„Covid nie zajmie nam pięciu minut”

619
EPA-EFE/JUSTIN LANE

Część Nowego Jorku została podzielona na strefy: żółtą, pomarańczową i czerwoną. Chodzi o wskaźniki zakażeń nowym wirusem. W rejonach, gdzie notuje się ich najwięcej, obowiązują dodatkowe obostrzenia, jak nakaz zamknięcia niektórych firm i nauczanie zdalne. W innych regionach rodzice decydują, w jaki sposób ich pociechy mają się uczyć – w szkole, czy tylko w domu. „My wybraliśmy tzw. blended program. Dwa dni w tygodniu dzieciaki chodzą do szkoły. Była obawa, ale wiemy, że Covid nie zajmie nam 5 minut, tylko potrwa o wiele dłużej i musimy się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości” – uważa Sylwia Struk, mama Karoliny i Aleksandra.

W większości nowojorskich szkół nie ma nauki stacjonarnej przez pięć dni w tygodniu. Maksymalnie trzy, ale też nie co tydzień. W placówce, do której uczęszczają dzieci Sylwii, jest ponad 600 uczniów. To szkoła podstawowa i gimnazjum w dzielnicy Hollis, w południowo-wschodniej części Queensu. Nauka stacjonarna prowadzona jest dwa dni w tygodniu: w poniedziałki i wtorki lub środy. Każde dziecko przed wejściem do szkoły ma mierzoną temperaturę, a rodzice muszą za każdym razem podpisywać deklarację o stanie zdrowia pociechy oraz że nigdzie nie wyjeżdżali i nie mieli kontaktu z kimś, u kogo stwierdzono zakażenie.

Przed szkołą, na chodniku, namalowane są żółte kropki, a dzieci stoją w kolejce, w odpowiedniej odległości od siebie. Tuż po wejściu dostają śniadanie i lunch. Przez wszystkie lekcje są w tej samej klasie, jest w niej maksymalnie 12 uczniów, a ławki są oddalone od siebie o 6 stóp. Zajęcia takie jak wychowanie fizyczne czy taniec prowadzone są zdalnie – przez komputer.

„Mój syn chodzi do piątej klasy szkoły podstawowej i bardzo nie lubi tego modelu nauki. Wręcz go nienawidzi. Brakuje mu spotkań z kolegami. Tak się ułożyło, że w jego grupie są same koleżanki – w sumie jest tam tylko siedem osób, a nie jak w poprzednich latach, prawie 30. Z czego ja się cieszę, to fakt, że dzięki temu nauczyciel więcej czasu może poświęcić każdemu dziecku, no ale Aleksander nie jest zadowolony. Też i dlatego, że nie może chodzić na zajęcia na salę gimnastyczną, boisko szkolne czy siłownię” – mówi Sylwia Struk. – „Syn powtarza, że to nie jest już ta sama szkoła. Z kolei córce bardzo się podoba. Karolina jest w trzeciej klasie. Jest tam 12 uczniów, czyli maksymalna liczba na czasy epidemii. Twierdzi, że dzięki temu, iż jest mniej dzieci, ona czuje się swobodniej, jest większy spokój” – dodaje rozmówczyni „Nowego Dziennika”.

Jeśli chodzi o nauczanie zdalne, to według Sylwii taka forma nauki pozostawia wiele do życzenia: „Córka faktycznie ma fajnie poukładany program, natomiast Aleksander nie do końca. Uważam, że będąc w piątej klasie, powinien mieć lepiej wypełniony ten czas. Potrafi siedzieć trzy dni w domu i nie mieć praktycznie żadnych zadań albo bardzo niewiele i wiem, że nie jestem jedynym rodzicem, który uważa tak samo. Część nauczycieli skupia się na instrukcjach. Mówią na przykład, o której będą spotkania albo co przeczytać, natomiast nie ma aktywnego nauczania. Dlatego często rodzice muszą przejąć ten obowiązek, siadamy z dzieciakami i tłumaczymy im poszczególne zagadnienia. Tak jest na przykład z matematyką, ale nie tylko” – stwierdza Sylwia Struk. – „Trochę się martwię o odpowiedni poziom edukacji dzieci, bo rodzice ze swojej strony mogą stanąć na rzęsach, kupić najlepszy sprzęt, duży monitor, zapewnić szybki internet itd., ale jak nie będzie zaangażowania ze strony nauczycieli, to jest to trochę frustrujące. Mój syn w przyszłym roku idzie do gimnazjum, mam go bardzo na uwadze, z kolei córka w tym roku pierwszy raz będzie miała stanowe testy” – mówi Polka.

Dla wielu rodziców dużym wyzwaniem jest pogodzenie pracy z nauką zdalną dzieci. Sylwia jest pracującą mamą i podobnie jak jej mąż nie zrezygnowała ze swoich obowiązków po rozpoczęciu pandemii. – „Mąż jest tzw. essential worker i cały czas jeździ do pracy, na określoną godzinę. Ja natomiast mam bardzo wyrozumiały zespół i mogłam tak dostosować swój grafik, by zająć się dzieciakami. To się wiąże między innymi z tym, że przesunęłam godziny pracy, zaczynam na przykład o 5-6 rano, później mam chwilę przerwy i kontynuuję pracę po południu i wieczorem, tak do 11-12. No i weekendy. Nie jest to łatwe, ale da się to jakoś zorganizować. W moim przypadku mam szczęście, że pracodawca wykazuje ogromne zrozumienie dla tej całej sytuacji” – opowiada kobieta.

Pomocą dla rodziców są też popołudniowe zajęcia w szkołach, trwające zazwyczaj trzy godziny i prowadzone stacjonarnie. – „Część moich znajomych faktycznie ma obawy i zdecydowało się wyłącznie na nauczanie zdalne. Ja mam zaufanie do szkoły, że jest odpowiednio przygotowana, że dzieci, które mają podwyższoną temperaturę, zostaną odesłane do domu, a nawet nie wpuszczone na teren placówki. Zresztą tak się dzieje, odsyłane są razem z rodzeństwem. Poza tym bardzo mi zależało, by syn i córka mieli kontakt z nauczycielami. To w sumie przeważyło. Przez te ostatnie miesiące, kiedy uczyły się wyłącznie w domu, robiłam wszystko, by ta nauka była jak najlepsza, ale dla mnie to nie była ta edukacja, którą powinni otrzymać, czyli od osób, które są wyspecjalizowane w danym kierunku. No i kontakt z rówieśnikami, którego nie da się niczym zastąpić” – mówi Sylwia i dodaje:.”Zresztą, w każdej chwili rodzice mogą zmienić decyzję i zamienić nauczanie w trybie mieszanym na całkowicie zdalne”.

Trzy strefy

Tak na pewno będzie decyzją władz stanu, jeśli szkoła znajdzie się w tzw. strefie czerwonej lub pomarańczowej. O tym, czy dany region Nowego Jorku będzie lub jest tak oznaczony, decyduje wskaźnik nowych zakażeń koronawirusem. Jest jeszcze strefa żółta, w której szkoły mogą być otwarte, ale konieczne są dodatkowe testy dla uczniów i nauczycieli. Obostrzenia obowiązują od czwartku, 8 października i potrwają w mieście przez co najmniej dwa tygodnie. Objęte są nimi wyznaczone regiony na Brooklynie i Queensie oraz w hrabstwach: Rockland, Orange i Broome. Jeśli chodzi o Brooklyn, to częściowo obostrzeniami objęte są dzielnice: Borough Park, Kensington, Bensonhurst, Midwood, Flatlands, Gravesend Gerritsen Beach, Brighton Beach, Coney Island, Sunset Park i Bergen Beach. Na Queensie częściowo: Kew Gardens, Briarwood/Jamaica, Jackson Heights, Elmhurst, Corona, Rego Park, Forest Hills.

Jak poinformował w poniedziałek, 12 października, gubernator Andrew Cuomo, w strefach czerwonych wskaźnik pozytywnych testów wyniósł na początku tygodnia 3,7 proc., podczas gdy ubiegłotygodniowa średnia to 6,13 proc. Najwięcej przypadków zakażeń notuje się w hrabstwie Orange – ponad 12 proc., w Rockland – 9,7 proc., na Brooklynie – prawie 6 proc., a na Queensie 3,3 proc. (dane za tydzień od 4 do 10 października). Średnia dla całego stanu podana w poniedziałek, 12 października, to 1,12 proc. Inne obostrzenia w strefie czerwonej, oprócz nauki wyłącznie zdalnej, to ograniczenie liczby wiernych w miejscach religijnego kultu, w tym w kościołach do 25 proc. pełnej pojemności, a maksymalnie 10 osób. Zakazane są wszelkie zgromadzenia, w tym protesty. Czynne mogą być tylko firmy, które świadczą tak zwane niezbędne usługi, restauracje mogą oferować posiłki wyłącznie na wynos, zakazane jest goszczenie klientów wewnątrz.
Ograniczenia w strefie pomarańczowej to: maksymalnie 25 osób w świątyniach lub 33 proc. pełnej pojemności, restauracje mogą gościć klientów, ale tylko przy stolikach ustawionych na zewnątrz i mogą przy nich usiąść maksymalnie 4 osoby, zgromadzenia są dozwolone, ale do 10 osób. Szkoły prowadzą zajęcia zdalnie. W każdej chwili może zapaść decyzja o zamknięciu firm, które nie świadczą tzw. niezbędnych usług, w tym siłowni czy salonów piękności.

Najmniej obostrzeń jest w strefie żółtej. Miejsca kultu mogą operować przy pojemności wynoszącej 50 proc., przy braku innego ograniczenia. W innych zgromadzeniach może brać udział do 25 osób. Nie ma wskazań dotyczących zamknięcia firm. Lokale gastronomiczne mogą gościć klientów wewnątrz i na zewnątrz, ale do 4 osób przy stoliku. Za niestosowanie się do nowych zasad reżimu sanitarnego grozi mandat w wysokości maksymalnie 15 tys. dolarów. Informacje na bieżąco dostępne są na stronie internetowej gubernatora stanu. Dla porównania, średni tygodniowy wskaźnik zachorowań (4 -10 października) na przykład na Florydzie wyniósł – 11,7 proc., w Teksasie i Pensylwanii ponad 7,5 proc., w Georgii – 6,4 proc., podobnie w Karolinie Północnej. W Illinois – 4,2 proc., a w New Jersey 3 proc. W tym ostatnim stanie, w ciągu 7 dni wykonano ponad 180 tys. testów.
W Nowym Jorku, którego populacja jest ponad 2 razy większa (19,453 mln osób) – ponad 834 tys. testów. Nowy Jork jest jedyną metropolią w USA, gdzie od końca września prowadzone są zajęcia nie tylko online, ale też w formie tradycyjnej. Burmistrz Bill de Blasio dwa razy przesunął rozpoczęcie roku szkolnego na wyraźne żądanie nauczycieli i pracowników. Niemal połowa uczniów w mieście, czyli ok. 500 tys. zrezygnowała z zajęć stacjonarnych i bierze udział tylko w zajęciach zdalnych. Jeśli w danej szkole lub klasie pojawi się ognisko koronawirusa, uczniowie zostaną natychmiast odesłani do domów. Nauka w formie tradycyjnej zostanie też przerwana, jeśli wskaźnik pozytywnych testów w mieście wzrośnie do 3 proc.

Już w ok. 300 szkołach przerwano nauczanie w klasach właśnie z tego powodu. – „Nasz region jest na tzw. ‚watch list’. W związku z tym często powtarzamy dzieciom, jak się mają zachowywać, że muszą mieć zasłonięte usta i nosy, mają odpowiednio dbać o higienę rąk i trzymać dystans” – mówi Sylwia Struk. – „Na początku trochę się baliśmy, ale w końcu stwierdziłam, że musimy przestać się martwić i zacząć racjonalnie podchodzić do tej całej sytuacji. Covid nie zajmie nam pięciu minut, tylko o wiele dłużej i musimy się jak najszybciej przyzwyczaić do nowej rzeczywistości” – uważa rozmówczyni „Nowego Dziennika”. W Nowym Jorku rodzice, którzy będą chcieli zamienić system zdalnej nauki dzieci na mieszany, będą mogli to zrobić najwcześniej w listopadzie.