Co warto wiedzieć o Dniu Dziękczynienia

0
EPA-EFE/PORTER BINKS

Dzień Dziękczynienia to jedno z najbardziej rodzinnych świąt w Stanach Zjednoczonych. Przede wszystkim dlatego, że jest obchodzone bez względu na wyznanie i kraj, z jakiego pochodzą emigranci. Tradycyjnie na stołach pojawia się indyk, słodkie ziemniaki i ciasto dyniowe. A miliony Amerykanów podróżują wiele mil, by spotkać się z najbliższymi. Jak podaje Google, za kierownicę nie powinno się wsiadać w środę po południu – wtedy na drogach będzie panował największy tłok.

Jak szacują analitycy z American Automobile Association (AAA), w tym roku z okazji Dnia Dziękczynienia ponad 54 mln Amerykanów wybierze się w podróż co najmniej 50 mil od domu. Jak zawsze, najtłoczniej na drogach będzie w środę po południu – po godz. 3. Aby się nie stresować za kierownicą, warto wyjechać w podróż w nocy z wtorku na środę. Google podpowiada, że idealna godzina to 2 w nocy albo czwartek rano, ok. godz. 6. Jeśli chodzi o powrót, tu zaskoczenia też nie ma – najmniejszy tłok ma panować na drogach w piątek, tuż po Dniu Dziękczynienia, ale ok. godz. 3 ppoł. Najgorszym czasem, by wyruszyć do domu samochodem, jest niedziela po południu.

Wzmożony ruch będzie też na lotniskach. Z szacunków AAA wynika, że w czasie Święta Dziękczynienia taki środek transportu wybierze ponad 4 mln pasażerów. Na podstawie doświadczeń minionych lat przygotowano zestawienie najgorszych lotnisk, opierając się na liczbie odwołanych lub opóźnionych lotów. I tak, pierwsze miejsce zajmuje Chicago O’Hare International Airport – w ub. roku w okresie Święta Dziękczynienia 1130 zakłóconych lotów, na drugim miejscu jest Atlanta Hartsfield-Jackson International Airport – 960 lotów, na trzecim – San Francisco International Airport – 870 lotów. W pierwszej dziesiątce są też porty lotnicze z metropolii nowojorskiej – Newark Liberty International Airport – 610 lotów, oraz John F. Kennedy International Airport – 480 lotów. Jak zawsze, tłoczno będzie też na dworcach. Setki tysięcy osób będą podróżowały autobusami i pociągami. Warto uzbroić się w cierpliwość.

PARADA NA MANHATTANIE

Największym wydarzeniem w metropolii nowojorskiej z okazji Dnia Dziękczynienia jest organizowana już po raz 93. Macy’s Thanksgiving Day Parade. Nowojorski barwny przemarsz ma swój początek w 1920 r. w Filadelfii. Wtedy władze domu handlowego braci Gimbels zorganizowały procesję z okazji listopadowego święta, w której wzięło udział ok. 50 osób, a za Świętego Mikołaja przebrał się jeden ze strażaków. W ten sposób oficjalnie otwarto sezon świąt Bożego Narodzenia, a raczej przedświątecznych zakupów. Pomysł bardzo spodobał się władzom Macy’s i cztery lata później przemaszerowała pierwsza parada w Nowym Jorku. Wtedy trasa liczyła 6 mil i wiodła aż z Harlemu (145 Street) do 34 Street na Manhattanie. Parada nazywała się “Big Christmas Parade”. Wzięli w niej udział przede wszystkim pracownicy Macy’s, przebrani za klaunów, rycerzy, kowbojów. Wypożyczono zwierzęta z zoo z Central Parku – niedźwiedzie, słonie, wielbłądy i małpy – a na platformach jechały popularne wśród dzieci: Babcia Gąska, Mała Pani Muffetka czy Czerwony Kapturek. Wydarzenie okazało się wielkim sukcesem i, jak policzono, miało znaczący wpływ na poprawę grudniowych obrotów w Macy’s. Nic więc dziwnego, że władze domu handlowego postanowiły z parady uczynić przedpołudniową tradycję Dnia Dziękczynienia.

Początek parady – godz. 9 rano, start przy 77 Street i Central Park West. Trasa – licząca 2,5 mili – wiedzie w kierunku Columbus Circle, następnie 6 Avenue do Herald Square. Najlepsze miejsca, by oglądać przemarsz, są wzdłuż Central Park West oraz 6 Avenue. Pierwsi widzowie, i to bez względu na pogodę, zajmują miejsca już od godz. 6 rano. Wśród gwiazd występujących podczas parady będą między innymi: Celine Dion, Kelly Rowland, Debbie Gibson, Chris Young, Billy Porter i Black Eyed Peas. Na platformach będzie też można zobaczyć astronautki: Kay Hire i Janet L. Kavandi (platforma Snoopy’s Doghouse).

WYSOKIE NA KILKA PIĘTER

Co roku wielką, i to dosłownie, atrakcją są balony. Pojawiły się na paradzie w 1927 roku. Pierwszą nadmuchaną postacią był kot Felix. Przez 43 lata balony powstawały w byłej fabryce cukierków Tootsie w Hoboken, NJ. Kilka lat temu produkcja przeniosła się do pobliskiego Moonachie. Kiedyś były gumowe, od pewnego czasu używa się tworzywa sztucznego – poliuretanu. Są wypełniane mieszanką helu i powietrza. Proces “ożywiania” balonów trwa ok. 90 minut. W zależności od postaci mierzą nawet ok. 100 stóp. Wśród nowości jest między innymi Astronauta Snoopy – mający 49 stóp wysokości (czteropiętrowy budynek) i 43 stopy długości. Nad głowami widzów pojawi się też Smokey Bear, który wraca na paradę po 26 latach i będzie świętował swoje 75. urodziny. Mierzy 51 stóp wysokości, a “prowadzić” go będzie 40 osób. Sporą atrakcją będzie też Spongebob – pierwszy kwadratowy balon na paradzie Macy’s. Będzie miał 44 stopy wysokości. Nie zabraknie też Harolda Strażaka (32 stopy) i Olafa z bajki Disneya “Kraina lodu” (60 stóp). W sumie nad głowami widzów przemieści się 37 większych i mniejszych postaci balonowych. Przejadą też 34 platformy i przemaszerują orkiestry dęte z różnych stanów, na przykład z Florydy, Arizony czy Pensylwanii. Będzie można też zobaczyć i posłuchać orkiestry nowojorskiej policji. Tradycyjnie ostatni na paradzie pojawia się Święty Mikołaj, który obwieszcza początek sezonu świąt Bożego Narodzenia. Całe wydarzenie potrwa do godz. 12 w południe. Będzie relacjonowane na żywo na antenie NBC. Dzień przed paradą, w środę, wszystkie balony są nadmuchiwane. Można podglądać ten proces. Odbywa się to w okolicach Muzeum Historii Naturalnej (między 81 a 77 Street), przy Columbus Avenue i Central Park West. Początek – o godz. 1 ppoł.

MIĘDZYNARODOWE AMERYKAŃSKIE ŚWIĘTO

Wśród widzów parady są też Polacy. Choć nie ma statystyk mówiących o tym, ilu naszych rodaków włącza się we wspólne ucztowanie i razem z Amerykanami dziękuje za wszystko dobre, co spotkało ich w mijającym roku, to przeglądając polonijne fora, gdzie dyskutuje się na przykład o świątecznych przepisach, można przypuszczać, że sporo. Część listopadowe święto obchodzi po swojemu – niekoniecznie według amerykańskich standardów. “Pierwszy raz wybrałam się na Manhattan, by oglądać paradę dwa lata temu. Bardzo fajne przeżycie i polecam każdemu” – mówi Ilona z Brooklynu. W Stanach Zjednoczonych mieszka od 15 lat. „Pierwsze święta spędzaliśmy razem z innymi imigrantami. Zaczęłam od mieszkania w bejsmencie na Borough Parku i tam przygotowywaliśmy indyka i inne tradycyjne potrawy. Bardzo miło wspominam ten czas, bo była to dla nas jakby mała wigilia. Później, gdy wyszłam za mąż i urodziły się dzieci, święta przeniosłam do domu i spędzałam je w bardziej rodzinnym gronie, z bliskimi męża. Dwa lata temu postanowiliśmy wybrać się na paradę, żeby dzieci na własne oczy mogły zobaczyć ulubione postacie z bajek” – opowiada Ilona. Stara się, by Dzień Dziękczynienia był tradycyjny, ale przemyca też polskie potrawy. “Uważam, że ze względu na imigrantów mieszkających w USA, jest to święto międzynarodowe. Nie może na stole zabraknąć indyka, to jasne, ale zamiast ciasta dyniowego, za którym jakoś nie przepadamy, serwuję szarlotkę. Rozmawiamy też o historii tego święta, jak wiemy, nie jest taka przejrzysta, jak to jest podawane w książkach do historii, ale przede wszystkim powtarzamy za co jesteśmy wdzięczni, także Ameryce. Ja pochodzę z małej miejscowości położonej na południu Polski. Nie było nam łatwo, gdy dorastałam, bywało tak, że brakowało pieniędzy. W USA żyje mi się zupełnie inaczej. Też trzeba ciężko pracować, ale czuję się pewniej i sądzę, że właśnie tu lepszą przyszłość niż w Polsce mają moje dzieci” – uważa rozmówczyni “Nowego Dziennika”.

Kolację w gronie najbliższych planuje też Małgorzata z Brooklynu. Od lat 90. mieszka w USA. “Kiedyś bardziej hucznie obchodziliśmy to święto. A wyjątkowo w roku, kiedy ja i mąż dostaliśmy amerykańskie obywatelstwo. Piekliśmy indyka i przygotowywaliśmy inne tradycyjne potrawy. Od kilku lat też świętujemy, ale już nie tak uroczyście. Mąż zazwyczaj pracuje tego dnia, bo jest zatrudniony w żydowskiej firmie budowlanej. Jedzenie zamawiamy w polonijnych sklepach. Po południu przyjdzie syn z żoną i dziećmi i to głównie ze względu na nie, urodzone w USA, przygotowujemy kolację” – przyznaje pani Małgorzata. Pytana, za co jest wdzięczna, odpowiada, że za rodzinę i zdrowie. “To jest w życiu najważniejsze, a wszystko inne zawsze jakoś się poukłada” – uważa.
Inaczej Dzień Dziękczynienia spędza 32-letnia Beata z Queensu. W tym roku mija siedem lat, kiedy wyjechała z Polski. Wciąż jest w USA nielegalnie. “Dzień Dziękczynienia to jest dla mnie typowe amerykańskie święto i przyznam szczerze, że jakoś specjalnie go nie obchodzę. W tym roku będzie podobnie. Może dlatego, że coraz bardziej zastanawiam się nad powrotem do Polski. Inaczej planowałam swoją emigrację, miałam nadzieję na lepszą pracę i do tego czasu już męża. Chciałabym stworzyć rodzinę. Życie pisze jednak inny scenariusz. Czwartek spędzę w pracy, biorąc poranną i popołudniową zmianę za osoby, które chciały pojechać do domu” – mówi Beata.

JAK BYŁO NAPRAWDĘ

Do dziś nie ma zgody wśród historyków, jak naprawdę narodził się Dzień Dziękczynienia. Fakty są takie, że 16 września 1620 r. ponad 100 osadników, stłoczonych na małym kupieckim galeonie „Mayflower”, wyruszyło przez Atlantyk w poszukiwaniu lepszego życia. Nie przypuszczali, że dadzą początek jednemu z najpotężniejszych państw współczesnych czasów. Pierwsza zima na nowym lądzie okazała się tragiczna, zmarło prawie 50 osób. W tym momencie historii pojawiają się pewne rozbieżności. Część historyków twierdzi, że gdyby nie Indianie, liczba ofiar byłaby jeszcze większa. Jak można przeczytać w amerykańskich podręcznikach do historii, a także w wielu opracowaniach, w listopadzie 1621 r., po tym jak żniwa okazały się obfite, gubernator William Bradford miał zorganizować uroczystą ucztę i zaprosić na nią rdzennych sojuszników kolonii. Pierwsze Święto Dziękczynienia trwało trzy dni. Inna wersja mówi o tym, że to Indianie zaproponowali wspólne biesiadowanie, przynieśli nawet sporo żywności, w tym pięć jeleni.

Są też historycy, którzy wersję o wspólnej kolacji Europejczyków i tubylców nazywają bajką, stworzoną ze względów politycznych. Najpopularniejsza wersja mówi o tym, że na pierwszą ucztę miało przyjść 90 Indian, którzy pomagali kolonistom przezimować. W szkolnych podręcznikach wspomina się o tym jako o godnym przypomnienia przykładzie braterstwa ludzi. Ale historycy twierdzą, że harmonia trwała tylko tak długo, jak długo Europejczycy potrzebowali od Indian pomocy. Kiedy tylko stanęli na własnych nogach, sielanka się skończyła, a zaczęło się wzajemne wyrzynanie.

Jako oficjalne święto Dziękczynienie pojawiło się w kalendarzach 150 lat po pierwszej uroczystości. Obchodzono je jednak sporadycznie i zwyczaj został zarzucony po roku 1815. Dopiero prezydent Abraham Lincoln, który dzięki zwycięstwu w wojnie secesyjnej ocalił jedność Stanów Zjednoczonych, ustanowił w 1863 roku jesienne uroczystości dziękczynienia. Thanksgiving stało się w ten sposób świętem narodowym, choć to dopiero Roosevelt wpisał do kalendarza regularną datę – czwarty czwartek listopada, nie zważając na to, jak naprawdę ta tradycja się narodziła. Co ciekawe dla Indian Dzień Dziękczynienia jest dniem żałoby. Od 1970 r. ci, którzy chcą upamiętniać zmagania ówczesnych Indian, spotykają się w ostatni czwartek listopada nieopodal Plymouth, by wspólnie protestować.

INDYKA PRAWDOPODOBNIE NIE BYŁO

Święto Dziękczynienia bez indyka jest dla wielu Amerykanów niemożliwe – aż 95 proc. mieszkańców USA wskazuje pieczonego indyka jako najważniejszą potrawę podczas tradycyjnej dziękczynnej kolacji. Co roku pod koniec listopada w USA jest zjadanych aż około 47 milionów tych ptaków. Indyk jest najczęściej podawany z sosem żurawinowym i pieczeniowym. Zgodnie ze zwyczajem jest nadziewany i pieczony w całości. Nadzienie różni się w zależności od tradycji rodzinnych, jednak najczęściej przygotowywane jest na bazie chleba.

Tymczasem podczas pierwszych obchodów Święta Dziękczynienia w 1621 roku na stole najprawdopodobniej nie było indyka. Mówi się raczej o kaczkach, gęsiach i łabędziach. Kulinarni historycy twierdzą też, że jedzono owoce morza, małże, ostrygi czy mule, których brakuje w dzisiejszym menu kolacji. Podawano też homary. Na pierwszej świątecznej uczcie zabrakło ziemniaków. Warzywem, które królowało, miała być dynia.