Długa łapa psychotropa

229

Liczba „prozacowiczów” wśród Amerykanów prawie się podwoiła od początku tego tysiąclecia – antydepresanty zażywa już co szósty obywatel. W tej grupie są także dzieci. Przyczyną wzrostu jest fakt, że nowych pacjentów przybywa, ale starych nie ubywa. Trudno oprzeć się refleksji, że depresja stała się chorobą chroniczną i nieuleczalną, jak cukrzyca czy artretyzm.

Państwo wiedzą, że antydepresanty to dla mnie zawsze ciekawy temat. Przyciąga mnie jak światło ćmę, zwłaszcza te jego aspekty, które traktują o wszystkich niewiadomych, z jakimi mamy tutaj do czynienia.

O tym, że głowa potrafi chorować tak jak i reszta ciała, wiemy od dawna, a człowiek szukał sposobów na walkę z zaburzeniami psychiatrycznymi już od starożytności. Antyczni lekarze, nierzadko pod postaciami szamanów i spirytystów, sięgali głównie po autorskie mikstury ze środków organicznych, ale zdarzało się też, jak np. w przedkolumbijskiej Mezoameryce, że leczenie było dużo bardziej inwazyjne – chorym trepanowano czaszki. Biorąc pod uwagę religijne wierzenia tamtejszych cywilizacji, można podejrzewać, że po to, by otworzyć kanał, którym uwięzione w środku złe duchy mogły wydostać się na zewnątrz.

Pierwszy artykuł o antydepresantach napisałam niedługo po urodzeniu Starszej. Wpadły mi wtedy w ręce informacje, że depresja w Ameryce zbiera żniwo nawet wśród niemowlaków, w związku z czym tzw. spożycie tego rodzaju leków rośnie również w tej grupie wiekowej. Jako relatywnie świeży przeszczepieniec na grunt amerykański, wciąż dopiero odkrywający medyczne i ubezpieczalniowe niuanse tutejszego systemu opieki zdrowotnej, byłam, krótko mówiąc – zszokowana. Szok mobilizuje do działania, więc zagłębiłam się w temat i powstał reportaż może nie tyle antyprozacowy, co antytrendowy.

Oprotestowanym przez moje pióro trendem była praktyka coraz „swobodniejszego” szafowania przez amerykańskich psychiatrów receptami na psychotropy. Konsultowałam się przy pisaniu tego tekstu z lekarzem z Polski, który akurat przebywał w moim amerykańskim mieście. On też był zszokowany skalą zjawiska. Ameryka, która do tej pory rozweselała naszą (i, podejrzewam, światową) wyobraźnię swoją „modą na kozetkę u psychoanalityka”, na naszych oczach, prawie 20 lat temu, przeobrażała się w coś dużo mniej rozweselającego. W naród, który swoje stresy, lęki i nerwice starał się pokonać wyłącznie za pomocą pigułki.

Bardzo dużo się od tamtego czasu zmieniło. Polska odnotowała milowe kroki w marszu ku nowoczesności i postępowi. Podobno, na podobieństwo Amerykanów i z całkiem podobnych przyczyn, bo eskalacji stresów związanych z pracą oraz sytuacją ekonomiczną, Polakom też spadło samopoczucie, a współczesna polska medycyna, w zreformowanej szacie NFZ-owskiego skąpca, uczyniła z nich masowego konsumenta leków psychiatrycznych. Polscy lekarze „szafują” dziś psychotropami nie zgorzej niż ich amerykańscy koledzy i koleżanki, zresztą, podobnie jak ich koledzy i koleżanki po fachu na całym świecie.

Nie wiem, jak wygląda „spożywanie” psychotropów przez polskie dzieci i młodzież. Wiem, że leczenie depresji i nerwic u dzieci, które lądują w gabinetach psychiatrów, jest porównywalne do tego, jakie prowadzi się w USA. Jeżeli konsumpcja tego typu leków jest w tej grupie w Polsce mniejsza, to pewnie wynika to z faktu, że choć o problemach mentalnych i w Polsce usiłuje się mówić i je „odczarowywać”, to jednak społeczna percepcja tego typu schorzeń wciąż powstrzymuje rzesze i dorosłych, i rodziców dzieci w potrzebie przed zgłoszeniem się do lekarza.

Nie jestem przeciwniczką leków. Nigdy nie byłam i przekonałam się na własnej skórze, że gdy w tunelu gaśnie światło i znika widok na wyjście, dobrze dobrane leki mogą zdziałać cuda. Nigdy jednak nie byłam, i pewnie nigdy nie będę, zwolenniczką długotrwałego leczenia psychotropami.

Zwaszcza dzieci, a przyczyna tego stanowiska jest prosta: psychotropy to jednak grupa leków, których dokładne działanie do dzisiaj pozostaje tajemnicą nawet dla samych lekarzy. W skrajnych przypadkach, gdy za zaburzenia mentalne odpowiadają konkretne uszkodzenia czy niedorozwój mózgu, leki zapewne są jedyną szansą, by i dziecko, i dorosły mogli w ogóle jakoś funkcjonować.

U reszty jednak – i mamy na to dowody w postaci tysięcy badań na przestrzeni wielu dziesiątek lat – długofalowo lepiej sprawdza się psychoterapia, w tym wprowadzenie zmian w środowisku dziecka, by wyeliminować elementy, które są dla niego streso- i lękogenne. Przede wszystkim jednak – i to mnie zawsze martwiło najbardziej – leki, nawet na te pospolite i proste choroby, potrafią wywoływać w młodych organizmach inne reakcje niż u dorosłych. Jeżeli istnieje niebezpieczeństwo, że jakiś lek uzależnia, nie można wykluczyć, że organizm dziecka uzależni się od niego szybciej, a proces „odwyku” może być w takim przypadku o wiele trudniejszy, a nawet do końca niemożliwy.

Amerykańscy, a podejrzewam, że i polscy psychiatrzy, powołując się na wiedzę wyniesioną z uczelni, zarzekają się, że każdy lek psychotropowy można odstawić w góra sześć tygodni. Nie usłyszymy od nich również nic na temat potencjalnego uzależnienia od takich leków u dzieci, a co dopiero u dorosłych. Obowiązująca lekarska mądrość głosi, że jeżeli po odstawieniu leku pojawiają się problemy, zwłaszcza natury psychicznej, to jedynie dowód na to, że pacjent jest wciąż chory i leków odstawiać nie powinien.

Od wielu lat, przynajmniej raz do roku, któryś z największych amerykańskich dzienników wypuszcza na ten temat dłuższy reportaż i dowiadujemy się wtedy takich rewelacji, jak np., że liczba „prozacowiczów” wśród Amerykanów prawie się podwoiła od początku tego tysiąclecia i że antydepresanty zażywa już co szósty obywatel. Obywatel – bo włączamy w tę grupę wszystkich, także dzieci. Dowiadujemy się jednocześnie, że przyczyną wzrostu jest fakt, iż nowych pacjentów przybywa, ale starych nie ubywa. Trudno oprzeć się refleksji, że depresja stała się chorobą chroniczną i nieuleczalną, jak cukrzyca czy artretyzm. Co jednak jest tu ciekawe, może najciekawsze – żaden lekarz takiej tezy nigdy nam nie potwierdzi. Choć bowiem pracuje z pacjentami, który się biorą prozac od lat dziesięciu czy dwudziestu, to przecież wyniósł ze szkoły, że leczona depresja w większości przypadków – informacja z encyklopedii zdrowia i medycyny – ustępuje po 6-9 miesiącach. Standardowa recepta na podawanie leków psychiatrycznych to 9-12 miesięcy.

Trudno nie czuć ulgi połączonej z cichą satysfakcją, gdy po latach tej kuriozalnej postawy świata medycznego dostaje się do ręki raport o tym, że leków psychiatrycznych w 6 tygodni odstawić się nie da, a wręcz – że takie podejście do sprawy jest niebezpieczne dla zdrowia pacjenta. Po pierwsze są to jednak (sic!) substancje wysoce uzależniające, i nie mówimy tu jedynie o tzw. grupie benzo, a po drugie – zbyt szybka redukcja dawki jednak pociąga za sobą wachlarz skutków ubocznych, które (a jednak!) do złudzenia przypominają nawrót choroby. Raport opublikowała na początku tego roku dwójka uznanych brytyjskich psychiatrów, którzy sami zażywali leki psychiatryczne i na własnej skórze zaznali pełnego doświadczenia wycieczki kolejką górską po trakcie „syndromu odstawienia”. Metodą prób i błędów odkryli, po czym oznajmili światu, że „schodzenie” z tego typu leków musi być procesem rozciągniętym na miesiące, jeśli wręcz nie na lata, jeśli pacjent zażywał kilka różnych leków lub wysokie ich dawki.

Czy ta publikacja coś zmieni? Na pewno nie od razu, a można się spodziewać, że w Ameryce przynajmniej przez jakiś czas będziemy mieli do czynienia z aktywnym jej oprotestowywaniem przez środowiska medyczne. Otrzymawszy w gabinecie lekarskim informację, że proces odstawiania prozacu czy zoloftu może łączyć się z wieloma nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi oraz trwać długie miesiące, może przecież przekierować uwagę choć części pacjentów na inne metody leczenia, w tym bardzo kosztowną z punktu widzenia ubezpieczalni psychoterapię. Raport na pewno też będzie starała się zdyskredytować Wielka Pharma, która w końcu nie po to wypuszcza na rynek coraz to nowe psychotropy, by przestać na nich zarabiać.

Co nam pozostaje? Przeprowadzka do Kanady – to podobno zawsze jest opcja. A z innych chyba po prostu to, co zawsze: inwestycja w jak najzdrowszy styl życia, umiar we wszystkim i zdrowy rozsądek. Czyli to, co doradzali nam już starożytni.