Bejrut – jak doszło do katastrofy

180
EPA-EFE/WU HONG

Mieszkańcy Bejrutu opłakują zabitych we wtorkowej eksplozji chemikaliów w porcie. W libańskiej stolicy rozpoczęły się pogrzeby pierwszych ofiar, w tym strażaków, którzy zginęli, gdy próbowali opanować początkowy pożar. Liczba zabitych wzrosła do 145, a rannych jest ponad 5 tysięcy.

Media podają coraz więcej informacji o tym, dlaczego doszło do wybuchu. Wiele wskazuje, że jedną z przyczyn tragedii były wieloletnie zaniedbania władz portu oraz polityków. Do pożaru i późniejszej eksplozji doszło w momencie, gdy spawacze prowadzili prace w magazynie numer 12. Składowano tam prawie 3 tysiące ton niezabezpieczonych w żaden sposób azotanów. Z ustaleń miejscowych mediów wynika, że ładunek trafił do bejruckiego portu przypadkiem. Sześć lat temu znajdował się na pokładzie statku, płynącego do Mozambiku. Maszyna miała jednak awarię i zawinęła do portu w Bejrucie. Usterka była na tyle poważna, że libańskie służby nie pozwoliły okrętowi wyruszyć w dalszą drogę.

Azotany zostały wyładowane do magazynu, a marynarze uciekli. Właściciel statku nie zainteresował się losem maszyny. W samym Bejrucie ostrzegano, że ładunek w porcie to “tykająca bomba”, ale nikt nie doprowadził do jego usunięcia. Azotany przeleżały w porcie sześć lat, aż wyleciały w powietrze, powodując największe od dekad zniszczenia w Bejrucie.
Na miejsce do Bejrutu przyleciał właśnie francuski prezydent Emmanuel Macron. Polityk mówił, że w Libanie potrzeba gruntownych reform, by postawić kraj na nogi. Sami Libańczycy masowo domagają się rozliczeń całej klasy politycznej za korupcję, zaniedbania, a teraz za najnowszą tragedię.