Ameryka pozwoliła mi spełnić marzenie w Polsce

1493

“Co podpowiedziałabym osobom rozważającym powrót do kraju? Trudne pytanie. Ja, gdyby nie możliwość spełnienia w Polsce marzenia, na które w USA nie było mnie stać, pewnie wciąż byłabym emigrantką” – mówi 34-letnia Patrycja, właścicielka cukierni w Rzeszowie, gdzie piecze typowe amerykańskie paje. Na przykład serwowany kiedyś w Pensylwanii, z okazji 100-lecia podpisania Deklaracji Niepodległości, shoofly pie. To właśnie w metropolii nowojorskiej Polka rozwinęła swoją największą pasję, a podglądając najlepszych, nauczyła się zawodu.

“Dla mnie to miejsce to tak, jakby Nowy Jork spotkał się z San Francisco” – mówi Patrycja Mianowska, właścicielka czynnej od kwietnia Pajowni. Studiowała anglistykę, jednak jej największą pasją jest pieczenie. Gdy miała 28 lat, zdecydowała się wyemigrować do USA. W New Jersey mieszkał jej tata. “Było mi o tyle łatwiej, że miałam zieloną kartę, więc nie musiałam starać się o wizę. A był to taki okres w moim życiu, że nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Jednocześnie zaczęłam coś tam w domu piec i bardzo mi się to spodobało. Szukałam jakiejś fajnej szkoły w Polsce, by móc rozwinąć swoją pasję, ale nic konkretnego nie udało mi się znaleźć. Już wtedy zaczęłam marzyć o własnej cukierni, ale jasne było, że najpierw muszę zdobyć doświadczenie. Zdecydowałam się na Stany Zjednoczone. Tam również rozglądałam się za szkołą, ale ceny okazały się zbyt wysokie. W jednej z najbardziej polecanych szkół w Nowym Jorku, za trwający dziesięć miesięcy kurs, trzeba było zapłacić 40 tys. dolarów” – opowiada Patrycja. Uznała więc, że najpierw trochę popracuje. Tylko na chwilę miała zostać recepcjonistką w gabinecie lekarskim. Została tam na dwa lata. Ale cały czas piekła w domu. Zaczęła robić torty na zamówienie. W końcu poznała szefa kuchni i to on namówił ją, by wysłała CV do wybranych piekarni i cukierni. “Było to trochę nietypowe CV, bo własnoręcznie przygotowane na brązowym papierze, obwiązane sznureczkiem, i list motywacyjny, który był jakby wyznaniem miłości do pieczenia. Wybrałam 10 cukierni – pięć w New Jersey i pięć w Nowym Jorku – i osobiście zawiozłam do każdej z nich CV. Po kilku dniach z wszystkich dostałam propozycję pracy” – wspomina Patrycja. Zaczęła w Molly’s Cupcakes w dzielnicy Greenwich Village na Manhattanie. Miejsce to jest w dziesiątce najlepszych cukierni wypiekających kapkejki w USA. Następnie doświadczenie zdobywała w niewielkiej cukierni Erie w Rutherford w New Jersey. Tam Patrycja pracowała najdłużej i wiele elementów rzeszowskiej Pajowni zaczerpniętych jest właśnie stamtąd. “Przede wszystkim otwarta kuchnia. Bardzo mi się spodobało, że tworząc ciasta, możemy rozmawiać z klientami. Z wieloma się zaprzyjaźniliśmy. Panowała tam superatmosfera. Jej właścicielka, Renee, była pastry chef między innymi w restauracjach w Los Angeles i Nowym Jorku” – mówi Patrycja.

Ponieważ chciała zobaczyć, jak wygląda praca cukiernika w różnych piekarniach, to po jakimś czasie zatrudniła się w Four &Twenty Blackbirds na Brooklynie. To kolejne miejsce legenda. Opisywane między innymi w magazynie „Forbes” czy „New York Times”. Słynące z typowo amerykańskich pajów. “Mają trzy lokalizacje, ja pracowałam tam, gdzie nie było kawiarni, tylko piekło się paje dla innych miejsc. Ile dziennie? Mnóstwo. Pamiętam, że na Dzień Dziękczynienia w jedną dobę przygotowywaliśmy pięć i pół tysiąca ciast, na przykład z solonym miodem czy standardowe z jabłkiem i solonym karmelem.
Swoje pajowe początki pamiętam bardzo dobrze. Byłam ogromnie nakręcona. Za każdym razem zaznaczałam na blasze, który paj jest mój, by sprawdzić, jak jest wypieczony” – wspomina Patrycja. Ostatnim miejscem, gdzie zdobywała doświadczenie, była restauracja w Ridgewood w New Jersey. Tam została wymarzonym pastry chef. “Tak bardzo zależało mi na tej pracy, że mimo złamanego żebra, na dwa tygodnie przed rozpoczęciem pracy, nie wzięłam wolnego i nikomu się nie przyznałam. Bardzo pomogła mi Polka pracująca w tym miejscu. To ona mnie zatrudniła. Pamiętam, jak podczas rozmowy kwalifikacyjnej rozmawiałyśmy z Martyną o tym, co przywozimy z Polski. Ona na przykład razem z siostrą przemyciły babciny zakwas” – uśmiecha się 34-latka. Jej w Polsce brakuje z kolei brązowego cukru. Ale, po wielu próbach, udało się znaleźć zamiennik.

Na prawym przedramieniu Patrycja ma wytatuowaną drogę swojej kariery w USA – tatuaże nawiązują do czasu, kiedy pracowała między innymi w cukierni słynącej z kapkejków czy pajów

Amerykańską drogę zawodową ma wytatuowaną na przedramieniu. Jest tam kapkejk, donat z polskimi motywami i oczywiście paj. Nie mogło zabraknąć wałka, który jest atrybutem każdego cukiernika. “Decyzja dotycząca powrotu na pewno nie była łatwa. Ale bardzo chciałam otworzyć coś własnego. W Stanach nie bardzo było to możliwe. Chodzi o koszty, ale też sądzę, że trudno jest się przebić z czymś oryginalnym. W metropolii możesz dostać praktycznie każdy rodzaj jedzenia i przysmaków. Namawiali mnie też bliscy, bym wróciła, przede wszystkim szwagier, który prowadzi dwa lokale w Rzeszowie. Poza tym mój tata zdecydował się na powrót do Polski, a bardzo dużo mi w Ameryce pomagał. To był kolejny argument za reemigracją. Zastanawiałam się przez rok, chciałam też wcześniej uzyskać obywatelstwo, by nie zamykać sobie furtki, jakbym jednak nie odnalazła się w Polsce. W październiku ub. roku dostałam wiadomość od szwagra, że jest lokal do wynajęcia. I że można tam zrobić otwartą kuchnię. Kilka tygodni później spakowałam walizki i wróciłam do Rzeszowa.

W styczniu 2020 zaczęliśmy remont. Zaangażowała się cała rodzina – między innymi mama i tata. Wszystko, co tu widać, to nasza praca. A każdy obrazek na ścianie ma dla mnie znaczenie” – podkreśla Patrycja. To między innymi numer lotu z lotniska JFK, pocztówki z San Francisco i Bostonu, naszkicowany Grand Central Terminal i obrazek z dwoma kotami – jeden siedzi, drugi leży przy stole, na którym stoi wielki tort. “Ten obrazek ma dla mnie szczególne znaczenie, bo wisiał u mojej babci nad łóżkiem. Pamiętam, że każdy z wnuków chciał spać na tym łóżku i rozkminialiśmy, o co chodzi z tym obrazkiem – na przykład, dlaczego jeden kot siedzi, a drugi leży? A w ogóle okazało się, że namalowała go moja praciocia” – opowiada Patrycja.
W Polsce jest już pół roku. Pajownia miała być otwarta w marcu, ale koronawirus pokrzyżował plany. “Przez chwilę bałam się, że będę musiała oddać ten lokal, ale na szczęście razem ze szwagrem znaleźliśmy sposób – oferowaliśmy kawę i wybrane ciasta na dowóz do domu. Zainteresowanie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Teraz staram się o ostateczne zezwolenia i mam nadzieje, że wkrótce będzie można nie tylko kupować na wynos, ale też w końcu usiąść i spróbować ich na miejscu” – dodaje właścicielka. Jeszcze do niedawna spędzała w Pajowni po kilkanaście godzin na dobę, czasem nie wychodziła w ogóle. Od jakiegoś czasu zatrudnia kilka osób i ma nadzieję, że amerykańskie smaki spodobają się rzeszowianom. Wiele też osób wraca ze Stanów Zjednoczonych na Podkarpacie, a cukiernia ta jest miejscem, w którym choć przez chwilę można poczuć się jak za oceanem.

“Ja jeszcze nie miałam czasu zatęsknić, bo niemal od pierwszego dnia powrotu zabrałam się do pracy. Nie wiem, co podpowiedzieć tym, którzy zastanawiają się nad reemigracją. Z pewnością nie jest to łatwa decyzja i wymaga sporo odwagi. I pewnie, gdyby nie Pajownia, wciąż byłabym za oceanem. Natomiast gdyby nie sześć lat emigracji, na pewno nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Ameryka zmienia – stałam się nie tylko bardziej odważną, ale też bardziej otwartą osobą. I jestem bardzo wdzięczna za każdą chwilę spędzoną w Ameryce, także za te trudniejsze momenty, bo ich przecież też nie brakowało” – przyznaje Patrycja. Do Stanów Zjednoczonych na pewno będzie wracać. Czy kiedyś zostanie na dłużej? „Nauczyłam się nie wykluczać żadnego scenariusza” – twierdzi Polka.