Chorzy są także w USA

467
EPA-EFE/YUAN ZHENG CHINA OUT

Amerykański Departament Stanu ogłosił czwarty, najwyższy stopień ostrzeżenia dla turystów, a kolejne linie lotnicze zawieszają połączenia z Chinami. Osoby, które w ciągu ostatnich 14 dni odwiedzały ten kraj, nie są wpuszczane na teren USA, a już zarażeni mają bezwzględny nakaz izolacji. Między innymi w taki sposób Stany Zjednoczone starają się nie dopuścić do rozprzestrzeniania się koronawirusa. A potwierdzono już kilkanaście przypadków zarażenia. Najwięcej w Kalifornii. Choroba wywołana wirusem może być niebezpieczna pod warunkiem, że jest nieodpowiednio leczona. Przypomina ciężkie zapalenie płuc.

„Nowy koronawirus jest poważnym problemem zdrowotnym” – uważa dr Sonia Angell, dyrektor Departamentu Zdrowia Publicznego Kalifornii, stanu, gdzie w niedzielę, 2 lutego, potwierdzono trzy nowe przypadki wystąpienia wirusa. „Jednak ryzyko dla ogółu społeczeństwa w Kalifornii pozostaje niskie” – twierdzi dr Angell. W sumie do poniedziałku, 3 lutego, w całych Stanach Zjednoczonych stwierdzono 11 przypadków zachorowań. Badanych jest kolejnych kilkadziesiąt osób na wypadek wystąpienia koronawirusa. Dziewięciu chorych, u których stwierdzono wirusa, niedawno podróżowało do Wuhan, miasta znajdującego się w centrum epidemii. Dwie kolejne osoby zaraziły się od swoich bliskich. Wśród nich jest 57-letnia kobieta, mieszkanka San Benito. Jej mąż przebywał jakiś czas w Chinach. Jak informują przedstawiciele służb medycznych, para miała nie opuszczać domu, odkąd mąż wrócił z zagranicy. W oświadczeniu Departamentu Zdrowia Publicznego San Benito można przeczytać, że „dwoje pacjentów nie było hospitalizowanych i pozostają izolowani w swoim domu”. Urzędnicy zapewniają, że „sytuacja jest cały czas monitorowana”.

Inny przypadek w Kalifornii dotyczy kobiety, która przyleciała z Chin 23 stycznia i mieszka w Santa Clara. Od czasu przekroczenia granicy pozostaje w domu. Jej stan zdrowia także jest na bieżąco monitorowany. Mimo że stwierdzono u niej koronawirusa, jej stan zdrowia nie jest na tyle poważny, by musiała być hospitalizowana. Członkowie jej rodziny, także mają być izolowani, co oznacza, że otrzymali zakaz wychodzenia z domu, nawet po to, by kupić artykuły spożywcze. W oświadczeniu można przeczytać, że „powiatowy departament zdrowia zapewnia rodzinie żywność i inne niezbędne przedmioty”. „Rozumiem, że ludzie są zaniepokojeni, ale opierając się na tym, co wiemy dzisiaj, ryzyko dla ogółu społeczeństwa pozostaje niskie – twierdzi Sara Cody, specjalista ds. zdrowia w Santa Clara. – Kolejny przypadek zachorowania nie jest dla nas zaskoczeniem. Przy tak dużej populacji powiatu i liczbie podróży do Chin, zarówno z powodów osobistych, jak i biznesowych, prawdopodobnie zobaczymy jeszcze więcej chorych” – dodaje Sara Cody.

Inną osobą zarażoną na terenie USA jest 60-letni mieszkaniec stanu Illinois. Jego żona podróżowała kilka tygodni temu do Wuhan. Na razie para czuje się dobrze. Mąż wymagał wprawdzie hospitalizacji, ale jego stan określony jest jako dobry. Objawy, jakie zgłaszał chory, to wysoka gorączka, kaszel i problemy z oddychaniem. Jeśli chodzi o Nowy Jork, to do poniedziałku, 3 lutego, w stanie nie stwierdzono pacjenta z obecnością koronawirusa. Ale jak informował już jakiś czas temu szef nowojorskiego wydziału zdrowia, to, że się prędzej czy później pojawi jest nieuniknione. Co jakiś czas do szpitali trafiają kolejni pacjenci, u których badane jest ewentualne występowanie wirusa. Jeden z nich trafił do Bellevue Medical Center na Manhattanie pod koniec stycznia. Miał gorączkę, kaszel i katar. Dwie inne osoby, z podobnymi objawami, trafiły do szpitala w dzielnicy Flushing, na Queensie. Wszyscy ci pacjenci byli niedawno w Chinach.

W piątek, 31 stycznia, w USA został ogłoszony stan zagrożenia zdrowia publicznego. W związku z tym zabroniono cudzoziemcom wjazdu do kraju w ciągu dwóch tygodni od wizyty w Chinach, chyba że podróżni są najbliższymi członkami rodziny obywateli USA lub stałymi rezydentami. Wydano także ostrzeżenie przed podróżami do Chin. American Airlines, Delta Air Lines i United Airlines, ogłosiły zawieszenie usługi lotniczych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami na co najmniej kilka tygodni. Chociaż koronawirus może być śmiertelny, większość pacjentów korzystających z opieki w Stanach Zjednoczonych ma się dobrze. Nie zgłoszono żadnych zgonów. W przeciwieństwie do Chin. Liczba ofiar śmiertelnych rośnie tam w zastraszającym tempie. Do wtorku, 4 lutego, wynosiła ponad 400 osób. Tylko w ciągu jednej doby zmarło ponad 60 pacjentów. Jeśli chodzi o liczbę zarażonych – we wtorek, 4 lutego, przekroczyła ona 20 tysięcy osób. Jeszcze w piątek, 31 stycznia, informowano o 10 tys. zarażonych. Dane te oznaczają, że bilans ofiar koronawirusa jest wyższy niż epidemii SARS. Choroba, która szalała w Chinach w 2003 roku, pochłonęła w tym kraju życie 349 osób, a nieco ponad 5 tys. osób zostało zarażonych. Najwięcej chorych jest w prowincji Hubei, gdzie leży miasto Wuhan, uważane za pierwotne ognisko koronawirusa. Prowincja jest obecnie odizolowana. Zamknięto prowadzące tam drogi, nie działa transport publiczny. W całych Chinach obowiązują zaostrzone środki, jeśli chodzi o podróże i biznes. W szkołach przedłużono do 13 lutego przerwę świąteczną z okazji Nowego Roku. Według prognoz chińskich epidemiologów, liczba zarażonych będzie rosła, gdyż wciąż nie mamy do czynienia ze szczytem zachorowań. „New York Times” twierdzi, że władze Chin mogły powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, ale zdecydowano, jak można przeczytać w dzienniku – „ukryć prawdę”.

Epidemia wybuchła przed Nowym Rokiem. Przypadki zakażeń wykryto już także między innymi w Niemczech, Rosji, Francji, Włoszech, Australii, Kanadzie i Wielkiej Brytanii. We wtorek, 4 lutego, Uber poinformował, że zawiesza ponad 200 kont użytkowników w Meksyku. Stało się to po tym, jak wyszło na jaw, że dwóch kierowców przewoziło mężczyznę zarażonego koronawirusem. Z kolei na Filipinach odnotowano pierwszy zgon poza Chinami wywołany wirusem. „New York Times” przeanalizował siedem tygodni od pojawienia się pierwszych przypadków zachorowań do podjęcia przez Pekin decyzji o zamknięciu miasta Wuhan. Okazuje się, że działania władz prowadziły do tego, by o niebezpieczeństwie nie mówić i starać się ukryć chorobę. W artykule „NYT” można przeczytać m.in., że uciszani byli lekarze i wszyscy, którzy podnosili alarm. Zagrożenie było bagatelizowane, przez co narażono na niebezpieczeństwo 11 mln mieszkańców miasta Wuhan. Źródłem choroby miały być zwierzęta sprzedawane na bazarze znajdującym się w centrum Wuhan. Można było na nim kupić między innymi żywe nietoperze, koale, węże, szczenięta wilków, szczury czy salamandry. Najprawdopodobniej któreś ze zwierząt było nosicielem koronawirusa. Dziewięć dni po zamknięciu bazaru zmarł mężczyzna, który często robił tam zakupy. To była najprawdopodobniej pierwsza śmiertelna ofiara choroby. Pięć dni po śmierci mężczyzny te same objawy pojawiły się u jego żony, a na szpitalnych izbach przyjęć lawinowo rosła liczba osób skarżących się na wysoką gorączkę i trudności z oddychaniem. Co gorsza, zwykły antybiotyk nie zwalczał objawów. Dopiero po kilku tygodniach poinformowano o groźnej chorobie i o tym, że przenosi się z człowieka na człowieka. 23 stycznia podjęto decyzję o zamknięciu 11-milionowego miasta. Stany Zjednoczone były pierwszym państwem, które podjęło decyzję o ewakuacji swoich obywateli z Chin.

Wirus powoduje chorobę przypominającą wirusowe zapalenie płuc, objawia się ona gorączką, suchym kaszlem, trudnościami z oddychaniem, widocznymi zmianami w płucach na skanach RTG. Okres inkubacji wirusa (czyli czas od zarażenia do pojawienia się pierwszych objawów choroby) trwa od jednego do 14 dni. 80 proc. zgonów to ludzie starsi – powyżej 60. roku życia. Nie ma dostępnej szczepionki, a nawet jeśli zostałaby stworzona, to i tak jej produkcja trwałaby kilka miesięcy (i nie ma możliwości przyspieszenia tego procesu ze względów technologicznych). Nie ma także leków przeciwko temu wirusowi. Pacjenta mającego trudności z oddychaniem kładzie się pod respirator i czeka, aż jego organizm sam zwalczy chorobę. W niedzielę tajlandzkie ministerstwo zdrowia poinformowało, że tamtejszym lekarzom udało się wyleczyć z ciężkiego zakażenia koronawiruem 71-letnią Chinkę. Zastosowano u niej kombinację leków przeciwwirusowych stosowanych w leczeniu grypy (oseltamiwir) i w leczeniu HIV (lopinawir i rytonawir). Kobieta czuje się dobrze.
Nie każda osoba zarażona wymaga hospitalizacji. Szacuje się, że u około jednej czwartej pacjentów choroba ma ciężki przebieg, u reszty – umiarkowany lub lekki, niewymagający pobytu w szpitalu, tylko kwarantanny w domu. Przed zarażeniem można się chronić poprzez unikanie kontaktu z chorymi, a także poprzez przestrzeganie zasad higieny – częste mycie rąk mydłem i wodą przez co najmniej 20 sekund, szczególnie po wyjściu z łazienki, przed jedzeniem i po wydmuchaniu nosa, kaszlu lub kichaniu. Zamiast wody i mydła można użyć odkażacza do rąk na bazie 60-procentowego alkoholu.