Dla mnie jazz to interpretacja

359
Krzysztof Medyna uwielbia interpretować znane standardy jazzowe / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI

"Powróciliśmy pamięcią do tego, co wówczas było najlepsze i dlatego również my staraliśmy się to samo pokazać z naszej strony. W tamtych czasach samo kino było rewelacją, tak jak obecnie holograficzna telewizja. I ten nasz projekt był pewnym ukłonem, okazaniem szacunku dla tych, którzy kiedyś tworzyli dzieła na miarę ówczesnych możliwości" – mówi znakomity saksofonista jazzowy Krzysztof Medyna, opowiadając o swoim występie podczas prezentacji niemego filmu z 1918 r. z udziałem Poli Negri, będącego jednym z wydarzeń artystycznych 22. Międzynarodowego Festiwalu Chopin i Przyjaciele.

Zagrałeś niedawno w Film Noir Cinema na Greenpoince, improwizując różne standardy do niemego filmu “Mania: Historia pracownicy fabryki papierosów” z Polą Negri w roli głównej. Skąd pomysł na taki nietypowy występ?
To nie był mój pomysł. Zadzwoniła do mnie Agata Drogowska, dyrektorka 22. Międzynarodowego Festiwalu Chopin i Przyjaciele i zapytała, czy nie zagrałbym do niemego filmu. Jako że lubię eksperymenty, od razu przyjąłem tę propozycję. Dopiero później zacząłem się zastanawiać, jak do tego podejść. Jako że w swoim życiu robiłem już wiele różnych rzeczy, to tego typu wyzwania nie są w stanie mnie wystraszyć. Oczywiście zawsze jest jakieś ryzyko, że raz wyjdzie to lepiej, raz gorzej, ale okazało się, że wyszło dobrze i bardzo się z tego cieszę. Wykorzystałem do tego celu różne standardy, ponieważ nie zamierzałem komponować muzyki do tego filmu, i to z dwóch powodów. Po pierwsze ma on już swoją muzykę skomponowaną przez Jerzego Maksymiuka, która podczas projekcji została wyłączona, a po drugie takie przedsięwzięcie, to są duże koszty i wymaga sporo czasu.

Okazuje się, że całość wyszła nie tylko dobrze – jak powiedziałeś – tylko rewelacyjnie, co podkreślali prawie wszyscy, którzy mieli okazję przeżyć ten nietypowy pokaz niemego filmu z muzyką graną na żywo. Widzowie byli pod wrażeniem nie tylko wykonania poszczególnych utworów, ale również ich doboru i pewnego zsynchronizowania ich dynamiki do tego co się działo na ekranie. Jak wyglądała praca związana z przygotowaniem i doborem materiału do tego filmu?
Z tą synchronizacją jest dużo przypadkowości. Oczywiście zanim przystąpiłem do pracy obejrzałem ten film kilka razy i oglądając dobierałem sobie utwory, które chciałbym w danym momencie zagrać. Jednak synchronizacja jest bardzo precyzyjną pracą wymagającą by dokładnie i w konkretnym miejscu pojawiło się dane nagranie, a ja nie zamierzałem skracać utworów. Uważałem, że to nie jest konieczne, że każdy utwór może całkowicie wybrzmieć, a kolejny i tak w końcu dopasuje się do tego co się dzieje na ekranie.

A czy w jakiś sposób inspirowałeś się istniejącą już muzyką Jerzego Maksymiuka?
Nie, a nawet celowo nie słuchałem tej ścieżki dźwiękowej, żeby nie było niepotrzebnych odniesień.

Myślę jednak, że odnalezienie się w tym zadaniu, jakiego się podjąłeś, ułatwiło ci doświadczenie zdobyte w grupie artystycznej Emocjonaliści, gdzie również grałeś na żywo podczas prezentacji różnorakiej sztuki.
Relacja pomiędzy tym wydarzeniem, a występami z Emocjonalistami jest niewielka i bardzo luźna. Tam, przynajmniej przez pierwsze lata działalności, występowaliśmy z pięcioosobową grupą muzyczną oraz grupą baletowo-taneczno-pantomimiczną. Podczas wernisaży tancerze poruszali się i tańczyli, a myśmy grali jakąś improwizowaną muzykę i inspirowaliśmy się wzajemnie. Patrząc na tancerzy nam przychodziły pewne pomysły do głowy i artystyczne reakcje do tego co widzieliśmy, i na odwrót. Było to bardzo ciekawe i interesujące, i szkoda, że zakończyło się po około 5 latach, bo Emocjonaliści przetrwali już 25. Potem przez krótki czas robiłem coś podobnego z pewnym amerykańskim wiolonczelistą, później z organistą Andrzejem Trębickim, po czym zostałem z tym sam. Granie w pojedynkę, tylko na saksofonie, nie było już robieniem muzyki do tańca, była ona raczej czymś towarzyszącym wernisażowi i miała zupełnie inne znaczenie. To co było w tym projekcie najbardziej atrakcyjne i czasami frapujące to niestety się skończyło przez to, że z grupy Emocjonalistów odeszli tancerze.

Utwory zagrane na saksofononie przez Krzysztofa Medyną świetnie korespondowały z tym, co się działo na ekranie podczas projekcji niemego filmu z udziałem Poli Negri / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Wracając do projektu z Film Noir Cinema, powiedz, czy nie czułeś się trochę jak muzyk, który spełniał rolę tapera, grupy lub nawet orkiestry, która przed laty grała na żywo podczas projekcji filmów w przedwojennych kinach?
Właśnie nie chciałem się tak czuć. To właściwie był koncert utworów, które wybrałem i to miało dla mnie pierwszorzędne znaczenie. W momencie wykonywania ustalonego programu film był dla mnie drugorzędną sprawą. To jest podobnie jak obecnie podczas różnych koncertów. Najczęściej prócz muzyki jest również jakiś pokaz, coś w tle co stanowi dopełnienie prezentowanej muzyki. Ja oczywiście grając znałem fabułę filmu i wiedziałem doskonale co w danym momencie się pojawi, co nastąpi dalej. Jednak nie czułem się tak jak jakiś taper z lat 20. ubiegłego wieku, który jeszcze dodatkowo używał efektów dźwiękonaśladowczych jak klakson samochodu, pisk opon itp. To był taki eksperyment 21. wieku. Powróciliśmy pamięcią do tego co wówczas było najlepsze i dlatego również my staraliśmy się to samo pokazać z naszej strony. W tamtych czasach samo kino było rewelacją, tak jak obecnie holograficzna telewizja. I ten nasz projekt był pewnym ukłonem, okazaniem szacunku dla tych, którzy kiedyś tworzyli dzieła na miarę ówczesnych możliwości. Gdybyśmy mogli przenieść się na chwilę w tamten czas, to zauważylibyśmy jak bardzo ekscytująca, poważna i wielka była to próba przekazu różnych treści za pomocą sztuki filmowej.

Ten występ był twoim trzecim koncertem jaki dałeś w ramach Międzynarodowego Festiwalu Chopin i Przyjaciele. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym słynnym kompozytorze i pianiście. Można się spotkać z wieloma opiniami twierdzącymi, że Chopin, mimo że tworzył w dobie romantyzmu, to jednak ma wiele wspólnego z jazzem. Niektórzy nawet uważają go za prekursora tej muzyki. Czy podzielasz te opinie? Jakie jest twoje zdanie na ten temat?
Ja zupełnie nie podzielam tego zdania, a nawet uważam wręcz odwrotnie. Według mojej opinii Chopin nie ma nic wspólnego z jazzem, poza tym, że dużo improwizował. Jednak improwizacja nie jest głównym i wyłącznym elementem czy atrybutem jazzu. Równie genialnie robił to Bach, improwizują także dobrzy kościelni organiści. Podstawą jazzu jest puls i specjalna relacja do czasu, czego w ogóle nie ma w żadnej europejskiej muzyce. Obecnie są młodzi muzycy twierdzący, że inspirują się różnymi klasykami, ale to co oni robią to nie jest jazz. Niestety wielu ludzi straciło pojęcie o tym, co to jest jazz. Wystarczy posłuchać jakiegokolwiek nagrania Milesa Davisa czy to z okresu muzyki cool, czy też nieco późniejszego, by zauważyć, że jego nuty pojawiają się w czasie, w tak doskonałym momencie, że tego nie da się powtórzyć. Ja słuchając jego muzyki dostaję gęsiej skórki, ponieważ ja czuję rytm inaczej. Dla mnie puls jest z tyłu głowy. Perkusista może grać co chce, ale ja wiem gdzie jestem, ja nie muszę liczyć taktów, i to jest fenomen jazzu. Gdybyśmy mieli szukać jakiegoś nasionka, z którego wyrósł jazz, i w którym dalej trzyma korzenie, to jest to blues. Wiem, że wiele osób twierdzi jednak, że również muzyka poważna i jazz mają wiele wspólnego, ale niestety dla mnie to jest kompletna bzdura. Żeby się o tym przekonać wystarczy dokładnie posłuchać jakiegokolwiek nagrania Milesa Davisa i dowolnego utworu Fryderyka Chopina. Wtedy można będzie zauważyć jak daleko jest jedna muzyka od drugiej.

Krzysztof Medyna zagrał w Film Noir Cinema na Greenpoincie standardy jazzowe stanowiące ilustrację muzyczną do niemego filmu / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Myślę, że to może być ciekawy eksperyment muzyczny, tym bardziej, że obecnie jesteśmy raczej zdani na słuchanie muzyki z płyt niż na żywo. Powiedz, jak w tym trudnym pandemicznym okresie radzą sobie muzycy jazzowi. Czy udało się wam – tobie i zaprzyjaźnionym artystom – zgrać jakieś większe koncerty w tym roku?
Adam Makowicz, z którym współpracuję od pięciu lat, jest obecnie w Polsce, a ja cały czas w Ameryce. Mieliśmy w planie kilka dużych koncertów w tym roku, z czego tylko dwa w Stanach Zjednoczonych – jeden w Waszyngtonie i jeden w Baltimore. Wielki koncert miał się odbyć w Toronto w Kanadzie, w Polsce mieliśmy mieć cztery występy, a z kolei w grudniu mieliśmy zagrać w Wiedniu w Austrii. To wszystko niestety zostało skasowane. Jedynym przejawem naszej muzycznej aktywności było zrobienie audycji dla Kosciuszko Foundation Quarantine Jazz w Waszyngtonie, gdzie zagraliśmy jako trio Makowicz-Medyna-Dingler Jazz Ensemble. Można to zobaczyć na YouTube. Wykonaliśmy razem cztery utwory oraz udzieliliśmy wywiadu. To było wszystko co wspólnie udało nam się zrobić w tym roku. Adam Makowicz wyjechał ze Stanów Zjednoczonych pod koniec sierpnia, i na początku września wystąpił wspólnie z Leszkiem Możdżerem w Krakowie na dużej sali, którą zezwolono w połowie wypełnić publicznością, a jako że ma ona 900 miejsc, to na ich koncercie pojawiło się 450 osób. Z relacji Adama wiem, że był to bardzo dobry występ i grało im się wyśmienicie. Dwa tygodnie później Makowicz zagrał koncert w radiu, a kilka dni temu pojawił się w telewizji, gdzie miał występ bez udziału publiczności. Zarówno Adam jak i ja bardzo nie lubimy grać bez publiczności ponieważ my występujemy dla kogoś, a nie dla siebie.

Czyli okazuje się, że ostatni wasz wspólny koncert i z udziałem publiczności miał miejsce w ubiegłym roku w Blue Note na Manhattanie.
Tak, to było 4 czerwca ub.r. W tym samym czasie zagraliśmy również w New York Conservatory of Music. Na tym się skończyło. Reszta koncertów miała być w tym roku i niestety nie udało się tego zrealizować.

Czyli pandemia zabija również muzykę.
Tak właśnie jest.

A czy w jakiś inny sposób udało ci się wykorzystać ten czas przymusowo spędzony w domu, np. na tworzenie czegoś nowego?
Obecnie przygotowuję pewien materiał na jedną z imprez, ale generalnie ja nie uważam się za kompozytora. Dla mnie jazz to nie jest kompozycja tylko interpretacja, czyli to co robię z Adamem Makowiczem. Właśnie na tym opierał się jazz, wtedy kiedy był najmocniejszy i najpopularniejszy. Tak więc kiedy miałem 12 lat – a z muzyką mam do czynienia aktywnie od 5 roku życia, a pasywnie od urodzenia – i usłyszałem jazzowy zespół w polskiej czarno-białej telewizji, to już wówczas zachwyciła mnie interpretacja utworów, które już znałem. To dla mnie było fascynujące, ponieważ zrozumiałem, że można zagrać muzykę ma swój sposób. Złota era jazzu to również były interpretacje. Oczywiście kompozytorzy, którzy tworzyli na potrzeby Broadwayu i filmu, komponowali też utwory dla zespołów jazzowych, głównie big bandów. Przykładem może być Billy Strayhorn, genialny kompozytor tworzący dla Duke’a Ellingtona. Jednak to wszystko były piosenki, które można było zaśpiewać, ale również zagrać w przeróżny sposób. Oczywiście ja mam kilka swoich kompozycji, ale one zbytnio mnie nie interesują, ponieważ jestem tradycjonalistą i dla mnie jazz to jest interpretacja. Bierzesz sobie utwór, który jest znany i grasz go tak jak czujesz. Oczywiście nie można go przewrócić do góry nogami, bo musi mieć taką samą ilość taktów, ale akordy można zastosować zastępcze. To jak podzielisz melodię i jak ją zagrasz to już jest twoja sprawa. W muzyce klasycznej byłoby to nie do pomyślenia, ponieważ gdyby każdy członek orkiestry dzielił utwór po swojemu to wyszłaby z tego jakaś kakofonia. I to jest cały urok jazzu. Jednak nie każdy muzyk może sobie z tym poradzić.

Znakomity polski saksofonista jazzowy Krzysztof Medyna podczas występu w słynnym nowojorskim klubie Blue Note / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI

Właśnie znane standardy jazzowe były efektem twojej współpracy ze wspomnianym wcześniej Adamem Makowiczem, z którym kilka lat temu znalazłeś się w studiu nagraniowym. Wówczas usłyszałem od ciebie, że być może w przyszłości wydacie te nagrania na płycie. Jak to się zakończyło? Czy ten album ujrzał już światło dzienne?
Niestety, płyta jeszcze nie została wydana. Nagrania zarejestrowaliśmy w studiu by były profesjonalnie zrobione, a przy okazji chcieliśmy zarejestrować dobre wideo. I to wszystko wyszło nam bardzo dobrze. Dwóch kamerzystów doskonale sobie poradziło z obrazem. Płyta jednak się nie pojawiła ponieważ nie było zainteresowania w tej kwestii ze strony wydawców. Oczywiście moglibyśmy to zrobić sami, ale doszliśmy do wniosku, że jesteśmy już w takim wieku, że aż tak bardzo nam nie zależy na tym, by za wszelką cenę wydać album. Obecne zarejestrowaliśmy pięć nowych utworów podczas występu dla Kosciuszko Foundation Quarantine Jazz. Nagrał je znakomity fachowiec od dźwięku Leszek Wójcik, który był kierownikiem studia nagrań w Carnegie Hall. Ja te utwory mam na płycie, ale jest to taka płyta domowej roboty w celach promocyjnych. Jak ktoś jest zainteresowany to ją otrzymuje ode mnie żeby mógł się zapoznać z materiałem, który obecnie gramy w trio. Gdybyśmy pojechali do Polski na koncerty – tak jak to było planowane – to być może nagralibyśmy tam taką płytę, ale przez pandemię wszystko stanęło w miejscu.

Jak zatem twoim zdaniem wygląda przyszłość dla muzyków takich jak ty?
Niestety na razie nie jest zbyt ciekawie, nic nawet nie można planować. Jednak jeśli sytuacja wróciłaby do normalności, to jesteśmy absolutnie gotowi do zagrania planowanych wcześniej koncertów w Waszyngtonie i Baltimore, podobnie w Polsce. Adam Makowicz miał w planach wrócić do Stanów Zjednoczonych 13 grudnia, ale w tej chwili stracił jakąkolwiek nadzieję, że będzie taka możliwość, ponieważ wszystko znów zaczyna się zmieniać na gorsze.

Co w takim razie robią teraz muzycy?
Przede wszystkim szukają koncertów internetowych, bo tylko takie teraz są organizowane. Poza tym przygotowują sobie różne materiały. Młodzi muzycy w większości coś sobie komponują, ale niestety większość z tych kompozycji nie przejdzie do historii muzyki i one nigdy nie zaistnieją dla szerszej publiczności. Jednak takie są teraz trendy. Ja – trochę złośliwie – mówię, że komponują i grają swoje utwory, ponieważ nie potrafią interpretować standardów. Jeżeli chodzi o mnie to w ostatnim czasie staram się robić coś dodatkowego, żeby mieć z czego żyć. A poza tym codziennie ćwiczę na saksofonie, zresztą podobnie robiłem w czasie gdy nie było pandemii. To już jest mój nawyk od wczesnej młodości, taki odruch, którego mi brakuje, jeżeli trochę nie pogram. W przypadku instrumentu dętego zawsze można pracować nad dźwiękiem i jest to taka podróż bez końca. Prócz rodzaju instrumentu na dźwięk bardzo wpływa trzcinka, czyli inaczej mówiąc stroik, oraz rodzaj ustnika, a wybór jest ogromny. Dlatego można cały czas szukać nowych brzmień. Dla przykładu, ja inaczej gram z Adamem Makowiczem lub w trio, gdy wykorzystujemy stare standardy niż w przypadku muzyki współczesnej, i dużo później skomponowanej. Jednak by móc sobie pozwolić na to by dobrać odpowiedni dźwięk trzeba wcześniej włożyć dużo pracy w przygotowanie odpowiedniego warsztatu. To jest komfort, który wynika z doświadczenia związanego z latami pracy.

Zbliża się Święto Dziękczynienia charakteryzujące się rodzinnym klimatem. Kończąc naszą rozmowę, powiedz jak spędzaliście do tej pory i jak spędzicie w tym roku ten wyjątkowy dzień w Stanach Zjednoczonych?
Na pewno te święta będą wyglądały inaczej niż do tej pory, ale nie tylko ze względu na ogólną sytuację związaną z pandemią, tylko również na sprawy rodzinne. Nasza córka od sześciu lat mieszka w Anglii, tam wyszła za mąż i tam mamy już dwoje wnucząt. Dwa lata temu oni byli u nas, rok temu myśmy – ja z żoną Martą – pojechali do nich na święta Bożego Narodzenia, a w tym roku nie ma możliwości by zrobić coś podobnego. Z kolei nasz syn mieszka na Manhattanie, ale jako że pracuje w branży restauracyjnej, to nie wiadomo czy będzie miał w tym dniu wolne czy też nie. Tak więc najprawdopodobniej wraz z Martą Święto Dziękczynienia spędzimy u jej kuzynki, która mieszka jakieś siedem mil od nas.

Koncert w czerwcu ub.r. w klubie Blue Note na Manhattanie był dla saksofonisty Krzysztofa Medyny, pianisty Adama Makowicza i kontrabasisty Jeffa Dingera ostatnim wspólnym występem z udziałem publiczności / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI