Źegnaj, macho!

21

Do tej pory zmowa facetów przynosiła niezłe rezultaty. Na przykład w ostatnich latach w Ameryce...

W kwietniu 2009 zakończyło się – po interwencji medycznej w postaci zastrzyku usypiającego – wyjątkowo długie życie Macho.

W ten sposób odszedł na zawsze ostatni przedstawiciel tego dzikiego gatunku w Stanach Zjednoczonych. Wydarzenie okazało się na tyle ważne, że napisał o nim nawet NYT. A przecież Macho był tylko starym, schorowanym… jaguarem.
Inna sprawa, że przeniósł się on do Krainy Wiecznych Łowów w symbolicznym momencie, co sugeruje więcej, niż zwykły zbieg okoliczności.
Bo oto niedługo potem, w czerwcu tego roku, periodyk "Foreign Policy" ogłosił, że właśnie nadszedł zwiastowany przez liczne symptomy ekonomiczne, socjologiczne i kulturowe kres dominacji w życiu społecznym ideologii "maczyzmu".
Rolę herolda tej epokowej zmiany, która dotąd – pomimo już dokonanych przemian prawnych i obyczajowych – także i na demokratycznym Zachodzie pozostawała jedynie w sferze niespełnionych marzeń coraz mniej licznych feministek, odegrał Reihan Salam z New America Foundation, publikując (22.06.09) w wymienionym wyżej periodyku artykuł "The Death of Macho".
Tym razem inaczej, niż w dotychczas prowadzonym dyskursie o "końcu maczyzmu", autor pomija milczeniem kwestie ideologiczne, nie zajmując się ani przez chwilę zagadnieniami tak abstrakcyjnymi, jak "równość" czy "sprawiedliwość" w relacjach między płciami. Unika też starannie określenia "wyzysk", a już zwłaszcza "zniewolenie" czy "eksploatacja". Pisze za to, przytaczając liczne dane statystyczne, jak wygląda w życiowej praktyce kres męskiej dominacji we wszystkich dziedzinach życia społecznego. A z tego opisu wyłania się obraz cichej apokalipsy, która – prawdopodobnie już na zawsze – pogrzebie w swych ruinach świat zbudowany i zarządzany według reguł "maczyzmu stosowanego".

Zdjęcie: Archiwum

W tym miejscu potrzebne będzie objaśnienie. Dla Salama Reihana "macho" to nie tylko, a nawet nie przede wszystkim agresywny, egzekwujący swoje "prawa" przy pomocy pięści, chamowaty i prymitywny wielbiciel piwa i futbolu, ubrany w dres i podkoszulek "wifebeater", a lekceważący kobiety niejako z definicji. Współczesny "maczyzm" wyraża się bowiem w znacznie bardziej subtelnych przejawach.
Zarówno dla autora tekstu w "Foreign Policy", jak i dla współczesnych socjologów "machismo" to przekonanie o naturalnej wyższości mężczyzn nad kobietami i przysługującej im z tego tytułu uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, miejscu pracy i w społeczeństwie. W tym sensie przedstawicielem "filozofii maczo" może być równie dobrze mężczyzna, jak i kobieta. O ile tylko uzna ona za oczywistą przyrodzoną wyższość panów nad paniami.
Tak rozumiany "maczyzm", nazywany inaczej patriarchatem, miewał się dotąd doskonale także w społeczeństwach, które dawno już wpisały paragrafy o równości obu płci do swoich konstytucji. Bo rzecz nie tylko w zapisach prawa, ale – o czym większość kobiet przekonuje się na każdym kroku – w powszechnym obyczaju. A także w niepisanych zasadach, które panują choćby na rynku pracy (jest na to nawet specjalne określenie – glass ceiling). Od lat obowiązuje tu bowiem reguła, że nawet jeśli na równorzędnych stanowiskach obie płcie zarabiają i awansują podobnie, to i tak miejsca pracy i zawody dzieli się ze względu na ich damską lub męską specyfikę na lepiej i gorzej płatne. Jeśli następuje feminizacja jakiejś profesji wynagradzanej do tej pory stosunkowo przyzwoicie, to niemal natychmiast dramatycznie spada też poziom wynagrodzeń w tym sektorze (służba zdrowia, szkolnictwo).
Do tej pory zmowa facetów przynosiła niezłe rezultaty. Na przykład w ostatnich latach w Ameryce doprowadziła ona do przeinwestowania w sektory zapewniające zatrudnienie i wysokie płace milionom kiepsko wyedukowanych "niebieskich kołnierzyków". I – jak wynika z pokryzysowych analiz ekonomicznych – to właśnie dlatego doszło ostatecznie do nadmuchania "bańki finansowej" na rynku real estate. Natomiast w działach, gdzie zatrudnia się głównie panie, tradycyjnie zarabia się mało. Pomimo że w tej chwili na trzy kobiety z dyplomami wyższych uczelni przypada w krajach rozwiniętych zaledwie dwóch analogicznie wykształconych mężczyzn. Tak właśnie manifestuje się ideologia "maczyzmu" na poziomie, na którym mówimy nie pojedynczych brutalach z puszką piwa, ale o systemach politycznych, dzielących społeczne role na główne i drugoplanowe za pomocą dyskretnych narzędzi ekonomicznych i prawnych.
No, ale teraz to się skończyło, i to brutalnie. Największą ofiarą aktualnego kryzysu okazała się bowiem wysoko opłacana klasa "niebieskich kołnierzyków". Bez pracy jest już, w samej tylko Ameryce, ponad osiem milionów takich mężczyzn w sile wieku produkcyjnego. A będzie jeszcze więcej. Tym bardziej że coraz częściej szeregi bezrobotnych facetów zasilają też menedżerowie z najwyższej zawodowej półki. I finansiści, którym "już podziękowały" zarządy upadających z hukiem korporacji. Na naszych oczach kończy się gospodarka oparta na jednym tylko, jakże – dodajmy – męskim kryterium: maksymalizacji zysku. Za wszelką, płaconą dzisiaj przez trzy czwarte świata – cenę.
A to tylko jeden z licznych przykładów końca ekonomicznej (a co za tym idzie – także politycznej i społecznej) dominacji "samców alfa" w kulturze szeroko rozumianego Zachodu. Inne są równie oczywiste. I równie przekonujące.
Swoją zaś drogą to wielka szkoda, że panowie zgodzili się łaskawie (albo z braku wyboru) podzielić pieniędzmi, kompetencjami i władzą z paniami dopiero wtedy, kiedy ich męski świat beztroskich gier wojennych na polach bitew, na giełdzie i za biurkami wielkich korporacji wziął i zawalił się im na głowę. No, ale świat mimo wszystko przetrwa – przekonuje Reihan. I będzie nawet jakościowo lepszy. Więc cóż – żegnaj Macho. No i żegnaj macho. Lepiej późno, niż wcale…

Autor: Marian Chlabicz