Czy nadszedł już czas?

Dział "Młodzi piszą" ukazuje się co dwa tygodnie. Redaguje go Kaya Wald, uczennica 11 klasy w szkole Le Lycee Francais de New York.

163
FOTO: PIXELS

Kiedy mój budzik dzwoni rano, zdarza się, że przełączam go, aby zyskać jeszcze pięć minut dodatkowego snu. Pięć minut później, kiedy ponownie słyszę dźwięk budzika, sfrustrowana myślę: „Dlaczego czas musi istnieć?!”.

Uwierzcie mi, nie jestem jedyną, która narzeka. W rzeczywistości taki scenariusz występuje każdego ranka w wielu domach, i to na całym świecie. Ubolewając nad własnym harmonogramem snu muszę jednak przyznać, że organizacja czasu zawsze będzie jednym z najbardziej użytecznych wynalazków ludzkości, ponieważ precyzuje ona sposób komunikowania się oraz wydajność pracy miliardów ludzi na ziemi.
“Gospodarowanie” czasem ma związek z codziennymi obrotami Ziemi wokół Słońca, czyli niezaprzeczalnym faktem, że kiedy w jednym miejscu ziemskiego globu jest dzień, to po jego przeciwnej stronie panuje noc.

Ludzie mają niejako możliwość kontrolowania tego naturalnego procesu poprzez stworzenie dla konkretnego regionu na ziemi jednolitego, standardowego czasu. Niestety, ten standardowy czas jest zmieniany dwa razy w roku. Późną jesienią ludzie cofają zegary o godzinę, zyskując przy tym dodatkową godzinę snu, a po czterech miesiącach, gdy zbliża się wiosna, popychają wskazówki o sześćdziesiąt minut do przodu. W Ameryce mówimy wtedy o DST, czyli czasie letnim.

Ale właściwie dlaczego czas jest przesuwany dwukrotnie w ciągu roku?
Gdy egzystencja społeczeństw skupiała się przede wszystkim wokół rolnictwa, aby zyskać większą produktywność, ludzie musieli dostosować czas do letniej pogody, aby sprzyjał uprawom. Natomiast zimą zmiana czasu była praktycznym sposobem wygospodarowania oszczędności.

Znana jest opinia Benjamina Franklina, który w opublikowanym w 1784 roku artykule żartował, że kładąc się wcześniej do łóżek można zaoszczędzić na świecach. I mimo że wprowadzenie czasu letniego proponowano już w wieku XVIII, dopiero podczas I wojny światowej zasada ta znalazła pragmatyczne, choć krótkotrwałe, zastosowanie w Niemczech i Austrii. Także Wielka Brytania i Francja w związku z trwającą wojną zastosowała na krótko zmianę czasu. Podobnie stało się w czasie II wojny światowej. Dzisiaj DST stosuje około 70 państw na świecie.

W Europie nie obowiązuje w Islandii, Rosji i na Białorusi. Rozwiązanie to jest mało popularne w Azji. Czas letni jest przyjęty w Izraelu i Syrii, a odrzucają go m.in. Chiny, Indie oraz Japonia. Spośród państw afrykańskich czas zmieniają: Libia, Maroko i Namibia, a w południowej Ameryce tylko niektóre regiony Brazylii, Chile, Paragwaju i Urugwaju. W Stanach Zjednoczonych decyzję o zmianie czasu podejmują, zgodnie z ustawą Energy Policy Act of 2005, poszczególne stany, ale z konieczną aprobatą federalną. Zmiany czasu nie dokonuje Arizona, z wyjątkiem jej północnych terytoriów zamieszkanych przez indiański szczep Navajo, który synchronizuje swój czas z terytoriami szczepu znajdującymi się w Utah i Nowym Meksyku. Także Hawaje oraz terytoria zależne, m.in. Portoryko i Guam, nie podlegają DST.

W 2019 r. czas letni rozpoczął się w niedzielę 10 marca, a skończy się w niedzielę, 3 listopada. Ale czy kolejna „zimowa” zmiana rzeczywiście nastąpi? Nie jestem taka pewna, bowiem ostatnio wokół DST rozgorzały emocjonujące dyskusje. Technologicznie rozwinięte, współczesne społeczeństwa są w stanie wytwarzać sztucznie światło za naciśnięciem przysłowiowego guzika. I tak naprawdę to tylko niewielka część świata wdraża czas letni, a zmiana czasu w okolicach równikowych lub w skrajnie północnych czy południowych obszarach globu nie zwiększa ilości dostępnego tam światła słonecznego. Czy więc naprawdę warto tracić godzinę snu na tę przestarzałą praktykę?

W zeszłym roku legislatura Florydy zaproponowała ustawę The Sunshine Protection Act, która ma na celu utrwalenie DST na Florydzie, a następnie synchronizowanie z pozostałymi stanami USA. Od marca 2019 r. popierają ją senatorowie “Sunshine State,” a także prezydent Trump. Głównym argumentem autorów ustawy jest to, że poprawi się zdrowie Amerykanów. Ja jestem zdecydowanie za!