, powiedzmy, o 30 proc. więcej wiadomości z Rosji niż u kolegi X. Dlaczego? Bo uważam, że to, co się w Rosji dzieje, jest nadal ważne dla Ameryki – i dla Polski. Ktoś inny powie jednak: dlaczego Polak mieszkający w USA ma drążyć sprawy rosyjskie? Czy nie pora o tym zapomnieć i skupić się na sytuacji w Meksyku?
Dochodzą też prywatne gusty. Ja jestem zafascynowany Azją, uważniej niż inni śledzę więc doniesienia z tego kontynentu. Ktoś inny skupi się natomiast na doniesieniach z Londynu i Paryża.
Te poszczególne depesze, wyrwane strony, kolejne egzemplarze gazety, są jak tysięczne kopnięcie piłki na boisku. Może drużyna ma swój styl, może trener narzucił jej np. styl ofensywny, ale trudno analizować pod tym kątem każde podanie i oczekiwać, że będzie ono zawsze do przodu (i zawsze dokładne).
Nie warto więc robić z igły widły i zapieniać się w komentarzach na temat każdego tekstu, depeszy, notki. Nie warto, bo jutro będzie następna i znowu następna. Aż do końca gazety albo końca świata – w zależności, co nastąpi najpierw.

Autor: Jan Latus