Amerykańska surprise

798
EPA-EFE/JASON SZENES

Wielkość porcji w restauracjach i kostki lodu w napojach, rozmiary ubrań dochodzące do 5XL, wypełnione półki sklepowe czy wreszcie zapierające dech w piersiach widoki i amerykańska otwartość, przejawiająca się nie tylko w często powtarzanym „I love you” – to między innymi zaskoczyło najbardziej imigrantów po przylocie do USA. A co jeszcze? Swoimi spostrzeżeniami dzielą się z nami czytelnicy „Nowego Dziennika”.

W Stanach Zjednoczonych, jak podaje Pew Research Center, mieszka najwięcej imigrantów spośród wszystkich krajów na świecie. Szacuje się, że ponad 40 mln osób (to więcej niż obywateli Polski mieszkających nad Wisłą) przebywających na stałe w USA urodziło się poza ich granicami. Wśród nich są oczywiście Polacy, dla których Ameryka, szczególnie na początku imigracji, była sporym zaskoczeniem.

„SPODZIEWAŁAM SIĘ WIĘKSZEJ ŻYCZLIWOŚCI”

62-letnią Mirosławę Tomczyk z Rzeszowa Ameryka zaskoczyła dwa razy. Pierwszy – pod koniec lat 80. W Polsce została dwójka jej kilkuletnich dzieci, a ona przyleciała do Nowego Jorku zarobić na remont mieszkania i samochód. Miał lecieć mąż, ale nie dostał wizy. „O Ameryce wiedzieliśmy tylko tyle, że jest tutaj lepiej, i że bez problemu można znaleźć pracę, a zarobki w przeliczeniu na złotówki są lepsze niż dyrektorów w fabrykach w Polsce. Leciałam po pieniądze i nastawiłam się na ciężką pracę” – opowiada pani Mirosława. Pytana, co zaskoczyło ją najbardziej odpowiada, że prawie wszystko. Od przepełnionych półek w sklepach do zachowania się ludzi. No i wielkość miasta. „Pierwszy raz znalazłam się w takiej metropolii. Z lotniska JFK odebrał mnie znajomy kuzynki i do miejsca, gdzie miałam mieszkać, jechaliśmy dobrą godzinę. A był to Borough Park na Brooklynie. Nie mogłam uwierzyć, że miasto może być tak rozległe. Poza tym liczba samochodów na ulicy też była dla mnie nowością. No i architektura. Spodziewałam się wieżowców, a zamiast tego zobaczyłam na Borough Parku nieotynkowane bloki i domy. Później mi wytłumaczono, że tak tu budują, na zewnątrz są po prostu brunatnoczerwone cegły” – wspomina rozmówczyni „Nowego Dziennika”.

Nie spodziewała się też takiej liczby polskich sklepów, których wtedy nie brakowało w tej części Nowego Jorku. „Pierwszy język, jaki usłyszałam drugiego dnia pobytu w Ameryce, to był polski, a konkretnie polskie przekleństwo jakiegoś pana, który potknął się na chodniku. Pomyślałam wtedy, że nasi są wszędzie, ale nie spodziewałam się, że aż tylu. Bardzo długo nie mogłam się też przyzwyczaić do spania tuż obok torów metra. Kiedy przejeżdżała kolejka, wszystko w mieszkaniu się trzęsło. Też mi wytłumaczono, że to normalne, że tak się tutaj mieszka, podobnie jak w piwnicach, czyli bejsmentach, gdzie wiele pomieszczeń nie ma nawet okien. To też było dla mnie coś nowego. Podobnie jak gigantyczne karaluchy, z którymi walczył cały blok, ale bezskutecznie. Jak pierwszy raz ten mały potworek przeleciał obok mnie, to myślałam, że zemdleję. Pewnie, że w Polsce były karaluchy, ale o wiele mniejsze, no i bez skrzydeł” – opowiada pani Mirosława. Ludzie też byli zaskoczeniem, a konkretnie ich zachowanie. „Spodziewałam się większej życzliwości rodaków. Nie powiem, byli pomocni, ale zawsze coś za coś. Ja leciałam do dalekiej kuzynki, śmiało można więc powiedzieć, że do rodziny. Mimo to za otrzymanie pracy musiałam zapłacić, a było to sprzątanie. Pierwszego dnia usłyszałam też, że mogę z nią pomieszkać, ale maksymalnie dwa miesiące, gdyż z Polski przylatuje jej koleżanka. Nikt się z nikim nie certolił. Sama też musiałam opanować poruszanie się po mieście. Na szczęście dobrze znałam język angielski, więc mogłam się dopytać podróżnych, na jakiej stacji mam wysiąść. Odniosłam też wrażenie, że wiele osób było bardzo wścibskich. Wieczorem, gdy się spotykaliśmy w mieszkaniu, to każdy każdego wypytywał o rodzinę, w powód przylotu, o pracę w Polsce. Dosłownie o każdy szczegół życia. Nie czułam się z tym dobrze” – przyznaje Polka.

Jej pierwsza emigracja trwała prawie dwa lata. Zarobiła na remont, na samochód i trochę zostało jeszcze na koncie. Kolejny raz przyleciała do USA pięć lat temu. „Inna teraz jest Ameryka, ale nie na Borough Parku. Fakt, zmieniła się trochę ta dzielnica, ale sklepy polskie wciąż są, chociaż nie aż w takiej liczbie. No i jest polski kościół i my – Polacy. Wciąż mieszkamy w bejsmentach i wciąż harujemy, a przynajmniej to starsze pokolenie. Natomiast to co zdziwiło mnie tym razem, to liczba bezdomnych. Można ich spotkać dosłownie w każdym metrze i na każdej stacji. W głowie mi się nie mieści, że tak bogaty kraj może dopuszczać do tego, żeby tysiące osób nie miało gdzie mieszkać. Jest też o wiele brudniej. Nie pamiętam aż takiego syfu na ulicach i chodnikach z pierwszego mojego przyjazdu. Inna jest też młoda emigracja, czyli osoby, które dopiero teraz zaczynają życie za granicą. Wiele z nich szuka pracy w swoim zawodzie, nie chcą już tak ciężko pracować jak my, starają się też lepiej i ładniej mieszkać, niekoniecznie w bejsmentach czy przy torach metra. Urządzają mieszkania, a kiedyś oszczędzało się nawet na dywanikach czy zasłonach. Wyposażenie przynosiło się przede wszystkim z ulicy, co też było dla mnie zaskoczeniem – mówi pani Mirosława. – Jeśli chodzi o życzliwość, to chyba jest podobnie. Nikt się z nikim nie certoli. Pomoże, ale nie za darmo”.

PORCJE JAK DLA WIELKOLUDÓW

„Co zaskoczyło mnie najbardziej w USA? Dostępność” – mówi 40-letnia Iwona Spyrowska z Bełchatowa. Wyemigrowała 15 lat temu. Powodem była miłość. Swojego obecnego męża poznała podczas wycieczki po USA. Próbowała o nim zapomnieć, ale się nie udało, stąd decyzja o przeprowadzce. „Wtedy w naszym kraju już też teoretycznie wszystko można było kupić, ale w USA jeszcze więcej. Prosty przykład – słodycze. Na amerykańskich półkach jest tego zatrzęsienie. Pamiętam, że nie mogłam się najeść takich babeczek wypełnionych masłem orzechowym, w ogóle masło orzechowe to był dla mnie hit. Podobnie zresztą jak gumy cynamonowe. Do tej pory wysyłam je znajomym w Polsce. No i warzywa oraz owoce. Zgadzam się, że smak mają o wiele gorszy niż w Polsce, ale za to są dostępne w przeróżnym wydaniu. A w sezonie, jak pojedzie się na farmę, to też znajdzie się te organiczne. Innym zaskoczeniem były miejsca, gdzie można wybrać sobie żywego kurczaka czy inne zwierzę, następnie jest ono zabijane i ma się świeże mięso. Jeśli chodzi o jedzenie, to szokiem była też wielkość potraw serwowanych w restauracjach, szczególnie w dinerach. Jak dla wielkoludów. Niestety przyzwyczaiłam się do nich i po roku przytyłam 12 kg. W ogóle w USA wszystko smakuje inaczej. Nawet te same produkty sprzedawane w Polsce, tutaj mają inny smak. Moim zdaniem lepszy” – uważa Iwona.

Innym zaskoczeniem była otwartość Amerykanów. „Fajne jest to, że tutaj nikt się nie czai. Masz fajną bluzkę czy kurtkę, to ktoś z pewnością podejdzie i ci o tym powie. Kiedyś miałam niedosunięty zamek w sukience. Stałam na stacji metra. W pewnym momencie poczułam, jak ktoś dopina moją sukienkę. Odwracam się, a tam Murzynka z uśmiechem mówi, że „naprawiła mnie”. Przy okazji skomplementowała moje ubranie, zapytała, gdzie kupiłam te rzeczy, i zaczęła się rozmowa. Nie wiem, czy w Bełchatowie byłoby to możliwe, choć może teraz już tak” – zastanawia się nasza rozmówczyni. Podkreśla też, że w USA wszyscy się uśmiechają, nawet jak nie mają na to ochoty. „Przed wyjazdem słyszałam, że Amerykanie są pogodnie nastawieni do życia, ale nie spodziewałam się, że dosłownie każdy się do ciebie uśmiechnie. Szczególnie widać to w kafejkach czy restauracjach, nawet barach szybkiej obsługi. Rzadko kto jest niemiły. Zaskoczeniem też było dla mnie tak częste mówienie do siebie „ty”. To było też nowością dla mojej mamy. Gdy pierwszy raz mnie odwiedziła, poczuła się dość dziwnie, gdy dziewczyna w polskim sklepie zapytała ją: czy chciałabyś zobaczyć coś jeszcze? Natychmiast wytłumaczyłam mamie, że tak to działa, choć faktycznie wciąż jeszcze w wielu polonijnych miejscach mówi się do siebie na pan/pani. Śmieszna sytuacja była też, gdy przyszli do mnie znajomi i bez pytania ruszyli do kuchni i zaczęli wyciągać sobie jedzenie z lodówki. Moja mama nie mogła się nadziwić, że u nas panuje aż taka swoboda. Sposób jedzenia też ją zaskoczył, mnie zresztą też. Wielu Amerykanów nie potrafi jeść. Przepraszam, nie chcę nikogo urazić, ale albo w ogólne nie używają noża, albo wręcz jedzą palcami i mlaskają. Tak samo w przypadku gumy do żucia. No było to dla mnie spore zaskoczenie, że można tak głośno to robić i, co więcej, nikt nie zwraca na to uwagi” – mówi Polka.

Na jej liście „amerykańskich zaskoczeń” jest też sposób wychowywania dzieci. „Pewnie, że nie można generalizować, ale wiele pociech jest masakrycznie rozpuszczonych. Przykład tego miałam kiedyś w metrze, jak wsiadła grupa dzieciaków w wieku około 10-11 lat. Miny opiekunów zdradzały wszystko – nawet oni mieli już dość. Maluchy biegały po całym wagonie, zaczepiały pasażerów, wchodziły w butach na siedzenia, krzyczały, tupały, tańczyły. No wydawały się być nie do opanowania. A Amerykanie – stoicki spokój. Jakby nic się nie działo” – wspomina Iwona.

CHAOS I BRUD NA ULICACH

32-letnia Monika (nazwisko do wiad. redakcji) pochodzi z okolic Olsztyna. W USA jest od ośmiu lat. Nowy Jork znała przede wszystkim z filmów i myślała, że całe miasto wygląda podobnie jak Manhattan. A i sama wyspa trochę ją rozczarowała. „Namiętnie oglądałam serial ‚Seks w wielkim mieście’ i jakoś tak postrzegałam Nowy Jork – urocze uliczki w połączeniu z wieżowcami. Czas na kawkę z przyjaciółkami i na zakupy. Rzeczywistość okazała się inna” – przyznaje rozmówczyni „Nowego Dziennika”. – Bardzo zaskoczył mnie brud na ulicach, wory ze śmieciami leżące praktycznie na każdym rogu i ogólny chaos. Jedna ulica w miarę zadbana, a kolejna całkowicie rozkopana i remonty. Mam wrażenie, że w Nowym Jorku co chwila przybywa nowych rusztowań. Sporym rozczarowaniem były też ceny wynajmu mieszkań. Nastawiałam się, że zamieszkam na Manhattanie. Nie było mnie na to stać i to chyba było pierwsze największe rozczarowanie. Bo zamiast do miejsca marzeń i uroczych uliczek trafiłam na Brooklyn, w okolice Church Avenue. Dzieliłam mieszkanie ze sporo od siebie starszą panią, w dodatku spałam w pokoju przejściowym. No nie wspominam tego czasu najlepiej. Nie tylko dlatego, że moja współlokatorka w piątek, świątek i w niedzielę wstawała punktualnie o 6 rano, nie zwracając uwagi na to, że mnie budzi” – opowiada Monika.

Zaskoczeniem było też poszukiwanie pracy. „Każdy, kto miał kogoś w USA, twierdził, że brak ‚papierów’ nie jest żadną przeszkodą. Przed wyjazdem nasłuchałam się, jak to znajoma znajomego zarabia po 300 dolarów dziennie w restauracji na Manhattanie, a inna opiekuje się dziećmi milionerów i też zarabia krocie. Mnie nigdzie bez pozwolenia na pracę nie chcieli zatrudnić, to znaczy w żadnej ekskluzywnej restauracji, w dodatku byłam bez doświadczenia. Pierwsza praca to kafejka w okolicach Times Square, którą nazwałam rzeźnią. Miałam wrażenie, że codziennie jest tam milion osób. Moja zmiana zaczynała się o godz. 6 rano i mogłam pracować, ile chciałam. Za godzinę dostawałam 8 dol. To było spore rozczarowanie” – przyznaje Monika. W „rzeźni” wytrzymała kilka miesięcy. Trochę przez przypadek znalazła pracę niedaleko miejsca zamieszkania. „Tam było jeszcze gorzej. To był sklep spożywczy, w którym można było kupić także ciepłe jedzenie. Prowadzili go Amerykanie. Takiego brudu, nie tylko zresztą na zapleczu, nie spodziewałam się. W dzień po kafelkach spacerowały sobie karaluchy i nikt się tym nie przejmował. Obsługa też była bezczelna. Daleko im było do uśmiechniętych i pozytywnie nastawionych do życia Amerykanów. Może dlatego, że wszyscy byliśmy imigrantami, a ta praca była dla nas jakby za karę” – wspomina Monika.

Pierwsze dwa lata w USA bardzo ją rozczarowały, ale nie zdecydowała się wrócić do Polski, bo nie chciała sobie zamykać drogi powrotnej. „Teraz, z perspektywy tych ośmiu lat, myślę, że miałam za duże oczekiwania co do Ameryki i emigracji. Tymczasem życie tutaj niczym się nie różni od życia w Polsce. No może z wyjątkiem tęsknoty za bliskimi. Nie spodziewałam się, że tak bardzo będzie mi ich brakować” – przyznaje rozmówczyni „Nowego Dziennika”.

ODSZKODOWANIE ZA PIĘTĘ

38-letnia Paulina (nazwisko do wiad. redakcji) pierwszy raz wylądowała na lotnisku JFK, gdy miała 20 lat. Była studentką filozofii na Uniwersytecie Śląskim. Po szczęśliwym zaliczeniu pierwszego roku przyleciała na wakacje do Nowego Jorku. „Od lat mieszkali tu już moja ciocia i wujek i to właśnie u nich, na Brooklynie, w dzielnicy Bay Ridge, się zatrzymałam. To co mnie zaskoczyło na „dzień dobry” ,to klimatyzacja na lotnisku. Czekając na odprawę zmarzłam, a później, gdy wyszliśmy na zewnątrz, uderzyła mnie fala gorąca i natychmiast zrobiłam się mokra” – wspomina nasza rozmówczyni.

Jak przyznaje, każdy dzień to było nowe zaskoczenie. „Mimo, że w Polsce niczego nie brakowało, to w USA tych produktów było po prostu więcej – od soków i innych napojów, poprzez słodycze, przekąski, czipsy, nabiał, warzywa owoce czy mięso. Inaczej na pewno smakował chleb, był słodki. Zresztą tak jak wiele innych produktów. Dopiero później gdzieś przeczytałam, że w Stanach prawie do wszystkiego dodaje się cukier, aby wzmóc apetyt. To także widać na ulicach. Nigdy w Polsce nie spotkałam tak wielu tak otyłych ludzi. Pierwszy raz widziałam w sklepie rozmiar 5XL. Porcje w restauracjach też były serwowane monstrualne” – opowiada Paulina. Innym zaskoczeniem była otwartość mieszkańców USA, nie tylko Amerykanów. „Pamiętam jak pewnego dnia otarłam sobie stopę i wdało się zakażenie. Nie miałam ubezpieczenia, więc nie chciałam iść do lekarza. Ciocia zabrała mnie więc na Greenpoint do polskiej apteki. Mimo innych klientów farmaceuta poprosił, żebym położyła stopę na ladę, pooglądał ranę i dał nam maść z antybiotykiem, za darmo, bo była to jakaś próbka, ale ocenił, że wystarczy. I faktycznie wystarczyło. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła w Polsce tak po prostu położyć stopę na ladę i dostać lek” – uważa Paulina.

Zaskoczeniem była też wielkość metropolii. „Gdy pierwszy raz jechałam z kuzynem na Times Square, to myślałam, że podróż zajmie nam maksymalnie 20 minut. Tymczasem po 20 minutach wciąż byliśmy na Brooklynie. Nie dało się też nie zauważyć, jak bardzo zaniedbane jest metro i jak wiele w nim jest, także na stacjach, bezdomnych i chorych ludzi” – opowiada Polka. Pierwszą pracę dostała w sklepie spożywczym prowadzonym przez braci z Egiptu, co ciekawe – w centrum żydowskiej dzielnicy. „Stałam na kasie. To była moja pierwsza praca w życiu. Już nie pamiętam, ile zarabiałam, ale pewnie nie więcej niż 5-6 dolarów na godzinę. Po kilku tygodniach zmieniłam pracę na kafejkę na Greenpoincie, ale wytrzymałam tam tylko tydzień. Ostatni miesiąc pracowałam w piekarni na Bay Ridge. Potwornie się tam nudziłam, ale i praca nie była wymagająca” – wspomina Paulina.

Bardzo spodobała się jej przyroda w USA, nie spodziewała się, że zaledwie godzinę jazdy samochodem z Nowego Jorku są tak zapierające dech w piersiach widoki i można poczuć się jak na wsi w Polsce. Urokliwe, niewielkie miasteczka w stanie Nowy Jork, New Jersey czy Pensylwanii były dla niej sporą niespodzianką. „Wystarczy wymienić chociażby Cold Spring, w którym mieszka niewiele ponad 2 tys. osób, a do którego do teraz uwielbiam wracać, czy położone na końcu Long Island Montauk” – wymienia.

Zupełnie czymś nowym były sprawy o odszkodowania. Poznany w Nowym Jorku kolega uległ wypadkowi na budowie. Według jego adwokata miał szansę dostać nawet milion dolarów odszkodowania. „Nie wiem, jak się zakończyła ta sprawa, bo od lat nie mamy ze sobą kontaktu, ale jak się poznaliśmy, to twierdził, że nie może pracować, gdyż czeka na odszkodowanie. Byłam w szoku, gdy opowiedział mi, że za drobny uraz pięty może dostać tak wielkie pieniądze. Nic mu się wielkiego nie stało, na szczęście oczywiście. Doszło do awarii, gdy zjeżdżał windą i spadł z wysokości dwóch metrów. W Polsce pojechałby do szpitala, noga w gips na kilka tygodni i z powrotem do pracy. W USA natomiast – szansa na sporą kasę. Opowiadał mi też, jak z kolegami chcieli się kiedyś „potknąć” w sklepie i później sądzić właściciela za rzekomo mokrą podłogę i brak odpowiedniego znaku, że było sprzątanie. Z jakichś powodów jednak im to nie wyszło” – mówi Paulina, która dodaje, że te amerykańskie niespodzianki może mnożyć. Mimo także tych mniej przyjemnych Ameryka wciągnęła ją tak mocno, że stała się – jak dla wielu innych – jej domem.


Internautki na polonijnym forum „Polki w Stanach”: NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE PO PRZYLOCIE DO USA

Kinga: Zdziwiło mnie, że to dziewczyny zapraszają na randki chłopaków bardzo swobodnie i w miejscach publicznych. Ciekawa jestem, czy w Polsce to się zmieniło i czy dziewczyny bardziej inicjują znajomości. Ta bezpośredniość w kontaktach damsko-męskich to był szok, ale to było prawie 30 lat temu i ja byłam 30 lat młodsza.

Magdalena: Smak owoców i warzyw. Szok przeżyłam, że wszystkie owoce są za kwaśne.

Lidia: Dodawanie dużych ilości lodu do napojów. Nawet do gorącej herbaty czy kawy potrafią wrzucać kostki lodu. Oprócz tego wszędzie pracują bardzo powoli. Na przykład kasjerki. Polka by skasowała już co najmniej dwie osoby w tym czasie. W biurach to samo i na poczcie. Nie znają się na wielu rzeczach. Tragedia. Moje paczki z Polski trafiały do innych stanów.

Agnieszka: Brud, smród i robactwo. Szczury, które widziałam pierwszy raz w życiu, właśnie w USA. Piszę o Nowym Jorku, ale jak przyleciałam, to mieszkałam w New Jersey. Tam było naprawdę fajnie, tylko wszyscy jeździli samochodami, nawet jak mieli dwie ulice pieszo do sklepu. I jeszcze metro – o mój Boże – w porównaniu do Londynu to tragedia. W metrze starsi ludzie, kobiety w ciąży, niepełnosprawni – wszyscy stoją, a reszta siedzi i udaje, że nie widzi.

Marta: Obcinanie lub malowanie paznokci w autobusie i metrze. Ziewanie bez zakrywania ust. Chodzenie z mokrą głową na mrozie, mlaskanie przy jedzeniu i wydawanie różnych dźwięków przy tym. Brudne okna i chodzenie w dwóch różnych butach, skarpetkach.

Agnieszka: Otyłość. W Teksasie – olbrzymia. Wózki elektryczne w sklepach, używane tutaj przede wszystkim przez ludzi monstrualnych rozmiarów. No i cukier dodawany do większości produktów.

Joanna: Przed przylotem do USA czytałam artykuł, że coraz więcej Amerykanów ma problemy psychiczne. Często są to ludzie o wysokiej pozycji społecznej, którzy nie radzą sobie ze stresem w pracy. Przylatuję do Nowego Jorku, idę po Manhattanie (okolice Wall Street) i mijam elegancką kobietę, która mówi do siebie głośno. Za jakiś czas widzę zadbanego mężczyznę, który idzie chodnikiem i głośno się śmieje sam do siebie. Następnego dnia znowu spotykam dwoje ludzi, którzy mówią sami do siebie. Pomyślałam: kurczę, naprawdę sporo Amerykanów ma problemy natury psychicznej. Dopiero po kilku dniach zauważyłam, że ludzie mają w uszach słuchawki i po prostu rozmawiają z kimś przez telefon. Śmiałam się do łez. W Polsce nigdy nigdy nie spotkałam takich urządzeń. Nawet nie wiedziałam o ich istnieniu.

Ewa: Mnie zaskoczył rozmiar lodówek i pralek, no i kuchenek. Uwielbiam je. Jak jadę do Polski, to się nie mogę nadziwić, jak ludzie funkcjonują z małymi lodówkami.

Edyta: A mnie z kolei zaskoczyło, że posiadanie pralki w mieszkaniu w Nowym Jorku to jest rarytas.

Dee: Jak przyjechałam w 1980 r. do Houston, to podobało mi się wszystko. Jedynie, jak siostra zrobiła śniadanie z pancake i te małe kiełbaski polała syropem klonowym, to pomyślałam: Boże, jak to wszystko jeść, tak na słodko? Natomiast bardzo ubawiły mnie okna, które tutaj otwierają się jak w pociągach.

Renata: Śmieci wystawiane na ulicę. Do sklepu w wałkach na głowie, piżamach czy w klapkach zimą.

Anna: Ja pokochałam ten kraj od razu. Może dlatego, że wyjechałam w stanie wojennym, kiedy w kraju nie było nic. Wszystko na kartki. Każdy bał się każdego. A tutaj sklepy pełne, ludzie uśmiechnięci. Dziękuje Panu za każdy dzień, że mogę żyć tutaj, chociaż swoją ojczyznę bardzo kocham.