Chwila całkiem piękna

116

– Pamiętaj, najpierw odbierasz podpisany dokument od pani counselor, potem dołączasz go do kwitka, który ci za chwilę dam, potem idziesz z tym do okienka opłat, oddajesz wszystko razem i wtedy udostępniają ci ten kurs online. Rozumiesz?

Młodsza kiwa głową, choć generalnie patrzy na mnie jak na ścianę, co jest jak najbardziej normalnym rodzajem spojrzenia o godzinie 7 rano u nastolatka.

Wyprowadzam auto z garażu, włączając jednocześnie radio, bacząc, by nie wjechać w nadciągającą ulicą śmieciarkę, podłączając rozładowany (dziecko niechcący wyciągnęło kabel z gniazdka…) telefon do ładowarki, zapinając pas i przed wszystkim podpijając kawę z podróżnego kubka, w przeciwnym razie wszystkie elementy rzeczywistości jak nic zlałyby mi się w jeden wspólny ekspresjonistyczny zamaz. Stan jak najbardziej normalny u niedospanego rodzica w poniedziałek o świcie.

Wraz ze śmieciarką przepuszczam gimbusa. Przystanek dla gimnazjalistów jest u wylotu ulicy, więc trzeba się posłusznie zatrzymać i stracić kilka cennych minut, wisząc na ogonie autobusu z rozpostartymi na boki skrzydłami mrugającymi do mnie bezlitośnie, że „stop!”.

– No i się spóźnimy – przełykam na głos kawę, a w myślach obdarzam świat niewybrednymi epitetami. Zerkam na Młodszą. Śpi. Oparła głowę o siedzenie, otworzyła usta i nawet zaczyna pochrapywać. Nie wyjechałyśmy jeszcze nawet z osiedla. Stan jak najbardziej normalny u nastolatka o 7 rano w aucie matki w drodze do szkoły.

Wiosna bucha zieloną parą jak parowóz, wystarczy uchylić odrobinę okno, a niemal słychać jak rosną liście, otwierają się pąki, rozrolowują płatki. Powietrze cudownie świeże i cudownie tą świeżością ciężkie. Poprzeplatane zapachami jak niewidzialnymi nićmi. Po kolejnym łyku kawy zaczynam nawet te nici widzieć, i to niemal tak samo jasno jak własne dłonie na kierownicy. Stan bardzo naturalny po opróżnieniu w ciągu kilku zaledwie minut dużego kubka z kawą, którą niektórzy zaklasyfikowaliby jako regularne, a więc poczwórne czy poszóstne espresso.

– Zamknij to okno, przecież mam alergię! – Młodsza otworzyła oczy i wbija je we mnie morderczo.
Korzystam z okazji i przypominam, co ma zrobić, żeby sfinalizować zapisanie się na letnią szkołę online.

– Aha. Okej. No. Tak – reaguje pomrukami, po czym znów zapada w senny stupor. Nie powiem nawet jak bardzo jest to stan właściwy i naturalny u nastolatka w zaistniałych okolicznościach. Ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby nastolatki zaczynały naukę o siódmej rano powinien wisieć lub przynajmniej sam spróbować poranków z nastolatkiem uczęszczającym do takiej szkoły. Mało w życiu widziałam rzeczy, które byłyby bardziej nienormalne i nienaturalne.

Lemony Snicket, amerykański pisarz dla najmłodszych, podbił onegdaj świat serią książek o ostrzegawczym tytule „Seria niefortunnych zdarzeń” (SNZ). Książki doczekały się adaptacji filmowej, a niedawno również adaptacji serialowej, naprawdę bardzo udanej. Urok fabuły SNZ polega na tym, że za każdym razem, gdy myślimy, że coś wiemy bądź jesteśmy w stanie przewidzieć, rzeczywistość okazuje się diametralnie inna i serwuje nam rozwiązania o tyleż nieobliczalne, co rozczarowujące. Odpowiednikiem tego rodzaju pisarstwa/rozrywki w świecie dla dorosłych jest oczywiście saga „Gra o tron”.

Krytycy zdzierają klawiatury, prześcigając się w rekonesansach, co dokładnie tak nas przyciąga, hipnotyzuje w tego typu literaturze i filmie. Bo czy rzeczywiście pokracznie odbijane w krzywych lustrach cudze nieszczęścia, przemoc do tego stopnia unurzana we krwi i obwieszana rozczłonkowanymi ciałami swych ofiar, że aż robi się niedobrze? Czy jednak coś innego? Może po prostu instynktownie wyczuwane pokrewieństwo z losem, którego nie da się przepowiedzieć? Ze zdumieniem na widok miejsc, do których nigdy nie miało się dotrzeć? A nade wszystkim – ze świadomością, jak zaskakująco rozległe mogą być nasze zdolności adaptacyjne do warunków, których się nie spodziewaliśmy oraz siła, by wciąż na nowo budować kolejne domki z kart, gdy poprzednie się rozleciały?

Jest maj, miesiąc wielu ważnych świąt i rocznic, w tym oficjalnego Dnia Polonii. Zjeżdżam z głównej ulicy w boczną, już widać dach szkoły. Budzę dziecko, które nagradza mnie za ten czyn kolejną serią pomruków i morderczych spojrzeń. Szkoła jest ogromna, prawie tej samej wielkości co onegdaj kombinat produkcyjny, największy zakład pracy w moim rodzinnym mieście w Polsce. Pamiętam, że na samą myśl o nim zapierało mi dech w piersiach, tak trudno było mi sobie wyobrazić liczbę pracowników skupionych na terenie jego hal i biur, jakże udany archetyp scenografii siejących postrach rodem z SNZ dla mniejszych czy „Gry o tron” dla większych.

Zatrzymuję samochód przy krawężniku.

Gdy byłam w wieku Młodszej, w najśmielszych gdybaniach nie przyszłoby mi do głowy, że mogę kiedyś uczestniczyć w takiej sytuacji: maj, środek Ameryki, szkoła wielkości kombinatu produkcyjnego i moje własne dziecko z doświadczeniami dzieciństwa tak diametralnie różnymi od moich, że znów zapiera mi dech w piersi, tym razem, gdy pomyślę, jak wielką przebyłam drogę, nim się tu znalazłam.

Gdy byłam w wieku Młodszej, nie widziałam się jako emigrantka i nawet moje zainteresowania podróżnicze kończyły się – z premedytacją – na Europie. Snułam rozmaite, mniej i bardziej odważne plany na życie, moje domki z przyszłości były nie z kart, a z grubej cegły, i byłam absolutnie, święcie przekonana, że dwa plus dwa zawsze da cztery, wystarczy tylko wykazać się przy liczeniu cierpliwością, konsekwencją i mieć na wszystko porządny plan. Stan jak najbardziej normalny i naturalny u każdego młodego człowieka. Stan, w którym nieprzewidywalność jeszcze nas nie hipnotyzuje, a poczucie niemocy wobec przypadkowości losu jeszcze nie rozczula i nie definiuje naszego człowieczeństwa, a tylko wzbudza gniew i protest.

– Pamiętasz, co masz zrobić? – rzucam za Młodszą gramolącą się z auta i usiłuję wcisnąć jej do ręki kwitek.
– Co to jest? – córka, w końcu przebudzona, patrzy na mnie jak na ścianę, tym razem taką, w której ktoś wybił dziurę.

– Potwierdzenie opłaty, do którego dołączysz dokument podpisany przez panią counselor i który oddasz w okienku opłat. Żeby ci udostępnili ten kurs online. Już trzeci raz ci to powtarzam.

– Nic mi wcześniej nie mówiłaś – Młodsza wzrusza ramionami i wtapia się w tłum ciągnący szeroką falą w kierunku szkolnych drzwi.
Jest 7:30 rano. Wciąż poniedziałek. Wciąż Ameryka. Wciąż pachnie wiosna. W kubku na dnie wciąż trochę kawy.

Jestem emigrantką. Jestem emigracyjną matką. Jestem emigracyjną matką nieemigrantki. Co dziwi najbardziej: jestem na swoim. Trwaj, chwilo, wyglądasz na całkiem piękną, choć nikt cię nie przewidział. Wymyśliłaś się i rozgościłaś w moim życiu całkiem sama