Do Ameryki? Raczej na wycieczkę

Emigracja to spore wyzwanie, często... zbyt duże

0
2492
Tylko ok. 50 tys.Polaków aktywnych zawodowo rozważa emigrację do Stanów Zjednoczonych – wynika z raprotu agencji Work Service/EPA

Coraz mniej Polaków rozważa emigrację zarobkową. Do USA – tylko 3 procent osób aktywnie zawodowo, czyli mniej niż 50 tysięcy. To najniższy wynik w historii badań prowadzonych przez agencję Work Service. Powodem jest nie tylko brak pozwolenia na pracę, ale coraz lepsze zarobki nad Wisłą. Jeśli chodzi o postrzeganie Polonii, to też się zmienia. Już nie przeważają wyłącznie negatywne stereotypy dotyczące słabego wykształcenia, braku znajomości języka czy pracy za najniższe wynagrodzenie.

Kiedyś wyjeżdżano, by zarobić i odłożyć, a może, jak wystarczy czasu – pozwiedzać. Teraz – przede wszystkim na wycieczkę.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat cel podróży do Stanów Zjednoczonych bardzo się zmienił. Według najnowszego raportu agencji Work Service „Migracje zarobkowe Polaków” mniej niż 9 proc. aktywnych lub potencjalnych uczestników rynku pracy rozważa emigrację zarobkową, czyli ok. 1,6 mln osób. Najpopularniejsze są Niemcy – o tym kraju myśli 23 proc. rozważających wyjazd. O Stanach Zjednoczonych – tylko ok. 3 proc.

ZAKUPY ZA DOLARA
Pani Danuta spędziła na emigracji ponad 20 lat. Do Nowego Jorku poleciała, gdy skończyła 40. Miała za sobą nieudany związek w Polsce i nadzieję, że za oceanem poukłada sobie życie. Uwierzyła, że także i ona może spełnić swój amerykański sen. „Wyjeżdżałam w latach 90., kiedy w Polsce dopiero miało zacząć dziać się dobrze, a znajomi ze Stanów przechwalali się, jak to im jest świetnie w Ameryce. Mnie aż tak kolorowo nie było” – przyznaje pani Danuta.

Od początku ciężka praca, po 12 godzin dziennie: sprzątanie, później opieka na starszymi ludźmi. Z trudem zdobyte obywatelstwo i fatalne małżeństwo. Tak w wielkim skrócie wyglądało jej życie za granicą. Pięć lat temu reemigrowała do Rzeszowa. Nie ma własnego mieszkania, nie stać jej też na kupno nowego. Zamiast oszczędności ma długi. A najbliżsi nie rozumieją, jak można wrócić z USA bez grosza.

„Mam siostrę i brata. Oni nigdy nie wyjechali za granicę, ale do tej pory żyją mitem Ameryki mlekiem i miodem płynącej, w której wcale nie trzeba aż tak ciężko pracować, by się dorobić. Trochę też w tym mojej winy, bo ukrywałam przed bliskimi, jak wygląda rzeczywistość. Co więcej, zdarzało się, że brałam pożyczkę na przyjazd do Polski, by się ‚pokazać’ i obsypywałam wszystkich prezentami. Ani słówkiem nie wspominałam o tym, jak mi ciężko. Miałam nadzieję, że jakoś wyjdę na prostą” – przyznaje pani Danuta. Finał jej emigracji był taki, że z powodu kłopotów ze zdrowiem nie mogła już dłużej pracować. Wróciła z długiem sięgającym 20 tys. dolarów.

„Moim bliskim nie mieści się w głowie, jak można wrócić, po tylu latach spędzonych w USA, bez odłożonych pieniędzy. Gdy im tłumaczę, że życie, szczególnie w Nowym Jorku, stało się niemożliwe drogie, nie chcą wierzyć. Są przekonani, że tam zakupy robi się za dolara, bo ‚wszystko jest tam tanie’, a zarobki spore i że życie jest ogólnie łatwiejsze niż w Polsce. Zresztą to nie jest odosobnione przekonanie” – uważa rozmówczyni „Nowego Dziennika”.

BRAK WYKSZTAŁCENIA I ZNAJOMOŚCI JĘZYKA
Opinie o tym, jaka jest Polonia amerykańska i jak jej się żyje za oceanem, są w Polsce różne. U niektórych osób, wciąż, niestety, przeważają negatywne stereotypy. 32-letnia Michalina, absolwentka filologii romańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, a od kilku lat nauczycielka języka francuskiego w prywatnej szkole na Podkarpaciu, nie ma zbyt dobrego zdania o Polakach mieszkających w USA.

„Nie chcę uogólniać, ale pierwsze skojarzenie to brak wykształcenia i znajomości języka angielskiego oraz zgoda na pracę za najniższą pensję” – mówi Michalina. Jej najdłuższy pobyt za granicą trwał trzy miesiące. Mieszkała wtedy we Francji i w Luksemburgu. Stanów Zjednoczonych nie miała jeszcze okazji odwiedzić. Opinie o Polonii amerykańskiej poskładała sobie trochę z filmów, a w zasadzie jednego – „Szczęśliwego Nowego Jorku” – trochę też z książek czy internetu.

Kilku jej znajomych podróżowało po Stanach Zjednoczonych, zatrzymując się też na Greenpoincie. „Gdzieś czytałam, że dzielnica ta nie jest już tak polska jak kiedyś, tymczasem w telefonie mam zdjęcia od kolegi, który stoi przed restauracją Pyza czy przed polską apteką. On twierdzi, że wciąż w tej części miasta można kupić polską kiełbasę, paprykarz czy ptasie mleczko i zobaczyć klasycznego Polaka w USA” – twierdzi Michalina. Klasyczny, czyli jej zdaniem, nadużywający wulgaryzmów, pracujący na budowie, a w weekend przeważnie pijany.

„Myślę, że do USA emigrowali i wciąż emigrują przede wszystkim mieszkańcy mniejszych miejscowości, najwyżej ze średnim wykształceniem, którzy zabierają ze sobą swój styl życia. Taki, który do dziś można zaobserwować w miasteczkach polskiej prowincji. Baba do garów i dzieci, ewentualnie do jakiejś roboty. Facet do roboty, a później czas wolny z kumplami na wódkę” – uważa 32-latka. Sama o emigracji na stałe nie myśli. „Trzeba być bardzo odważnym albo bardzo głupim, żeby emigrować, gdy ma się w miarę ułożone życie w Polsce. Poza tym nie wyobrażam sobie, że zostawię bliskich i przyjaciół na dłużej niż na kilka miesięcy” – uważa rozmówczyni „Nowego Dziennika”. Przyznaje też, że nie zna ani jednej polonijnej organizacji czy stowarzyszenia, bo ją to w ogóle nie interesuje.
Podobne zdanie o Polonii ma 34-letni Michał, z zawodu radca prawny. On w USA nigdy nie był, bo jak twierdzi, w ogóle go tam „nie ciągnie”, ale ma znajomych, którzy spędzili w Ameryce kilka urlopów.

„Nie czarujmy się, do Stanów emigrowali przede wszystkim gorzej wykształceni Polacy z mniejszych miejscowości, a ci z lepszym często nie znali języka na tyle, by szukać pracy w zawodzie. Dlatego sporo naszych pracuje na budowie albo sprząta domy bogaczy” – uważa Michał. Pytany, czy w takiej pracy widzi coś złego, zaprzecza, ale dodaje też, że nie dziwi go postrzeganie rodaków za granicą jako tych „gorszych”.

10 MLN OSÓB I TYLE SAMO HISTORII
Inne zdanie na temat Polonii amerykańskiej ma 43-letnia Barbara z Rzeszowa. Z racji swojego zawodu – jest dziennikarką – brała udział m.in. w I Forum Polonii Amerykańskiej, które odbyło się w 2016 r., w Jasionce na Podkarpaciu. „Nie da się w kilku słowach opisać Polaków mieszkających w USA. To 10 mln osób i tyle samo historii. A wśród nich przedstawiciele przeróżnych zawodów. Od tych teoretycznie najprostszych, do najbardziej skomplikowanych.

Polaków można przecież spotkać na najlepszych uczelniach amerykańskich, w szpitalach, kancelariach prawniczych czy w znanych firmach, jak chociażby Google” – wylicza. Jakiś czas temu sama rozważała emigrację, ale bardzo chciała pracować w swoim zawodzie. To z kolei wydawało jej się niemożliwe. Poza tym jej mąż, informatyk, nie widział sensu przeprowadzki nie tylko za ocean, ale w ogóle do innego kraju. „Nasze wspólne miesięczne zarobki oscylują w granicach 10 tys. złotych. Mamy własne mieszkanie, dwa samochody, stać nas, by co roku spędzić urlop w jakimś egzotycznym kraju i jeszcze odłożyć pieniądze na przyszłość.

Pomysł na emigrację pojawił się trochę z kaprysu i ciekawości, jak to jest, niż z potrzeby” – przyznaje Barbara. Dlatego, najpewniej, nie zostanie zrealizowany. Polka nie sądzi też, że za granicą żyje się łatwiej. Może na nieco wyższym poziomie. „Myślę, że gdybyśmy z mężem pracowali w swoich zawodach w USA, stać by nas było na jeszcze więcej niż teraz w Polsce. Ale też pewnie spędzalibyśmy w pracy po 10-12 godzin. Więc nie wiem, czy jest to warte wyjazdu” – zastanawia się Barbara. Pytana, jak wyobraża sobie życie w Nowym Jorku, z uśmiechem odpowiada, że chciałaby zamieszkać na Manhattanie i przynajmniej dwa razy w miesiącu być na jakimś przedstawieniu czy koncercie. Przyznaje, że nie ma pojęcia, ile by ją kosztowało takie życie, ale jest przekonana, że pieniądze z dwóch pensji, jej i męża, spokojnie by wystarczyły.

MAPĘ W ŁAPĘ
„Polonia amerykańska to wyznawcy PiS-u i ojca Rydzyka. Mieszają się do naszej polityki, choć nie mają do tego prawa” – tak Polonię, ale tę starszą, która wyemigrowała do USA w latach 70. i 80., ocenia pani Ewelina, emerytowana nauczycielka języka angielskiego. Uważa, że te osoby zatrzymały się w czasie i wciąż żyją na później. Mimo senioralnego wieku nadal ciężko pracują i odkładają pieniądze na życie w Polsce. „Problem w tym, że w wielu przypadkach to ‚później’ nigdy nie nastąpi” – uważa pani Ewelina. Zaznacza też, że jest i ta druga Polonia, młodsza, która żyje już zupełnie inaczej. „To osoby, które znają język i na miejscu szukają pracy w swoim lub zbliżonym zawodzie. Nie pracują od rana do nocy, mają czas na spotkania z przyjaciółmi, a także by zadbać o siebie. Wyjeżdżają na wczasy do Meksyku czy na Hawaje. Żyją zwykłym, normalnym życiem, a nie na później. Jeszcze jedna rzecz różni ich od starszej Polonii – dają sobie określony czas na odniesienie sukcesu w zawodzie. Jak widzą, że im to nie wychodzi, to wracają do Europy i nie robią z tego powodu tragedii” – uważa pani Ewelina. Sama spędziła kilka lat na emigracji, było to jeszcze w latach 80.

„Dla nikogo nie było łatwo. Nie znaliśmy języka, już pierwszego dnia ktoś dawał nam mapę metra w łapę i masz dojechać na ‚plejs’. I tak od rana do wieczora. Nie wytrzymałam takiego tempa, szkoda mi było zdrowia, poza tym tęskniłam za dziećmi. Wielu znajomych zostało, bo chciało coś odłożyć na później, i z tego co wiem, wciąż odkładają” – dodaje.

DOLARY NIE LEŻĄ NA CHODNIKU
Całkiem niezłe zarobki w kraju są jednym z powodów zaniechania emigracyjnych planów. Szczególnie do Stanów Zjednoczonych. 38-letnia Monika, absolwentka prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest menedżerką w hotelu w Krakowie. Twierdzi, że jej miesięczne zarobki (razem z bonusami i premią) sięgają 6 tys. złotych. Tuż po studiach spędziła rok w Wielkiej Brytanii. Wtedy wyleczyła się z emigracji. „Bardzo tęskniłam, a przecież nie mieszkałam aż tak daleko. Co 2-3 miesiące latałam do Polski. Ale to i tak nie pomagało. Musiałam wrócić” – mówi Monika.

Stany Zjednoczone zna tylko z opowieści, podobnie jak Polonię. „Myślę, że jest taka, jak w każdym innym kraju. Są tacy, którzy świetnie sobie radzą, i wykształcenie nie ma z tym nic wspólnego, a są i tacy, którzy mimo dyplomów najlepszych polskich uczelni całkiem się pogubili. Gdy mieszkałam w Wielkiej Brytanii, spotykałam różnych Polaków. Część z nich pracowała tylko po to, by mieć pieniądze na imprezy, nowe ubrania czy sprzęt elektroniczny, a inni odkładali na później i inwestowali na przykład w nieruchomości. Nie wiem, czy za granicą żyje się łatwiej. Zależy chyba, jaki był powód wyjazdu. Czy była to dobrowolna emigracja czy raczej zesłanie, bo na przykład w Polsce ktoś nie potrafił się odnaleźć – uważa Monika. – Ale jak komuś w Polsce nie do końca się poukładało, to raczej marne szanse, by cud się stał za granicą, choć wyjątki na pewno są” – dodaje.

45-letni Piotr, pracownik budowlany, trochę Stany Zjednoczone zna, bo w Nowym Jorku mieszkają jego siostra i szwagier. Odwiedził ich trzy razy. Więcej już nie chce. „Strasznie ciężko się tam pracuje i na nic nie ma się czasu. Nie wiem, jaka jest Polonia, bo poznałem tylko kilkanaście osób z otoczenia siostry i szwagra, ale wszyscy zapierniczali od rana do nocy, nawet w sobotę” – twierdzi Piotr. Najdłużej był w Nowym Jorku pół roku. I też pracował sześć dni w tygodniu, w firmie budowlanej szwagra. Siostra w tym czasie opiekowała się starszą panią. „Mają kasę, większą niż ja z żoną, pielęgniarką, ale my aż tak nie zasuwamy. Lubię drażnić szwagra pytaniem, czy szykuje sobie większą trumnę na te dolary, bo się w końcu zajeździ. Mają dwa domy w Nowym Jorku, kolejny kończą w Polsce, do tego dwa samochody, i coś tam odłożone na koncie, ale zero czasu dla znajomych, a nawet własnych dzieci. Tłumaczą, że tak wygląda typowe życie na emigracji, szczególnie w tak drogim stanie jak Nowy Jork” – mówi Piotr.

Przyznaje, że ich podziwia. „Patrząc na moich bliskich w USA i na ich znajomych, zastanawiam się, skąd biorą się negatywne stereotypy Polaka emigranta, bo każdy z nich świetnie sobie radzi i nikt nie jest pijusem. Co więcej, już odkładają pieniądze na studia dla dzieci. I to nie byle jakie. Siostrzenica chce być dentystką, a siostrzeniec architektem. To też podobno częsty przypadek, że pierwsze pokolenie polskich emigrantów zasuwa jak małe motorki, a to drugie jest, dzięki zarobionym w ten sposób pieniądzom, superwykształcone. Warto o tym mówić” – uważa Piotr. Dodaje, że wśród wspólnych znajomych w Polsce, którzy nigdy za granicą nie byli, panuje raczej przekonanie, że emigrantom jest łatwiej, bo są bogatsi. „Ten argument zawsze zwala mnie z nóg – mówi mężczyzna. – Bogatsi to się zgadza, ale przecież pieniądze nie rosną na drzewach”.

Podobnego zdania jest 55-letnia Agnieszka, księgowa z Przemyśla. Ona o emigracji myślała dawno temu. Choroba jej mamy, którą teraz musi się opiekować 24 godziny na dobę, sprawiła, że została w Polsce. „Nie należę do osób, które sądzą, że dolary leżą na chodniku i wystarczy się po nie schylić. Jestem przekonana, że w Stanach, szczególnie emigranci, muszą pracować bardzo ciężko. Do tego dochodzą bariery językowe i różnice kulturowe, no i odległość od domu. To też nie pozostaje bez wpływu na codzienne funkcjonowanie” – twierdzi Agnieszka. Nie zna też nikogo, kto w ostatnim czasie wyjechałby do USA tylko po to, aby zarobić. „To już raczej nie ma sensu. U nas, w Polsce, a na pewno w Europie, zarabia się bardzo dobrze, szczególnie gdy ma się fach w ręku. Murarze, hydraulicy czy mechanicy są rozchwytywani i na pewno nie narzekają na brak zamówień. Także osoby z wyższym wykształceniem, jeśli chcą, to mogą znaleźć całkiem dobrze płatne zatrudnienie, jak nie u nas, to w Europie, i nie muszą kombinować, by dostać pozwolenie na pracę” – podkreśla Agnieszka.

Uważa też, że obecnie w USA przeważa Polonia już w podeszłym wieku albo tuż przedemerytalnym, bo, jej zdaniem, fala emigracji zarobkowej za ocean dawno się już skończyła. „Kiedyś wyjazdy za granicę kojarzyły mi się z superszansą na lepsze, może i łatwiejsze życie. Inna też była codzienność w Polsce – twierdzi nasza rozmówczyni. – Ale ponieważ wiele osób wraca i różnie o tej emigracji opowiadają, przeważnie, jak o sporym wyzwaniu, często zbyt dużym, to myślę, że życie za granicą tylko z pozoru jest łatwiejsze. Bardzo szybko okazuje się, że obca rzeczywistość stawia o wiele większe wyzwania niż ta nasza, polska”.