Chciałbym podziękować Panu Bogu i ludziom

550
Bp Witold Mroziewski podczas wizyty w Bazylice św. Piotra w Rzymie / Foto: ARCH. BP. WITOLDA MROZIEWSKIEGO

"Mam wrażenie, że to wydarzenie miało miejsce dopiero wczoraj. Na pewno przez ten czas się nie nudziłem. Był on wypełniony codzienną posługą i pracą, które stały się codziennością. Rzeczywiście w tej niezwykłości, która była przede mną, udało mi się odnaleźć zwyczajny dzień" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Jego Ekscelencja ksiądz biskup Witold Mroziewski, pełniący od pięciu lat funkcję biskupa pomocniczego w diecezji brooklyńskiej.

Minęło właśnie pięć lat od otrzymania sakry biskupiej, co miało miejsce 20 lipca 2015 r. w konkatedrze św. Józefa na Brooklynie. Ceremonia ta odbyła się dwa miesiące po tym, jak papież Franciszek oficjalnie ogłosił nominację księdza na biskupa. Jak ks. biskup wspomina ten chyba bardzo wyjątkowy czas?
Moja reakcja była bardzo spontaniczna, ponieważ nigdy się tego nie spodziewałem i nigdy wcześniej o tym nie pomyślałem. Po telefonie od ówczesnego nuncjusza apostolskiego w Waszyngtonie na chwilę wręcz zaniemówiłem. Po jakimś czasie musiałem podjąć decyzję o przyjęciu nominacji. W myśl powiedzenia, papieżowi się nie odmawia, Kościołowi się również nie odmawia, więc gdy powiedziało się „tak”, to za tym „tak” idą zobowiązania. Wydarzenie to, dzisiaj we wspomnieniach, jest dużo łatwiejsze, niż było do przyjęcia tamtego dnia, a było to 11 maja 2015 r. Wówczas dowiedziałem się o nominacji, której ogłoszenie nastąpiło 19 maja. To był czas modlitwy i absolutnej tajemnicy, oraz rozważania, jak rzeczywistość zweryfikuje mnie w nowej roli jako biskupa pomocniczego diecezji brooklyńskiej. Dzisiaj pozostało po tym miłe wspomnienie, a rzeczywistość, w której żyję i posługuję, jest udziałem moim w życiu Kościoła i podejmowaniem nowych wyzwań.

Jak wówczas zmieniło się życie ks. biskupa zarówno to kapłańskie, jak i prywatne?
Początkowo było dużo pytań i chęci dania jak najlepszej odpowiedzi swoim postępowaniem. Prawdopodobnie w mniemaniu wiernych i moim własnym wtedy wydawało się, że będzie to zupełnie inna rzeczywistość, ale dzisiaj, z perspektywy tych pięciu lat, mogę powiedzieć, że wówczas dałem, i daję na co dzień swoim życiem i postępowaniem ludzką odpowiedź. Nie zmieniło się wiele, zostały te same zachowania, to samo myślenie i podobne działania, mimo że zmieniły się moje obowiązki. Podobnie jak przedtem spotykam ludzi, rozmawiam z nimi, nadal jestem proboszczem i uczestniczę w codziennym życiu parafialnym. Przybyły jednak nowe obowiązki związane z grupami etnicznymi w diecezji brooklyńskiej, różnego rodzaju oficjalne wystąpienia, uczestnictwo w jubileuszach parafialnych, w rocznicach święceń kapłańskich, w odpustach, a także udzielanie sakramentu bierzmowania. Pod tym względem zmieniło się sporo, ale jeżeli chodzi o życie wewnątrzparafialne i osobiste, to zachowania zostały te same. Relacje z ludźmi są niezmienne, chociaż istnieje weryfikacja przez inne osoby wielu spraw, które przychodzą do rozwiązania, ale gdy je dostaję, to staram się jak najprędzej dać odpowiedź.

Czy te obowiązki kapłańskie, których ks. biskupowi zdecydowanie przybyło, są bardziej duchowe czy też bardziej administracyjne?
Zarówno jedne, jak i drugie.

A czy ten wzrost spraw administracyjnych nie powoduje, że biskupi stają się w jakimś stopniu urzędnikami kościelnymi?
Ja bym to nazwał duszpasterstwem. Podejmuję te wyzwania, które są do mnie skierowane. Należą do nich spotkania rady kapłańskiej, kolegium konsultorów, spotkania administracyjne, spotkania z przedstawicielami poszczególnych apostolatów, z księżmi diecezjalnymi i zakonnymi, z siostrami zakonnymi, z katechetami i z wiernymi świeckimi. Poza tym są także konferencje regionalne biskupów, czyli w naszym przypadku archidiecezji nowojorskiej, czy też konferencje episkopatu organizowane dwa razy do roku, ale za to trwające przez tydzień. Jak widać, jest tego dużo, ale to daje także możliwość rozwoju duchowego poprzez rekolekcje i spotkania modlitewne, pogłębienia wiary, a także relacji pomiędzy biskupami, z którymi się spotykamy, i wspólnie modlimy. Oczywiście podejmujemy wspólne wyzwania, które są przed nami stawiane, radzimy się, co możemy zrobić, żeby funkcjonowało duszpasterstwo i życie religijne, począwszy od nas samych, poprzez seminarium, parafię i grupy etniczne, których w diecezji jest bardzo wiele.

Jak polonijne parafie oraz polscy wierni są postrzegani w diecezji brooklyńskiej?
Polonia w Nowym Jorku stanowi dużą i bardzo liczącą się grupę. W diecezji Brooklyn, w którą wchodzi także Queens, społeczność ta liczy prawie 100 tys. osób. Wiernych pochodzenia polskiego w całej metropolii nowojorskiej jest zdecydowanie więcej. Polonia jest grupą silną duchowo z tradycją przywiezioną z Polski. Poza tym emigranci polscy chcą kolejne pokolenia kształtować i wychowywać tak jak sami zostali nauczeni. By w tym pomagać, jesteśmy otwarci, zarówno w parafiach, jak i diecezji, na rozwój duchowy i społeczny Polonii. Myślę, że po części odpowiedzią na te potrzeby była też moja nominacja. Jest ona związana z dobrze i licznie reprezentowaną polską społecznością, która z tradycją oraz z kulturą wchodzi w rzeczywistość amerykańską. Możemy się cieszyć naszą narodową dumą i wiarą, a także odpowiedzialnością za Kościół i za wspólnotę, ale też możemy się uczyć od innych. To dlatego, że wszystkie grupy etniczne mają swoją tożsamość duchową i kulturową, i niezmienną wiarę, taką jak i nasza. W tych kategoriach Polonia ma dużo wartości, którymi może się dzielić, ale też nie może zapominać, że od innych także można się uczyć. W etniczności diecezji brooklyńskiej zawsze jest obecna płaszczyzna nowych wyzwań i odpowiedzi na zapotrzebowanie danej społeczności. Dlatego też dwa lata temu bp Nicholas DiMarzio mianował mnie wikariuszem biskupim do grup etnicznych w diecezji brooklyńskiej. W związku z tym spotykam się z poszczególnymi wiernymi. Najpierw z księżmi i siostrami zakonnymi, na roboczych spotkaniach, a później ze wszystkimi w parafiach. Dla nich odprawiam odpusty, nowenny, jubileusze oraz spotykam się z barwną tradycją danej narodowości i z nimi przeżywam wspólne świętowanie. Przykładowo do Filipińczyków jestem zapraszany przed Bożym Narodzeniem na nowennę do Dzieciątka Jezus, która nazywa się Simbang Gabi, oraz na uroczystość Jesu de Cebu czy też na odpust świętego Lorenzo Riuza. Z grupą chińską spotykam się podczas celebracji chińskiego Nowego Roku. Z Meksykanami obchodzę święto Matki Bożej z Guadalupe i wiele innych uroczystości. Z Nigeryjczykami celebrowałem Fleeing to Egypt, czyli ucieczkę Świętej Rodziny do Egiptu. Podczas tych spotkań modlitewnych doświadczam różnorodności, ponieważ – podobnie jak my – oni także mają swoje zwyczaje i stroje regionalne, zresztą bardzo barwne. Również ich religijność jest niezwykle uczuciowa. Dotyczy to wszystkich etnicznych apostolatów, mimo że każdy z nich osobliwie pokazuje swoją ludową pobożność. Wyraża się to poprzez dynamiczne tańce, muzykę i liturgiczne śpiewy. Dla wielu osób z zewnątrz może to być niezrozumiałe, a nawet nieakceptowalne. Dlatego też czasem spotykamy się z pytaniami, dlaczego Kościół pozwala na tak wielką rozbieżność w liturgii. Okazuje się, że liturgia jest ta sama, ale jej oprawa i formy pobożnościowe są zróżnicowane. To, co jest oczywiste dla jednych, może nie być zrozumiałe dla innych, i odwrotnie. To jest nowe doświadczenie, które nigdy by się nie stało moim udziałem, gdybym nie został biskupem.

Biskup Witold Mroziewski od 2018 r. pełni także funkcję wikariusza biskupiego do grup etnicznych w diecezji brooklyńskiej / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

To są nowe doświadczenia z ostatnich pięciu tzw. biskupich lat. Jednak jako kapłan, proboszcz i wikariusz, ks. biskup na pewno ma też prawie 30-letnie obserwacje dotyczące polonijnych parafii i wiernych. Jakie zmiany nastąpiły wśród nich przez te prawie trzy dekady?
W momencie mojego przyjazdu do Nowego Jorku i pojawienia się na Brooklynie istniała wielopokoleniowa Polonia. Byli rodzice, dzieci, dziadkowie, a często także pradziadkowie. Była także znacząca grupa Amerykanów polskiego pochodzenia, która dominowała zarówno na polonijnej płaszczyźnie społecznej, jak i na płaszczyźnie parafialnej. Wspominając świetnie działające domy narodowe, duże polskie szkoły i prężne parafie, wierni wracali i jeszcze wracają do tamtego czasu, gdy wszystko było prowadzone na poziomie i z wielkim zaangażowaniem, oraz kiedy tworzono struktury życia Polonii. Dzisiaj pozostało to w parafiach, które mają po przeszło 100, a nawet 120 i 130 lat. Po roku 1917 nie powstawały już polskie parafie, a prawie wszystkie istniejące do dzisiaj przeżyły już swoje setne jubileusze. Po moim przyjeździe do Nowego Jorku następował schyłek Polonii, która pamiętała czasy powstawania tychże parafii. Później następował napływ nowej, postsolidarnościowej emigracji. Była to fala sięgająca kilkudziesięciu tysięcy osób, dla których wtedy tu zaczynało się nowe życie, z daleka od Polski, a jednak w łączności z ojczyzną. Jeśli chodzi o relacje Polaków – którzy wówczas tutaj się pojawili – z Polonią urodzoną w Stanach Zjednoczonych, to były one bardzo zróżnicowane, i to można było zauważyć na płaszczyźnie społecznej, kulturowej i zarazem parafialnej. Wtedy proboszczami we wszystkich polskich parafiach byli Amerykanie polskiego pochodzenia, gdzie obecnie praktycznie wszyscy są emigrantami z Polski. To się bardzo zmieniło. Kiedy patrzyłem na polskie duszpasterstwo, zawsze było ono na dobrym poziomie, ponieważ dbano o to, aby wierni mieli możliwość przystępowania do sakramentów świętych w swoim ojczystym języku. Często spotykałem księży, którzy przyjeżdżali z Polski i stwierdzali, że tutejsze duszpasterstwo funkcjonuje bardzo dobrze. Jeden z nich brał udział w celebrowaniu świąt Bożego Narodzenia i stwierdził, że chciałby, aby w jego diecezjalnej katedrze była odprawiana pasterka na poziomie takim, jak tu, wśród Polonii. Możemy być z tego dumni. Kolejną falę Polonii tworzyli ci, co wylosowali zielone karty i przyjechali na stały pobyt w Ameryce. Posiadali oni znajomość języka angielskiego oraz mieli dobry poziom wykształcenia. Dlatego też szybko asymilowali się ze środowiskiem amerykańskim i zaczęli w nim wychowywać swoje dzieci, które dzisiaj stały się ich dumą. Tym samym, jako grupa polska, zasililiśmy społeczność amerykańską, z tym że nie zawsze wiązało się to z powrotami do naszych etnicznych korzeni. Często dzieci czy też młodzież, a zwłaszcza ta pracująca, asymiluje się ze środowiskiem amerykańskim. Jest to zauważalne na przestrzeni ostatnich lat. Widoczna jest także zmiana w strukturze polonijnej. Przedtem miejscami pomocy dla naszych rodaków były biura i agencje polonijne, co dzisiaj bardzo się skurczyło. Podobnie jest z polskimi sklepami, które często zmieniają miejsca i przenoszą się wraz z klientami do innych dzielnic. W dodatku nie są tak oblegane jak kiedyś. W przeszłości ostoją Polonii był polski kościół, polska szkoła, polski klub, polski sklep i polska agencja zakupu biletów lotniczych i wysyłki paczek. Dzisiaj Polacy, tak jak wiele innych narodowości, korzystają z internetu i wykorzystują inne środki komunikacji. Obecnie nie staramy się tylko jakoś przetrwać, pomóc tym, co zostali w Polsce i zapewnić sobie byt, ale wychodzimy także do społeczności amerykańskiej jako partnerzy. Jest to widoczne nie tylko w gospodarce, usługach i handlu, ale również w sferze religijnej. Jeżeli chodzi o kwestie językowe, to sam to zauważam wśród kapłanów. Obecnie nie mamy żadnych problemów komunikowania się z księżmi, którzy mogą iść zarówno do polskich, jak i amerykańskich parafii, i będą tam dobrze funkcjonowali. Niektórzy z nich świetnie radzą sobie także w parafiach hiszpańskojęzycznych. Polonię nadal jednoczą polskie kościoły i działające przy nich szkoły dokształcające. To dalej jest ostoja polskości. Oczywiście jest nas zdecydowanie mniej. Widać to po liczbie osób uczestniczących w mszach św., czy też zapotrzebowaniu na spowiedź wielkanocną i rekolekcyjną. Liczebność wiernych bardzo się zmniejszyła, ale ma to związek z brakiem nowej, napływowej Polonii.

Z jakimi jeszcze problemami spotykają się polskie parafie?
Mniejsza liczba wiernych powoli przekłada się na kryzys finansowy, mimo że ofiarność tych, co pozostali, nie maleje, a wręcz przeciwnie – wzrasta. Rosną także koszty utrzymania kościołów. Drastycznie spadła jednak sakramentalność, co widać po liczbie zawieranych związków małżeńskich zarówno w polskich, jak i innoetnicznych parafiach. Kiedyś młodzi, którzy przyjeżdżali tutaj z zielonymi kartami, po jakimś czasie pobierali się i tych ślubów było bardzo dużo. Obecnie poszczególne pary planują zawieranie małżeństwa w Polsce lub gdzie indziej. Są też śluby par mieszanych, odprawiane w innych parafiach. Zmniejszyła się także liczba chrzczonych dzieci. Zauważalna jest modernistyczna postawa wielu osób, które potrzebują czegoś od Kościoła w danej chwili, ale nie utrzymują stałego związku z parafią. Prawdopodobnie te problemy, o których wspominam, będą dalej postępowały w wyniku chęci anonimowości i częstej zmiany miejsca zamieszkania. Wierni przeprowadzają się w inne regiony i do innych stanów, gdzie nie ma polskiego duszpasterstwa ani też polonijnego szkolnictwa.

A w jaki sposób diecezja brooklyńska poradziła sobie z utrudnieniami związanymi z pandemią?
Jest to niespotykane do tej pory zjawisko i w dodatku zupełnie niespodziewane. Postępując za wskazaniami gubernatora stanu i burmistrza miasta musieliśmy przyjąć zasady oraz normy, jakie zostały ustanowione na ten czas. Biskupi co kilka tygodni mieli konferencje przez telefon, po których podejmowali ciągłe listowne próby nacisku na władze w Albany, żeby jednak przywrócić możliwość otwarcia kościołów chociaż dla kilku osób, co początkowo nie było możliwe. Gdy przyszedł bezpieczniejszy czas, kościoły zostały otwarte, przywrócono możliwość spowiedzi św., udzielania sakramentów św., i wszystko powoli zaczęło wracać do normy. Niestety, początki były bardzo trudne, ponieważ każdy ksiądz spotykał się z wymaganiami ze strony wiernych i krytyką diecezji, która była także kierowana w stronę biskupów. Wszystkie te uwagi przyjmowaliśmy, tym bardziej że również czytamy prasę oraz różne wpisy i komentarze w mediach społecznościowych. Gdyby to było możliwe, to kościoły mielibyśmy cały czas otwarte, ale doświadczenie pokazało, że takowe działania byłyby wówczas bardzo niebezpieczne. W naszej diecezji straciliśmy dwóch księży i kilku diakonów stałych, którzy zmarli na koronawirusa. Zmarło także wiele osób, które same pracowały lub miały w rodzinie kogoś, kto pracował dla parafialnych szkół i akademii lub dla diecezji. Poszczególne parafie informowały diecezję o tym, czy były w nich przypadki zachorowalności, czy też nie, kiedy się one zdarzyły. Okazuje się, że było ich bardzo dużo, oraz że wiele osób przeszło tę chorobę. Spotkaliśmy się też z parafianami, którzy przychodzili na plebanię z potwierdzonym COVID-19 i wtedy nasze pomieszczenia były dezynfekowane, a osoby, które się zetknęły z chorymi, poddane były kwarantannie. Przez kilka tygodni głównego nasilenia wirusa było bardzo trudno. Również w naszej parafii – św. Krzyża na Maspeth – mieliśmy wiele osób, które przeszły chorobę, mają potwierdzone testy na koronawirusa i na antyciała. Są też tacy, którzy w związku z COVID-19, niestety, odeszli do wieczności. Były to bardzo smutne pogrzeby, ponieważ nie mogły się odbyć w kościele. Podobnie jak inni, bardzo się obawialiśmy, żeby cokolwiek złego nie wydarzyło się w naszej parafii i nie powstało tutaj jakieś ognisko wirusa, zważając, że w okolicy kościoła były chore osoby.
W tym trudnym czasie media przyszły z pomocą w transmitowaniu mszy św. Poprzez tzw. live streaming transmisje mszy św. pojawiły się na stronie parafialnej i na Facebooku już w kwietniu. To dało nam możliwość kontaktu z wiernymi. Wcześniej dzwoniliśmy do naszych parafian. Wyznaczaliśmy sobie listę osób, z którymi należy się skontaktować w pierwszej kolejności. Telefonowaliśmy do nich, by się zapytać, czy czegoś nie potrzebują, porozmawiać z nimi o dalszych planach, a nawet po to, by niektórzy nie czuli się osamotnieni. Po założeniu zaś systemu transmisji mszy św. doświadczyliśmy, że nasze działania były słuszne, a oglądalność była bardzo duża. Wierni przyjęli te działania bardzo pozytywnie, co prawda brakowało im obecności w kościele, ale mszę św. oglądali każdego dnia i niektórzy robią to do dzisiaj. Od niektórych osób przyszły listy z bardzo pozytywnymi głosami, a nawet z ofiarami za to, że działamy, że wyszliśmy do ludzi w taki sposób, jaki był możliwy. Gdy pozwolono nam już otworzyć kościoły, zastosowaliśmy maksymalne środki ostrożności, jak maseczki, dezynfekcja, wycieranie ławek po każdej mszy św. itd. To wszystko stosujemy do dziś. Ludzie przychodzą na msze w odpowiedniej liczbie, zachowują dystans, komunię św. przyjmują wg zaleceń watykańskich, które obecnie obowiązują na całym świecie. Udzielamy już sakramentów św., błogosławimy małżeństwa, chrzcimy dzieci, a nawet ostatnio w naszej parafii mieliśmy chrzest osoby dorosłej. Mamy nadzieję, że to wszystko się jeszcze bardziej unormuje, chociaż zdajemy sobie sprawę, że jeszcze długo nie powrócimy do rzeczywistości sprzed pandemii.

Na zakończenie powróćmy jeszcze do jubileuszu biskupstwa. Jak po pięciu latach pełnienia tej zaszczytnej godności kapłańskiej ksiądz biskup postrzega i wspomina ten okres?
Mam wrażenie, że to wydarzenie miało miejsce dopiero wczoraj. Na pewno przez ten czas się nie nudziłem. Był on wypełniony codzienną posługą i pracą, które stały się codziennością. Rzeczywiście w tej niezwykłości, która była przede mną, udało mi się odnaleźć zwyczajny dzień. Należy on do wypełniania obowiązków swojego stanu, przyjęcia wszystkich uwag, tych pozytywnych i krytycznych od wiernych, duchowieństwa czy też innych biskupów. Tak jak w rodzinie, tak samo między mną a wiernymi i księżmi te relacje są budowane, i one z mojej strony są widziane pozytywnie. Te pięć lat było czasem wielu nowych obowiązków, które bardzo cieszą. Czasami trzeba było się zmierzyć z sytuacjami trudnymi, ale jesteśmy po to, żeby sobie wzajemnie pomagać. Zawsze jestem gotowy do współpracy, nie uchylałem i nie uchylam się od tego, i postaram się to kontynuować, i tak żyć. Relacje z drugim człowiekiem – niezależnie od miejsca spotkania – są zawsze bardzo budujące i ważne. Za to, że znajdujemy swoje miejsce i zrozumienie siebie nawzajem, chciałbym podziękować Panu Bogu i ludziom.

Bp Witold Mroziewski tuż po otrzymaniu sakry biskupiej 20 lipca 2015 r., w konkatedrze św. Józefa na Brooklynie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

**********

Ks. bp dr Witold Mroziewski urodził się 25 marca 1966 r. w Augustowie. W 1991 wraz z ukończeniem studiów seminaryjnych otrzymał tytuł magistra teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Tam też – po ukończeniu studiów prawniczych – otrzymał tytuł magistra, a następnie doktora prawa kanonicznego. Święcenia kapłańskie przyjął 29 czerwca 1991 r. w katedrze łomżyńskiej. Następnie krótko pracował w Polsce jako wikariusz w parafii Kadzidło, po czym w 1992 r. został skierowany do pracy duszpasterskiej w diecezji brooklyńskiej. W latach 1993-2000 był wikariuszem w parafii Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Kazimierza na Brooklynie, a następnie przez kolejne 13 lat sprawował tam funkcję proboszcza. Natomiast od 2013 r. posługuje jako proboszcz parafii św. Krzyża na Maspeth. Jest także zastępcą promotora sprawiedliwości ds. karnych i obrońcą węzła małżeńskiego w diecezjalnym trybunale na Brooklynie. Przez ostatnich sześć lat sprawował również funkcję koordynatora Apostolatu Polskiego. Od 20 lipca 2015 r. pełni funkcję biskupa pomocniczego diecezji brooklyńskiej, w której od 2018 r. pełni także funkcję wikariusza biskupiego do grup etnicznych.