Ciągle poszukuję nowych zapachów z teatralnej kuchni

40-lecie artystycznej pracy Adama Gromadzkiego

149
Adam Gromadzki 40-lecie swojej artystycznej pracy świętował m.in. w Klubie Seniora Amber Health na Greenpoincie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK

"Czuję się bardzo spełniony, chociaż nie zawsze wszystko szło idealnie. Mogę jednak powiedzieć, że jestem dzieckiem szczęścia, ponieważ teatr był moim marzeniem, a odgrywane role stanowiły ciągłą naukę" – podkreśla w rozmowie z "Nowym Dziennikiem" Adam Gromadzki – aktor dramatyczny oraz założyciel, dyrektor i reżyser gdańskiego Teatru Rozmaitości, który w tym roku obchodzi 40-lecie swojej pracy artystycznej. Jednym z elementów świętowania był program patriotyczny związany z rocznicą uchwalenia Konstytucji 3 maja, który zaprezentował w Klubie Seniora Amber Health na Greenpoincie, oraz wizyta w Galerii Skulskiego Polskiej Fundacji Kulturalnej w Clark, NJ.

W ciągu 40 lat swojej pracy artystycznej zagrał pan w wielu przedstawieniach teatralnych. Jednak najbardziej jest pan kojarzony z Jankielem ze spektaklu „Pan Tadeusz” wyreżyserowanym przez Adama Hanuszkiewicza. Jak pan wspomina tę rolę i współpracę z tym znakomitym reżyserem?
Wspominam ją bardzo dobrze. Adam Hanuszkiewicz jako reżyser miał zawsze bardzo krótkie i syntetyczne uwagi, pozbawione zbędnego gadulstwa. Mówił wprost: „Panie Adamie, ja bym chciał, żeby to był Żyd posiadający dyskretny akcent, a najlepiej z wileńskimi naleciałościami”. Co prawda nie pokusiłem się o ten wschodni akcent, ale spełniłem wskazówki dotyczące kolorytu mowy i chyba nie przesadziłem w żadną stronę, ponieważ w recenzjach pisano, że „Pan Adam Gromadzki ‚żydłaczył’ tak gustownie, że palce lizać”. Bardzo mnie cieszyły takie opinie. Całe to przedstawienie, którego premiera odbyła się w 1991 roku w Teatrze Miejskim w Gdyni, to znakomity pod każdym względem spektakl. Było w nim wiele udanych ról i z satysfakcją mogę zacytować fragment recenzji z „Dziennika Bałtyckiego”, w którym Anna Jęsiak mocno podkreśliła, że: „Jerzy Kiszkis i jego Gerwazy oraz Adam Gromadzki zaskakująco oryginalny w koncercie Jankiela zdecydowanie się z zespołu wyróżniają”. Proszę tego nie traktować jako okazywanie pychy, tylko jako wspomnienie starszego aktora, opowiadającego o jednym z momentów świetności jego pracy artystycznej, tak bardzo przecież ulotnej i udokumentowanej tylko w recenzjach i jakichś nagraniach. Wracając do współpracy z Adamem Hanuszkiewiczem muszę stwierdzić, że była ona bardzo ciekawa dzięki jego specyficznemu poczuciu humoru i gawędziarstwie. Podczas pierwszych prób chętnie opowiadał nam różne anegdoty ze swojego życia i mimo szacunku, jaki wzbudzał u aktorów, zawsze był bardzo naturalny. Wbrew niektórym opiniom, nigdy nie był on napuszonym reżyserem i żadnemu aktorowi nie odbierał godności ani nawet inicjatywy w interpretacji odgrywanej przez niego na scenie postaci. Dzięki wspomnianym wcześniej krótkim i celnym uwagom nadawał on właściwy kierunek w podejściu aktora do danej roli i jednocześnie pozwalał mu na prywatną inwencję w widzeniu tej postaci.

Adam Gromadzki jako Chłopiec w dramacie „Dwa teatry” Jerzego Szaniawskiego, wystawianej w 1982 r. w Teatrze Dramatycznym w Gdyni / ARCHIWUM ADAMA GROMADZKIEGO

Odgrywanie Jankiela w „Panu Tadeuszu” było znaczącym, ale niejedynym ważnym dla pana wcieleniem aktorskim. Które jeszcze role chętnie pan wspomina?
Jedną z pierwszych, które sobie bardzo cenię, był Strymodoros, główna rola w „Gromiwoji” Arystofanesa. Sztuka ta była opracowana jako musical przez Jerzego Partykę, a wyreżyserował ją Kazimierz Łastawiecki, jeden  z pierwszych dyrektorów Teatru Dramatycznego w Gdyni. Właśnie on przyjmował mnie tam do pracy i również u niego debiutowałem rolą Kirczo w komedii „Czy ma pan ogień?” bułgarskiego autora Nediałko Jordanowa. Sztuka ta nie była najwyższych lotów, ale sama rola, którą dostałem, dawała duże możliwości dla aktora, dlatego także ją chętnie wspominam. Kolejnym ważnym dla mnie przedstawieniem był „Wielki Fryderyk” Adolfa Nowaczyńskiego w reżyserii Lecha Helldwiga-Górzyńskiego. Wybitną kreację głównej postaci stworzył w niej wspomniany Kazimierz Łastawiecki, a ja grałem tam Chrystyana von Zietena. Była to dość znacząca rola, która dawała duże możliwości interpretacyjne oraz zaistnienia na scenie. Inną ważną dla mnie oraz dostrzeżoną przez recenzentów i publiczność kreacją była rola Chłopca w „Dwóch teatrach” Jerzego Szaniawskiego, notabene jednego z moich ulubionych autorów sztuk dramatycznych. Przedstawienie to było pewnego rodzaju wyzwaniem przeciwko socrealistycznym tendencjom panującym wówczas w sztuce. Udział w nim był spełnieniem moich marzeń. Kiedyś, jako uczeń liceum, odwiedziłem w Warszawie grób Szaniawskiego na Powązkach i wówczas pomyślałem sobie, że jeżeli w przyszłości zostanę aktorem, to chętnie bym zagrał w jakiejś jego sztuce. I tak się stało, a dzięki roli Chłopca w tym przedstawieniu mistycznie spełniłem swoje marzenia. Podobnie było ze sztuką „Księżniczka na opak odwrócona” Calderpna de la Barki. Będąc kiedyś – również jako licealista – na spektaklu dyplomowym w PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, zostałem urzeczony lekkością humoru Calderona oraz żonglerką słów Jarosława Marka Rymkiewicza, a także świeżą i młodzieńczą grą aktorów. Wówczas również pomyślałem, że fajnie byłoby zagrać w tej sztuce. To marzenie też mi się spełniło, gdy pojawiłem się w Słupskim Teatrze Dramatycznym. Tam właśnie wystawiano „Księżniczkę na opak odwróconą”, w której zostałem obsadzony w roli Lisardo, a którą też bardzo sobie cenię i mile wspominam. Reżyserka tego spektaklu Jowita Pieńkiewicz dawała sporo inwencji aktorom, przez co przedstawienie powstawało przy pomysłach zespołu i było bardzo oryginalne oraz żywiołowe. Również w Słupsku zagrałem w musicalu „Kajko i Kokosz”, który dla tego teatru był bardzo znaczącym przedstawieniem przeznaczonym dla dzieci. Grałem tam także rolę Świstaka w „Fircyku w zalotach”, komedii Franciszka Zabłockiego, która miała bardzo dobre recenzje. Z kolei w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie zagrałam Rejenta w „Zemście” Aleksandra Fredry i tę rolę też bardzo sobie cenię. To oczywiście tylko kilka moich wcieleń, które chętnie wspominam.

Adam Gromadzki (z prawej) jako Lisardo w „Księżniczce na opak odwróconej” Calderpna de la Barki wystawianej w 1986 roku Słupskim Teatrze Dramatycznym / ARCHIWUM ADAMA GROMADZKIEGO

Tych ról miał pan bardzo dużo, co można zobaczyć m.in. na internetowej stronie Encyklopedii Teatru Polskiego. Mimo że grał pan także na deskach wielu różnych teatrów, to założył pan w Gdańsku swój własny Teatr Rozmaitości. Co skłoniło pana do podjęcia takiej decyzji?
Ten nowy okres pracy artystycznej rozpocząłem w 1993 roku. Nazwa założonego przeze mnie Teatru Rozmaitości oddawała charakter prezentowanych spektakli. Dzięki niemu miałem możliwość poszukiwania własnych koncepcji artystycznych, a także skupienia się na repertuarze dla dzieci, który mnie od dawna interesował. Teatr ten oferuje wiele różnych, głównie muzycznych pozycji dla najmłodszych widzów. Wśród nich jest m.in. moja sztuka „Zło tańcem zwyciężaj”, którą pokazywałem także podczas tournee w Kanadzie, jakie odbyłem ze swoim teatrem na zaproszenie tamtejszego Związku Nauczycielstwa Polskiego. W związku z tym, że Teatr Rozmaitości ma głównie charakter objazdowy, to dzięki temu często odwiedzamy Polonię w Szwecji. Byliśmy tam już co najmniej dziesięć razy, i to nie tylko z przedstawieniami dla dzieci i młodzieży, ale także – wraz z sopranistką Magdaleną Chmielecką – ze spektaklem poetycko- muzycznym pt. „Witaj Polsko”, na zaproszenie Towarzystwa Muzycznego im. Stanisława Moniuszki i Kongresu Polaków w Szwecji. Oprócz tego Teatr Rozmaitości daje mi możliwość uprawiana form parateatralnych oraz spełniania zapotrzebowania artystycznego przygotowywanego na specjalne okazje. Przykładem może być sztuka „Baśń o królewiczu Och i królewnie Ach”, którą napisałem w 2011 roku na Międzynarodowy Festiwal Mozartowski „Mozartiana”, odbywający się w parku Oliwskim w Gdańsku. Tak się złożyło, że organizator tej imprezy Jan Łukaszewski, dyrygent Polskiego Chóru Kameralnego, chciał, żeby pojawiło się na niej przedstawienie marionetkowe, ponieważ w czasach Mozarta marionetki były bardzo modne. Skorzystałem z okazji, że koleżanka Grażyna Kilarska odziedziczyła po swojej mamie, słynnej Ewie Totwen, znakomite i sprawne marionetki, a także kunszt ich animacji, i wykorzystałem to wszystko w sztuce. W ten sposób powstało unikalne widowisko oparte w całości na muzyce Mozarta. Stało się ono prawdziwym wydarzeniem festiwalu „Mozartiana”. To jeden z przykładów spełniania i twórczego materializowania moich własnych pragnień i projektów teatralnych. Dlatego pełna nazwa tej inicjatywy teatralno-artystycznej brzmi: Teatr Rozmaitości Adama Gromadzkiego.

Adam Gromadzki (z tyłu) jako Chrystyan von Zieten w „Wielkim Fryderyku” Adolfa Nowaczyńskiego, wystawianym w 1979 r. w Teatrze Dramatycznym w Gdyni / ARCHIWUM ADAMA GROMADZKIEGO

Czy czuje się pan spełniony artystycznie patrząc retrospektywnie na cztery dekady swojej obecności na deskach teatralnych i podążania drogą aktorską obraną 40 lat temu?
Czuję się bardzo spełniony, chociaż nie zawsze wszystko szło idealnie. Mogę jednak powiedzieć, że jestem dzieckiem szczęścia, ponieważ teatr był moim marzeniem, a odgrywane role stanowiły ciągłą naukę, zwłaszcza gdy pracowałem z wybitnymi reżyserami. Dzięki teatrowi miałem także okazję spotkać się z autorytetami, które miały na mnie bardzo duży wpływ. Wśród nich był znakomity francuski aktor Jean Louis Barrault, który gościł we Wrocławiu na zaproszenie Jerzego Grotowskiego. Jest on dla mnie wielkim autorytetem, ponieważ był osobą, która poszukiwała i znalazła w teatrze właściwe miejsce z własną oryginalną koncepcją artystyczną. Tak samo duży wpływ na mnie miało zetknięcie się ze znakomitym reżyserem i pedagogiem, twórcą kultowego Teatru Laboratorium Jerzym Grotowskim. Bardzo sobie także cenię współpracę z Uwe Kriegerem, aktorem amerykańskiego Bread And Puppet Theater, jaka zdarzyła się w 1973 roku na Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Awangardowych we Wrocławiu, gdzie prezentowaliśmy wspólny „workshop”.

Adam Gromadzki w roli Grzegorza Małczewskiego w „Symfonii domowej”, wystawianej w 1979 r. w Teatrze Dramatycznym w Gdyni / ARCHIWUM ADAMA GROMADZKIEGO

Na zakończenie proszę powiedzieć, czy w jakiś sposób teatr wpłynął na pańskie życie osobiste. Jaki jest Adam Gromadzki prywatnie?
Owszem, wpłynął i to na tyle, że trudno mi w sposób jednoznaczny oddzielić życie osobiste od zawodowego. Moją pasją są ciekawi ludzie. Jednak najciekawszą osobą, jaką dotąd w życiu poznałem, pozostanie dla mnie moja śp. żona Urszula, również aktorka, która niestety zmarła w wieku 25 lat. Cóż, los nie dał jej szansy na role w teatrze, ale za to mnie dał szansę na bycie mężem tak wspaniałej kobiety, chociaż przez krótki czas…
Natomiast odpowiedź na drugie pytanie nie jest prosta. Trudno mi mówić o sobie, jaki jestem prywatnie, zwłaszcza gdy sam dla siebie często jestem zagadką. Mam poczucie humoru, ale nie każdemu może ono odpowiadać. Moim hobby jest muzyka. Moją dumą jest mój syn Jakub. Moim życiem – teatr. Dlatego nie spoczywam na laurach i ciągle poszukuję nowych zapachów z teatralnej kuchni.

Adam Gromadzki jako Książę Lubomir wraz z Agnieszką Skawińską w sztuce własnego autorstwa „Zło tańcem zwyciężaj”, prezentowanej w 2011 r. m.in. podczas tournee po Kanadzie / ARCHIWUM ADAMA GROMADZKIEGO