Co przed nami?

159

Już właściwie za nami emocje związane z rozwiązywania rebusu o wysokości zwrotów podatkowych, na jakie możemy liczyć. Gratuluję wszystkim, których ostatnia reforma podatkowa uczyniła bogatszymi, zwłaszcza jeśli tę reformę popierali.

Współczuję tym, którzy się nie wzbogacili, a może nawet zubożeli, zwłaszcza jeśli tę reformę popierali. Łączę się w gniewie z tymi, którzy reformy nie popierali i mieli rację, bowiem „wyszło na ich”.

Ustawa o nazwie 2017 Tax and Jobs Act miała, jak pamiętamy, zostawić w amerykańskiej kieszeni więcej grosza, co bardzo ważne – mowa była o kieszeni statystycznego Joego i statystycznej Mary z klasy średniej i niżej.

Pomysł, by obniżać podatki w czasie rekordowego deficytu w budżecie, nie jest nowy, w istocie jest tak ograny, tak rutynowo od ponad 30 już lat wyciągany jako as, zwłaszcza z konserwatywnego rękawa Waszyngtonu, że nikt nawet nie miał siły go zbytnio oprotestowywać. Ewentualne protesty sprawnie zresztą uciszono – równie ograna taktyka – mile wpadającą w ucho melodyjką o tym, że tym razem, w przeciwieństwie do razów poprzednich, gdy as okazywał się tylko przywidzeniem w oczach rozdającego karty, będzie inaczej.

Tym razem statystyczni Joe i Mary naprawdę na reformie zyskają, bo to warunek, by do reformy podatkowej w ogóle doszło. Naczelny rozdający karty usadowiony w swojej wieży pod białą kopułą fechtował wyjątkowo konkretnymi liczbami. Gwarantował: on obniży korporacyjnej Ameryce podatki z 35 do 21 procent – największe tego typu cięcie w historii kraju (sic!) – ale korpopracodawcy wygenerowane w ten sposób większe zyski przekażą w wypłatach pracownikom. Statystyczne gospodarstwo domowe ma zarobić na reformie co najmniej 4 tysiące dolarów! – zwracał się bezpośrednio do korporacji i groził i palcem.

Na tym stanęło. Byli, co prawda, przy brydżowym stole obecni i inni grajkowie. Na przykład unia pracownicza Communications Workers of America, która wymyśliła, by pomysł naczelnego rozdającego przekuć w kontrakt, tak dla większej pewności, i która w tym celu poprosiła osiem największych korporacji, by pisemnie zobligowały się do 20-procentowej podwyżki płac na okoliczność cięć w podatkach. Korporacje żadnych podpisów składać jednak zamiaru nie miały, a naczelny rozdający i jego przyboczna straż uznali, że faktycznie, to fanaberia z tymi podpisami, i sami pomogli wyciszyć melodię unionistów, nim dotarła do uszu Joego i Mary.

I tak doturlaliśmy się do 15 kwietnia tego roku. Ręka do góry, statystyczni Joe i Mary, również Janku i Marysiu, wymieńmy się między sobą informacjami, jak reforma uzdrowiła nasze domowe budżety, ile wygenerowała miejsc pracy dla tych z nas, którzy pracy poszukiwali, jakie w pracy pojawiły się innowacje w związku z tym, że nasi pracodawcy pozyskali dodatkowe fundusze na inwestycje w poprawę naszych warunków pracy. Tylko proszę głośniej, bo bardzo słabo słychać.

Niestety, na nic nie zda się majstrowanie przy nagłośnieniu. Joe i Mary, Janek i Marysia siedzą cicho, bo o czym mają mówić, skoro… nie ma o czym? Z wyjaśnieniem, dlaczego nie ma o czym mówić, przychodzą nam organizacje analizujące i opisujące zjawiska w przestrzeni publicznej, szczególnie tam, gdzie usiłuje się te zjawiska zawijać w grube całuny i wnosić lub wynosić nie tymi drzwiami, którymi powinno się to robić. I tak think tank Center for Public Integrity (CPI) wyjaśnia: większość z puli 150 miliardów dolarów, jakie zostały w 2018 r. „uwolnione” w wyniku Tax and Jobs Act, poszło na wypłatę dywidend dla akcjonariuszy, a także wykup przez firmy własnych akcji.

Pieniądze pożeglowały więc szybkim i prostym kursem do 10 proc. obywateli, którzy kontrolują 84 proc. giełdy. Z kolei organizacja Just Capital donosi, że tylko 6 proc. z tej sumy zostało wydane na sprawy związane z pracownikiem. W pierwszych trzech miesiącach od wejścia ustawy w życie wypłaty pracownicze wzrosły średnio o 6,21 dol., co daje w skali rocznej 223 dol. podwyżki. Raczej daleko do obiecanego pułapu 4000 dol.

Jest jeszcze jeden wymiar wspomnianej reformy. Mam nadzieję, że wyborcy urzędującego prezydenta i zwolennicy jego kursu polityki finansowej zdają sobie sprawę, że prócz tego, iż statystyczny pracownik na niej nie zarobi – i nigdy nie było realnych planów, że ma zarobić! – to wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości straci jako obywatel obciążony odpowiedzialnością za kolejny rekord w deficycie narodowym.

Jako że ustawa przegłosowana była niemal w sekrecie (odsyłam do ciekawych zwierzeń Dany Triera, specjalisty, który pracował nad reformą, a wcześniej był ekspertem podatkowym w gabinetach Reagana oraz G.W. Busha) nie mieliśmy szansy dowiedzieć się, że entuzjaści nowego prawa z góry wiedzieli – powtórzę to: z góry wiedzieli! – że nie ma żadnego „planu B” na zrównoważenie budżetowych ubytków (1,5 tryliona dol.) przychodami z jakiegoś innego źródła.

Przez chwilę źródłem tym miało być większe cło na towary zagraniczne, ale pomysł upadł pod naciskiem handlowców. Mam, wreszcie, nadzieję, że wyborcy naszego naczelnego rozdającego karty wiedzą też, że reforma podatkowa nie tylko nie oczyściła prawa podatkowego z furtek, przez które najbogatsze korporacje legalnie wyprowadzają swoje przychody za granicę, unikając w ten sposób odprowadzania pieniędzy do amerykańskiej kiesy, ale utworzyła szereg nowych.
15 kwietnia szczęśliwie za nami. Tylko co przed nami?