Zibby

7

Odejście Zbyszka Chaleckiego wstrząsnęło Polonią. Był osobą publiczną, znali go wszyscy. I wszystkim kojarzył się z dynamizmem, sukcesem i młodością. Miał przecież nocny klub!

Umarł rano 10 lipca nagle i niespodziewanie, w swoim domu. Miał dopiero 43 lata i cieszył się dobrym zdrowiem. Cieszył się też życiem. Jak wspominała jego żona Atena, snuł nowe plany: co robić w życiu, gdzie pojechać, co zobaczyć.
Jego śmierć spotkała się z tak silnym odzewem, był bowiem osobą publiczną: w 1993 roku założył i prowadził do 2012 roku klub Europa, mieszczący się przy Meserole Avenue na Greenpoincie. Znały go więc setki osób, które przewinęły się przez to miejsce. On sam rozpoznawał wiele z nich. Gdy siedział na swoim stałym miejscu, przy końcu baru, na wysokim stołku, zauważał znajomych, machał do nich ręką, zapraszał na drinka.
We wspomnieniach pośmiertnych wiele osób podkreślało, że przychodziły do Europy dlatego, iż czuły się tam u siebie, że zapraszał ich tam Zbyszek. Przy okazji spotykali się z grupą innych bywalców.
Zbyszek Chalecki przyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1989 roku ale dla nas najważniejsze są lata prowadzenia przez Niego (najpierw – na spółkę z właścicielem Greenpoint School of English, Ryszardem Rzeźnikiem) klubu nocnego.
Zaczynały się złote lata Polonii w Nowym Jorku. Zbyszek Chalecki wyczuł koniunkturę, zauważył coraz więcej młodych ludzi przyjeżdżających z Polski, których nie zadowalały ówczesne, dość żałosne, propozycje spędzania wieczoru. Europa była od początku klubem z prawdziwego zdarzenia. Na dole mieścił się bar i tam też ludzie przesiadywali na kanapach i gwarzyli. Po schodach wchodziło się do głównej, ciemnej, przytulnie oświetlonej sali. W jej rogu była scena, a na niej zaczęli się pojawiać muzycy z koncertami. (Później kilkakrotnie zmieniano wystrój wnętrza klubu.)
Wkrótce Europe wyrósł rywal, większy klub Exit, również na Greenpoincie. Młodych Polaków było jednak wtedy tylu, że klientela tłoczyła się w obu tych miejscach, a niektórzy w środku nocy „zmieniali lokal”, gdyż dzieliło te dwie dyskoteki tylko kilka przecznic. Europa wielu osobom wydawała się bardziej kameralna, przyjazna. Szczególnie lubiane były przyjęcia sylwestrowe, przypominające atmosferą i skalą polskie prywatki, sławne także z pieczonego prosiaka. Europa miała też bardzo rozwinięty program muzyczny. Występowali na jej scenie m.in. Bajm, Dżem, Republika, Lombard, De Mono, Wilki, Big Cyc, Łzy, Ich Troje, Vox, Stanisław Sojka, Michał Urbaniak, Bogusław Mec, Małgorzata Ostrowska, Andrzej Zieliński, Kasa Chorych i Variete. Zbyszek przywiązywał wagę do tej części artystycznej – sam przecież był muzykiem (grał kiedyś w zespole, na gitarze basowej). Jak przystało na dobrego menedżera, nie kierował się jednak swoim gustem. Rozumiał, że Polonia jest różnorodna, że jedni chcieliby posłuchać jazzu a inni – disco polo. Na żadną muzykę się więc nie obrażał. Otwartością wykazał się, gdy pozwolił na organizowanie w każdą niedzielę wystaw i koncertów przez organizację Mariana Żaka. Seria Art Nights była czymś niespotykanym, nawet w Nowym Jorku. Polskiego pochodzenia promotor, w polonijnym klubie w polskiej dzielnicy, dawał szansę występu muzykom z całego świata, reprezentującym wszelkie możliwe style.
Po latach boomu przyszły chudsze. Polskiej młodzieży przychodziło już mniej albo nie chciała już spędzać każdej soboty w etnicznym klubie. Zbyszek zdawał sobie sprawę z gasnącej fortuny, ale nie poddawał się. Taką miał naturę – bez względu na to, jakie miał problemy, jaka była jego aktualna sytuacja finansowa i osobista, zawsze był uśmiechnięty i optymistyczny. Bardzo to było amerykańskie w nim, nietypowe dla naszej grupy. Może dlatego odnosił sukcesy i dobrze się w Ameryce czuł? Może dlatego wpuścił potem do Europy amerykańskie zespoły i zmienił częściowo klientelę. A w pewnym momencie wziął się za coś zupełnie innego (znowu – amerykańska cecha charakteru). Zaczął pracować w wielkiej firmie nieruchomościowej Prudential Douglas Elliman – i także tam odnosił sukcesy.
Prowadził polski lokal, ale przecież nieustannie robił biznes z Amerykanami, rozmawiał z nimi, zapraszał ich do klubu. Rozumiał znaczenie kontaktów z prasą i z politykami. Wiedział nawet, że trzeba dobrze żyć z policjantami (którzy mieli posterunek obok Europy). Zibby był dobrym dyplomatą i dobrym sprzedawcą. Później – nieruchomości.
Niewielu ludzi dobrze poznało Zbyszka, jego żonę Atenę, córkę Klaudię. On znał – lub rozpoznawał – tyle osób, że potem miał zapewne potrzebę uciekania od nich w prywatność swojego domu i grona najbliższych przyjaciół. Ci, którzy go znali dobrze, mówią teraz, że był człowiekiem dobrym, uczynnym i bezinteresownym. Rzadkie to cechy u młodych mężczyzn, którzy zdobyli popularność i sukces finansowy.
Liczna obecność na uroczystościach żałobnych i prawdziwy smutek obecnych i byłych barmanów czy ochroniarzy klubu mówi też wiele o tym, jak Zbyszek traktował osoby dla niego pracujące.
Co wiedzieliśmy o Zbyszku Chaleckim my, bywalcy klubu? Czasem tylko podaliśmy mu rękę, czasem wznieśliśmy toast. On potrzebny był swojej rodzinie i bliskim przyjaciołom, Polonii potrzebny był zaś jego klub. Nawet w późniejszych latach, gdy się nieco wyludnił, spełniał on niezmiernie ważną rolę: miejsca, gdzie Polacy na emigracji, jak to oni, lubią spotkać się ze sobą, posłuchać spokojnej muzyki, coś wypić, porozmawiać. Olśniewające i drogie kluby amerykańskie im tego nie dawały. Dlatego gdy w sobotę 12 lipca, a potem, po mszy żałobnej, w środę 16 lipca, spotkaliśmy się w klubie Europa, żeby powspominać Zbyszka, żegnaliśmy nie tylko jego, ale i nasze zbiorowe, polonijne życie, które wraz z jego odejściem doznało kolejnego ciosu.

Autor: Jan Latus