Entuzjazm i miłość do kraju

76. rocznica wybuchu powstania warszawskiego

394
Podczas powstania warszawskiego Danuta Szlajmer walczyła w batalionie "Kilińskiego" / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"To był wynik nastroju i atmosfery, jaka panowała w Warszawie. Niemcy nas łapali na ulicy i zabijali. Tego się nie da opisać. Ciężko było tak żyć ludziom, którzy byli przez nich okradani i maltretowani. Każdy chciał walczyć o swoje i być człowiekiem, a nie bydłem do roboty i kopania w tyłek" – w ten sposób o powstaniu warszawskim wypowiada się Danuta Szlajmer (z domu Krempa), sanitariuszka i łączniczka Szarych Szeregów, włączona do batalionu "Kilińskiego". W tym roku zostanie upamiętniona na plakacie wydanym w Nowym Jorku z okazji 76. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Dokona także podniesienia powstańczej flagi na Greenpoincie w sobotę, 1 sierpnia, o godz. 11 przed południem (Godzina "W" w Polsce) przed główną siedzibą Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej przy 100 McGuinness Blvd.

Pani Danuto, w chwili wybuchu drugiej wojny światowej miała pani 12 lat. Jak wyglądało życie przed jej rozpoczęciem?
Byłam wtedy młoda i widziałam świat na różowo, ale jednak życie było wówczas bardzo trudne. Było dużo biednych ludzi. Gdy pojawiło się ogłoszenie o pracy dla gosposi, to przychodziły tłumy, żeby tylko mieć dach nad głową i coś do jedzenia. W okolicach Poznania były lepsze warunki, a w Warszawie było dużo gorzej. To wszystko związane było z dawnymi zaborami. Na terenach Galicji i zaboru rosyjskiego panowała bieda, natomiast w rejonach poniemieckich było dużo lepiej, ciekawsze warunki i inna kultura życia. W poznańskim były ładne, murowane szkoły, miłe nauczycielki, zabawy na podwórku, miałyśmy nawet działki, na których sadziliśmy kwiatki. W Warszawie szkoły były porozrzucane po różnych prywatnych, czynszowych kamienicach. Piątą i szóstą klasę miałam w kamienicy na ul. Wspólnej i był większy rygor, musieliśmy nosić fartuszki z białymi kołnierzykami. To jednak było bardzo ładne i przyjemne. W Warszawie życie było ciekawsze, bo to jednak była stolica. Jako małe dziewczynki chodziliśmy z klasą na cmentarz, żeby czyścić groby legionistów. Była to bardzo mądra akcja, ponieważ wtedy wytwarzał się w nas duży patriotyzm i solidność. A obecnie, jak zaproponowaliśmy jednej ze szkół, którą się opiekowaliśmy jako powstańcy, żeby uczniowie zadbali o pomniki batalionu „Kilińskiego”, to okazało się, że uczniowie gimnazjum są za słabi do takiej pracy. Kiedyś jednak ludzie mieli inne spojrzenie na świat, liczyli się z drugim człowiekiem, ich duchowe życie było ciekawsze. Ale była też nędza w Warszawie.

Część dzieciństwa spędziła pani w Poznaniu, a część w Warszawie. Co było powodem przeprowadzki rodziny do stolicy Polski?
Tak się złożyło, że tata dostał dobrą pracę w firmie Tudor w Piastowie pod Warszawą. Na początku czuliśmy się w stolicy bardzo obco. Wszystko było inne, nawet styl życia. Sklepy były jednak dobrze zaopatrzone. Pamiętam pana Zembowicza, który był dentystą, ale miał także delikatesy, w których na zapleczu robił dla ludzi śniadania. Obok nas w kamienicy mieszkał ogrodnik Hoser, a z drugiej strony pan Dekert. Podczas okupacji wielu ludzi zginęło w więzieniu. Okazało się, że pan Dekert był Niemcem i sumiennie wykonywał swoją pracę. Nawet kiedyś zobaczył mnie w kościele ewangelickim z rodzicami, w którym była odprawiana msza św. za fikcyjnie zmarłego kolegę mojego ojca z biura, który nazywał się Heine. On wcale ani nie zginął, ani nie umarł, tylko dostał inne dokumenty, ponieważ nie chciał zostać folksdojczem. Była to oficjalna msza św. za jego duszę. Podczas okupacji pan Dekert znów mnie zobaczył, tym razem, gdy stałam w kolejce do magistratu stołecznego na placu Teatralnym. Od razu podszedł do mnie w niemieckim mundurze i powiedział, że to nie jest nasza kolejka. Wtedy zrobił ze mnie folksdojczkę, a ja czułam się bardzo głupio.

Jak pani zapamiętała moment wybuchu wojny?
Jako młodzież bardzo to przeżywaliśmy. Byliśmy bardzo przerażeni. Na szczęście w naszym domu mieliśmy duże zapasy żywności, ponieważ ojciec pamiętał głód i nędzę z Galicji z okresu wcześniejszej wojny. Był to jednak bardzo ciężki okres. Nasza kamienica była zawalona uciekinierami z Poznania i z terenu byłych niemieckich zaborów. Najpierw wyrzucano stamtąd bogatych Polaków, żeby im zabrać mieszkania i przekazać je Niemcom. Wśród takich osób była pani Małachowska, u której w Poznaniu wynajmowaliśmy mieszkanie w pięknej kamienicy przy ul. Siemiradzkiego. W Warszawie mieszkała przy ul. Poznańskiej w takim starym domu. Później z Poznania wyrzucano biednych ludzi, którzy nie mogli sobie znaleźć nowego lokum więc mieszkali bardzo nędznie w różnych miejscach. Przez jakiś czas przechowywaliśmy jedną z Żydówek i jej syna na wsi, w podwarszawskim Legionowie u biednej rodziny, również wyrzuconej z poznańskiego. Po pewnym czasie sama prosiła, żeby ją stamtąd zabrać. Okazało się, że zimą podczas dużego mrozu do okna zapukali Żydzi i ta rodzina wpuściła ich do domu i tam przenocowali. W związku z obawami, że zostaną zdemaskowani przenieśliśmy ich do Olesinka koło Góry Kalwarii do domu Eligiusza Niewiadomskiego – tego, który zamordował prezydenta Gabriela Narutowicza – i tam mieszkali do końca wojny. A jej brat Adam Gąsior mieszkał w Górze Kalwarii i pracował w cukierni. Tak więc życie było bardzo trudne i były różne sytuacje, ale jednak panowała ogromna życzliwość międzyludzka. Pamiętam, że gdy paliliśmy świeczki za osoby rozstrzelane na ulicach Warszawy, to niektórzy ludzie nas uprzedzali i mówili: „Uwaga, idzie wojsko”, a za to też można było trafić do więzienia.

Danuta Szlajmer prezentuje portret swojej mamy Wandy. Ma ścianie wisi portret jej ojca Ludwika Krempy / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK

Proszę jeszcze opowiedzieć o życiu podczas okupacji, oraz o tym jak Niemcy wówczas traktowali Polaków.
Niektórzy z nich bez przyczyny rozstrzeliwali Polaków na miejscu. Inni specjalnie potrącali samochodami przechodniów i nikt się tym nie przejmował, nie było żądnych spraw sądowych. Ale byli wśród nich także przyzwoici Niemcy. Pamiętam, jak paliłam świeczki na ul. Próżnej i jeden z nich podszedł do mnie i powiedział, żebym uciekała, ponieważ za chwilę mieli się tam pojawić Niemcy. Niestety, takich osób było niewiele. Ja zdzierałam także plakaty dotyczące rozstrzelanych Polaków. W domu, w pracowni krawieckiej mojej mamy, moczyłam je w misce, żeby się poodklejały od siebie poszczególne warstwy, a później je suszyłam. W pewnym momencie wszedł do pracowni Niemiec i od razu zapytał, co te plakaty tu robią. Na szczęście przymknął oczy i udał, że nic nie widział. Pamiętam również, że fabrykę Tudor w Piastowie, w której pracował ojciec, prowadziła rodzina Millerów, która była bardzo dobra dla innych. Ratowali Polaków, dawali im fałszywe dowody, że pracują w tej firmie, a jeżdżąc do getta zabierali mojego ojca, który zawoził tam żywność dla Żydów. Brat Millera był w Wehrmachcie i jak przyjechał do Warszawy, to jego żona (z domu Henneberg) przywitała się z nim w rękawiczce, żeby nie dotykać Niemca. Ich syn Ever zginął przypadkowo podczas polskiej akcji mającej na celu zlikwidowanie pewnych ważnych Niemców, którzy mieli się pojawić w kawiarni przy ul. Mazowieckiej. Tam też po kawę poszedł Ever i też został zastrzelony. Pochowali go na cmentarzu ewangelickim, ale po wojnie jego ciało zostało przeniesione na nasze polskie, katolickie Powązki. Jego grób znajduje się pod ścianą na końcu powstańczej części cmentarza. Tam też pochowali później jego matkę. Millerowie mieli dwie kamienice pod numerami 35 i 37 przy ul. Złotej, i teraz tam znajduje się Pałac Kultury i Nauki, a dokładniej mówiąc Sala Kongresowa. To była niemiecka rodzina, która naprawdę zrobiła dużo dobrego. To dowód, że Niemcy nie zawsze byli świniami. Również, jak po powstaniu trafiłam do obozu, to jeden Niemiec wkładał mi kanapki ze skwarkami do szuflady. A ja nie chciałam ich jeść, bo się brzydziłam, że są od Niemca. Pracowałyśmy w bardzo szkodliwej dla zdrowia fabryce gumy w Piesteritz. To była bardzo ciężka praca, a to dlatego, że wg umowy genewskiej, jeniec wojenny jest dopiero od 18 lat. Jako że byłyśmy młodsze, to dali nas do najgorszej pracy. Pisałam wówczas pamiętnik, ale już po wojnie podczas rewizji UB mi go zabrało. Szkoda, bo teraz już zapominam pewne fakty i nazwiska. Uważam, że jednak trzeba pisać o tych dobrych i złych rzeczach, żeby ludzie się zmienili, oraz by to, co zostało zrobione źle, nie zostało z nami, ale było przekazane dalej.

Czym się pani zajmowała podczas okupacji?
To był czas, kiedy na ulicach Warszawy często były łapanki. Ja w tym czasie byłam już łączniczką Szarych Szeregów i wykonywałam różne zadania. Pamiętam, że kiedyś miałam zanieść jakiś meldunek do domu przy ul. Mokotowskiej, koło kościoła. Dzwonię, otwierają mi drzwi, wchodzę i na ścianie widzę portret Hitlera, a ja mam jakiś ważny meldunek. Najważniejsze wówczas było opanowanie i umiejętność kłamania. Potrafiłam to. Coś powiedziałam i wyszłam. Okazało się, że to był sprawdzian. To były takie ćwiczenia, którym byliśmy poddawani, żeby zweryfikować, czy jesteśmy w stanie robić poważne rzeczy.
Jeździłam także do Wyszkowa z meldunkami i pieniędzmi dla partyzantki. Okłamywałam rodziców, że idę do kościoła. Niemcy często zatrzymywali pociągi i robili rewizje, a przy okazji rabowali to, co ludzie przewozili. Przechodziłam często koło gestapowców, którzy mieli w Wyszkowie swoją siedzibę. Później zmieniłam trasę, wysiadałam wcześniej, w Rybieńku, i dalej szłam piechotą. To było bardzo interesujące życie, a młodzież była szalona i wszystko robiła z entuzjazmem i miłością do kraju.

Wspominała pani o działalności w Szarych Szeregach, ale chyba większość z was była wówczas w wieku szkolnym. Jak wyglądała wasza edukacja podczas okupacji? Chodziła pani na tajne komplety?
Chodziłam do szkoły, która była nieoficjalnym gimnazjum, w sąsiednim domu pani Jamrockiej. Wtedy pan Tadeusz Kiełczewski, rudy, zezowaty, elegancki i niezmiernie inteligentny, wciągnął mnie do Szarych Szeregów, dał mi kontakty i skierował do szkoły im. Leonii Rudzkiej przy ul. Zielnej 13. Oficjalnie była to szkoła hotelarska, a właściwie tam odbywały się komplety gimnazjalne, tam też działało harcerstwo. Po roku tę szkołę zamknęli. Wtedy oficjalne chodziłam do szkoły modniarskiej, gdzie uczyli nas robić kapelusze, a lekcje ogólnokształcące były w prywatnych mieszkaniach. Łaciny uczyłam się w starej kamienicy u córki dr Barańskiej.

Danuta Szlajmer podczas powstania miała 17 lat / Foto: ARCHIWUM DANUTY SZLAJMER

A jak było z wybuchem powstania warszawskiego. Jak wyglądały przygotowania do niego?
Miałyśmy szkolenia sanitarne oraz z obsługi broni. Do znajomej, która udostępniła pokój przy Alejach Jerozolimskich, przychodził pewien medyk, który uczył nas, jak ratować rannych, jak łapać chorego chwytem strażackim, co świetnie mi wychodziło. Tam też mieliśmy tajne komplety gimnazjalne oraz kursy łączniczek, bo podczas powstania robiło się wszystko, w zależności od tego, co było potrzebne.

W jakim momencie zastał panią wybuch powstania?
Miałam szyfrowany telefon Szarych Szeregów. Miałam się stawić o godz. 5 po południu na ul. Świętokrzyskiej 28. Wyszłam z domu, ale wcześniej namówiłam mamę, żeby pojechała do szpitala Sióstr Elżbietanek na ul. Goszczyńskiego, gdzie była przechowywana Żydówka Maria Gąsior. Chciałam spokojnie spakować się, by udać się na wyznaczone miejsce z plecakiem i torbą sanitarną. Wychodząc z domu, w bramie spotkałam panią Majewską, która chciała mnie zatrzymać, ponieważ twierdziła, że jest niebezpiecznie. Pocałowałam ją i uciekłam. Poszłam na ul. Złotą i róg ul. Zielnej oraz Wielkiej. Tam mieszkała koleżanka Wisia Kanicka, wyrzucona z rodziną z Bydgoszczy. Niestety, jej nie było. Gdy wychodziłam z tej kamienicy, zaczęło się powstanie. Niestety nie dotarłam już na ul. Świętokrzyską do Szarych Szeregów, ponieważ po chwili na podwórko przynieśli pierwszego rannego. Chciałam go ratować, ale on umierał i ksiądz, który też tam się pojawił krzyczał mu do ucha, żeby żałował za grzechy. Po chwili umarł. Wszyscy szybko się zorientowali, kim jestem, patrząc na mój ubiór i sposób udzielania pomocy. Po chwili drugi powstaniec, który przebiegał przez ul. Wielką, został postrzelony. Okazało się, że przy ul. Chmielnej, półtorej przecznicy od tego miejsca, znajdował się dom publiczny, w którym było dużo Niemców. Widząc, co się dzieje, zaczęli strzelać. Zajęłam się tym drugim rannym. Został wniesiony do mieszkania Romaniszynów, należącego do matki kolegi. Ratowałam go, przybył także lekarz, który był w dawnej szkole im. Leonii Rudzkiej, gdzie zorganizowano malutki szpitalik. Lekarz zbadał rannego i powiedział, że trzeba go zanieść do tego szpitala. Na razie mężczyzna został opatrzony, dostał zastrzyk przeciwtężcowy i całą noc trzymałam go w ramionach, ale nie z miłości, mimo że był bardzo przystojny. On miał wówczas 27 lat, a ja 16. Trzymałam go tak dlatego, że to był narożny pokój i o parapety uderzały kule, a ja nie chciałam, żeby się denerwował i co chwila podrywał, bo przez to mógł wzbudzić zbyt duże krążenie krwi. Opanowanie podczas powstania było większym bohaterstwem niż chodzenie na barykady. Na drugi dzień został przeniesiony na ul. Złotą 58. Aby powstańcy znów nie zostali ostrzelani z okolic tego domu publicznego, to zrobili przekopy w piwnicach. Jak ranny był na noszach, to zdjęłam kokardę z włosów i przywiązałam go, żeby nie spadł. I tak został przeniesiony do tego szpitala. Został uratowany i przeżył wojnę. Nazywał się Karol Prus-Traczewski. Nie udało mi się go już nigdy później odnaleźć, ale wiem, że nawet mieszkał w Ameryce. Później powstańcy zaczęli budować barykadę, żeby Niemcy znajdujący się w domu publicznym nie mogli już do nich strzelać. Ludzie z tego narożnego domu rzucali im meble, a ja zaczęłam wyrywać płyty z chodnika, żeby je położyć na barykadzie. Gdy skończyliśmy ją budować, kolega Szablewski wciągnął mnie do domu przy ul. Złotej 31 i tam całą noc czekaliśmy na czołgi, które jednak się nie pojawiły. Następnego dnia poszliśmy walczyć o PAST-ę. Jednak takiego gmachu nie można było zdobyć butelkami z benzyną. Potem przez różne domy dostaliśmy się na ul. Marszałkowską i róg ul. Świętokrzyskiej, gdzie znajdował się piękny przedwojenny wieżowiec, w którym była siedziba MZK oraz szpital. Tam byłam kolejne dwa tygodnie. Później mieliśmy apel na placu Napoleona (obecnie plac Powstańców), po czym podziemiami udaliśmy się na ul. Próżną 16, gdzie była kwatera batalionu „Kilińskiego”. W ten sposób zostałam w tym baonie i już nigdy nie wróciłam do harcerzy. Może to i lepiej, ponieważ dzięki temu byłam aktywniejsza, a tak to pewnie roznosiłabym listy.

Czyli podczas powstania nie działała pani w Szarych Szeregach, tylko w batalionie „Kilińskiego”.
Gdy budowaliśmy barykadę na ul. Wielkiej, to ci powstańcy, którzy się tam pojawili, byli z batalionu „Kilińskiego” i całą tę trasę, o której mówiłam, przebyłam z tym baonem. I zostałam z nimi. Byliśmy też w kościele Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, w którym było przechowanych bardzo dużo Żydów. Pamiętam też taką sytuację z rogu ul. Próżnej i ul. Zielnej, gdzie leżała zabita przekupka z jajkami, i mimo wielkiego głodu nikt ich nie zabrał, ponieważ Niemcy cały czas strzelali z budynku PAST-y. Zajmowaliśmy się różnymi rzeczami, przy ul. Próżnej 14 mieliśmy szpitalik i jadłodajnię. Roznosiliśmy jedzenie chorym oraz osobom starym i biednym. Robiliśmy też wypady z butelkami z benzyną pod budynek PAST-y. Z nami walczył m.in. „Leliwa” (rotmistrz Henryk Roycewicz) oraz brat mojej koleżanki Zbigniew Dębski, który zginął 10 lat temu wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim w katastrofie smoleńskiej. On zrobił bardzo dużo dobrego. Ciągle jestem w kontakcie z jego siostrą, która jest moją koleżanką ze studiów.

Czy podczas powstania używała pani jakiegoś pseudonimu?
Już podczas okupacji używałam pseudonimu „Siódemka”, ponieważ tak na mnie mówiono w domu. Ta „Siódemka” przyczepiła się do mnie, ale okazała się szczęśliwa, ponieważ nie zginęłam, wyszłam z obozu, i nie umarłam, mimo że później miałam gruźlicę, raka i wypadek samochodowy. Zdarzył się on w Polsce. Samochód prowadził adorator mojej mamy Leon Szyfman, a prócz nas jechała z nami pani redaktor, która nagrywała materiał o tym, jak ratowaliśmy Żydów. Wszyscy zginęli, a ja zostałam tylko ranna. Co ciekawe, uderzyła w nas niemiecka cysterna.

W tym roku Danuta Szlajmer zostanie upamiętniona na plakacie wydanym w Nowym Jorku z okazji 76. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego / Foto: ARCHIWUM GRAM-X PROMOTIONS

A jak wyglądała końcówka powstania warszawskiego? Jak zareagowaliście na wiadomość o tym, że musicie się poddać i złożyć broń?
Było bardzo ciężko. Rozbieraliśmy barykadę i przy okazji zakopywaliśmy najlepszą broń, oczywiście odpowiednio zaoliwioną. Musieliśmy jednak oddać trochę broni, która szła do wyrzucenia. Jak nasi chłopcy składali ją na placu Karcelego, to wszyscy płakaliśmy. Mimo że ta broń nie była już do użytku, i nie było jej zbyt dużo, to sam fakt, że trzeba ją oddać, był bardzo bolesny. Niemcy rabowali także wszystko, co się dało. Jak już było zawieszenie broni, to poszłam do naszego mieszkania przy Alejach Jerozolimskich. Miałam na sobie mundur i powstańczą opaskę. Szłam z głową podniesioną do góry, mimo że powinnam patrzeć pod nogi, bo ma ziemi było dużo gruzu i dziur. Zauważyłam, że Niemcy stojący pod hotelem Polonia obserwują mnie przez lornetkę. Podeszłam do nich i poprosiłam o pozwolenie wejścia do domu przy Alejach Jerozolimskich 45 (obecnie 51). Dostałam zgodę, ale nie miałam klucza, więc wybiłam piękną kryształową szybkę w drzwiach i weszłam do środka. Byłam przerażona i obawiałam się, czy nie zobaczę tam trupów. Na szczęście nikogo tam nie było poza pięknymi, stylowymi meblami. Weszłam do naszego mieszkania, które było otwarte, i po chwili usłyszałam odgłosy z podwórka. Wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam Niemca, który zaczął na mnie krzyczeć. Powiedziałam mu – bo niemiecki znałam ze szkoły – że mam pozwolenie od żołnierzy stojących przy hotelu Polonia. „Raus!” – usłyszałam od niego i wyszłam na ulicę. Wtedy dano mi młodego żołnierza, który mnie pilnował. Znów weszłam do mieszkania. Zaczęłam tłuc naszą porcelanę, ponieważ nie chciałam, żeby ją zabrali Niemcy, a widziałam jak to robią na ul. Poznańskiej, gdzie wszystko z domów zabierali i ładowali na wozy. Po latach na pchlim targu na Kole w Warszawie, gdy przeglądałam karton ze starociami, znalazłam filiżankę z naszego domu. Była bardzo charakterystyczna, bo miała takie specyficzne uszczerbienie. Oczywiście od razu ją kupiłam. Ten młody Niemiec, którego mi przydzielono, okazał się bardzo przyzwoity, odprowadził mnie do hotelu Polonia, a nawet pomógł mi dźwigać rzeczy, które zabrałam z mieszkania. Podziękowałam mu i dałam napiwek, ale do tej pory jestem na siebie zła. Nie dlatego, że dałam mu pieniądze, tylko dlatego, że były one z powstańczymi stemplami. A przecież mogłam mu dać normalne banknoty, bez stempli. Wówczas zabrałam ze sobą dużo jedzenia oraz trochę ubrań. Gdy już wszyscy zmęczeni i głodni maszerowaliśmy do Ożarowa, to ludzie nas pięknie żegnali. Było tak wzruszające, że wszyscy płakaliśmy. Przed wyjściem w drogę wszystkie kobiety pokręciły sobie włosy na papilotach i pomalowały się, i to nie dlatego, żeby się podobać, tylko żeby nikt nie widział, że jesteśmy zmęczone i wybiedzone. Szliśmy dumnie i śpiewaliśmy pieśni, a ludzie po drodze dawali nam kosze z jedzeniem. W Ożarowie spędziliśmy pewien czas i spaliśmy w jakiejś fabryce. Wtedy też dowiedziałam się, że właśnie tam szukał mnie mój ojciec. Dzięki temu wiedziałam, że on żyje. W obozie panowała bardzo życzliwa atmosfera, a prócz nas byli tam także cywile i wszyscy sobie pomagali.

Co było dalej? Gdzie pani trafiła z Ożarowa?
Najpierw wywieźli nas do starego obozu w Lamsdorfie, który jeszcze stworzył Bismarck. Byli tam różni jeńcy wojenni, niektórzy bardzo nędzni, zwłaszcza rosyjscy. Każdy z nas przyniósł ze sobą coś do jedzenia, które później rzucaliśmy im przez wysokie płoty. W dodatku pomiędzy nami były szerokie przejścia, po których maszerowali niemieccy żołnierze. Wykorzystywaliśmy moment, gdy taki werhmachtowiec się odwrócił, a do jedzenia lub listu wkładaliśmy także kamień, żeby to nie utknęło między drutami. Myśmy też nie mieli zbyt dobrze, ale pomagaliśmy sobie tak, jak to tylko było możliwe.

Pamięta pani moment wyzwolenia tego obozu?
Byłam w fabryce gumy, gdy pojawili się Amerykanie. Jak oni o nas zadbali i jacy byli troskliwi. Wyrzucili Niemców z koszar i nas tam umieścili. Potem zabrali kilka willi w Weinheim, niedaleko Heidelbergu, i nas w nich ulokowali. Tam też w siedzibie sądu stworzyli nam szkołę, w której mogliśmy przygotować się do matury. Uczyły nas polskie nauczycielki. Mieliśmy bardzo dobre warunki. I jak tu nie kochać tej Ameryki, której żołnierze nas ocalili z głodu, nędzy i brudu. Bardzo dużo dobrego dla nas zrobili. Gdy już zdaliśmy maturę, to obóz został zlikwidowany.

Co było później? Wróciła pani od razu do Polski?
Wróciłam, chociaż mogłam zostać za granicą. Jednak jako jedynaczka czułam, że moim obowiązkiem było zaopiekowanie się rodzicami. Taki był kiedyś zwyczaj. Wróciłam do Warszawy, rodzice mieli już mieszkanie, dom ocalał, i okazało się, że to oni na mnie pracowali, ponieważ ja chorowałam na gruźlicę. Zapisałam się na studia i zdałam egzaminy na medycynę. Gdy zrobiłam prześwietlenie, okazało się, że mam straszną gruźlicę. Dlatego też zrezygnowałam z tej uczelni, ponieważ nie chciałam zajmować miejsca zdrowemu studentowi. Poszłam do Wyższej Szkoły Dziennikarstwa, ale byłam w sanatorium akademickim. Tam o nas bardzo dbano i wyleczono nas z różnych chorób.

Proszę powiedzieć coś o swoich rodzicach, bo wiem, że oni dużo pomagali innym.
Zrobili ogrom dobroci. Pomagali Żydom, załatwiali im papiery, żeby nie szli do obozu. Mieli także wielu przyjaciół z Poznania, którzy podczas okupacji nie mieli gdzie mieszkać, więc im pomagali. Było to bardzo niebezpieczne. Kiedyś nawet przyszło do nas gestapo i zrobiło rewizję, ponieważ szukali Żydów. Jeden z nich zrzucił na ziemię pocztówkę z polskim orzełkiem. Podniosłam ją. Wtedy tak mnie uderzył w twarz, że prawie się przylepiłam do ściany. Miałam wtedy 14 lat. Rodzice ukrywali kilku Żydów, ale w innych miejscach. Tak jak wspominałam wcześniej, umieścili ich m.in. w Olesinku koło Góry Kalwarii w domu Eligiusza Niewiadomskiego.

Czy pani rodzice otrzymali za to medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata?
Tak, ale dopiero po tym jak mój drugi mąż, Żyd, napisał do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Przez trzy lata nie dostał żadnej odpowiedzi od uratowanych Żydów mieszkających w Berlinie, a jak do nich zadzwonił, to usłyszał: „A to cię gówno obchodzi. Izrael jest biedny”. Czy nam o te parę dolarów renty chodziło? Nam za pomoc im okazywaną groziła kara śmierci, a mimo to ich ratowaliśmy. Ja też pomagałam koleżance na tajnych kompletach gimnazjalnych, dawałam jej bluzki, sweterki itd., chociaż też żyliśmy biednie. Tak więc taka odpowiedź bardzo bolała. Taka jest historia, takie są fakty. Takich dobrych ludzi jak moi rodzice było bardzo dużo. Ten medal im się należał, bo mieli bardzo ciężkie życie, ale pomagali innym.

Rodzice Danuty Szlajmer -Wanda i Ludwik Krempowie (Krępowie) otrzymali medal Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Kiedy go w końcu przyznano?
To było chyba już w czasie, gdy prezydentem był Lech Wałęsa. Ojciec już nie żył, ale mama jeszcze tak. Ceremonia odbyła się w Łodzi w pałacu dawnego żydowskiego milionera, gdzie zorganizowano bardzo ładne przyjęcie dla wyróżnionych osób.

A jak wyglądało wasze życie po wojnie?
Mama cały czas miała pracownię krawiecką, a w 1946 r. ojciec zakupił fotoplastikon. Wtedy też wróciłam do domu. Fotoplastikon cieszył się dużą popularnością, ponieważ wtedy nie było teatrów, nie było kin i żadnej rozrywki, gdyż Warszawa była zniszczona. Dlatego też ludzie przychodzili posłuchać muzyki i zobaczyć trochę świata. Dzięki fotoplastikonowi nawet się uczyli i dowiadywali wielu rzeczy, poznawali nowe kraje. Jedna z pań rozpoznała nawet siebie i swojego męża na jednej z fotografii. Cale archiwum z przeźroczami przekazałam do Muzeum Powstania Warszawskiego. Kiedyś oglądałam w internecie różne antyki i zauważyłam, że takie zdjęcia są obecnie po tysiąc dolarów. Ale ja się cieszę, że przekazałam je do muzeum, ponieważ ostatnią prośbą mojego ojca było to, żeby nie likwidować fotoplastikonu.

Proszę wyjaśnić czym był ten fotoplastikon, ponieważ dla młodych ludzi słowo to może brzmieć bardzo enigmatycznie, a nawet egzotycznie.
To były zdjęcia stereoskopowe, które poprzez podwójne okulary widziało się normalnie, trójwymiarowo, jak żywe. U góry były do nich opisy. Mieliśmy bardzo dużo takich przeźroczy. Jednak dokuczała nam cenzura. Wszystkie zdjęcia wcześniej musieli sprawdzić cenzorzy na ul. Mysiej, bo obawiali się, że możemy robić propagandę. Mimo że miałam gruźlicę, to musiałam te ciężkie skrzynie ze zdjęciami do nich nosić. Jednak radość ludzi, którzy to później oglądali, dawała nam dużo zadowolenia. Fotoplastikon był miejscem różnych spotkań, a niektórzy nawet przychodzili tam na randki. Po wojnie był on bardzo potrzebny.

Obecnie wasz fotoplastikon należy do Muzeum Powstania Warszawskiego i nadal jest czynny.
Tak, jest czynny i są tam nawet prezentowane nowe zdjęcia.

Jakiś czas temu pani przekazała tam bardzo dużo zdjęć, które były przechowywane w waszej piwnicy.
To były zdjęcia, które rodzice od kogoś odkupili. Część z nich została sprzedana wraz z fotoplastikonem panu Chudemu w 1973 r., który chciał tam otworzyć pracownię krawiecką. Dzięki Bogu nie dostał na to zgody od Rady Narodowej i burmistrza, który także mnie – powstańcowi warszawskiemu – nie chciał dać mieszkania.

W tym roku zostanie pani upamiętniona specjalnym plakatem powstańczym, który będzie wydany z okazji 76. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. To będzie piękne wyróżnienie. Jak pani zareagowała dowiadując się o tym?
To jest duże przeżycie i dla mnie, i dla moich prawnuków, którzy tutaj mieszkają. Bardzo dobrze się uczą i to jest najważniejsze. Boli mnie jednak, że ani oni, ani wnuczka, która skończyła prawo, nie mówią po polsku.

Na zakończenie proszę powiedzieć, jak pani patrzy ma powstanie warszawskie z perspektywy tych 76 lat od jego wybuchu?
To był wynik nastroju i atmosfery, jaka panowała w Warszawie. Niemcy nas łapali na ulicy i zabijali. Tego się nie da opisać. Ciężko było tak żyć ludziom, którzy byli przez nich okradani i maltretowani. Każdy chciał walczyć o swoje i być człowiekiem, a nie bydłem do roboty i kopania w tyłek. Niemcy robili straszne rzeczy.

Czyli powstanie było waszą naturalną reakcją na sytuację, jaka wówczas panowała w Warszawie.
Powstanie było potrzebne. Być może Rosjanom nie było na rękę, ale myśmy spodziewali się, że oni przyjdą i nas oswobodzą. Paru z nich pojawiło się na Czerniakowie, przepłynęli przez Wisłę, ale jednak nie było ich większej reakcji. Czekali aż zostaniemy zniszczeni. To było perfidne z ich strony. Żyję już 93 lata, patrzę i widzę, mój mózg jeszcze analizuje pewne fakty. Jest wiele osób, które zrobiły tyle zła innym. A myśmy załatwili ludziom tyle dobrych rzeczy, okazali wiele pomocy. Dlaczego mój tata umarł mając 58 lat? Jak był chory, to mama napisała i wysłała list do Berlina – do pani Gąsior, którą uratowaliśmy – z prośbą o przesłanie penicyliny, która mogła mu pomóc, a nie można jej było kupić w tym czasie w Polsce. Nawet nie odpisała. Za to, co dla niej zrobiliśmy, nie wysłała mu lekarstwa! A żyli w dostatku, mieli rezydencję w centrum Berlina wartą miliony dolarów. Niestety ta pani nie miała poczucia niesienia pomocy. To bardzo boli. Nie ma sprawiedliwego Boga na tym świecie. Są jeszcze przyzwoici ludzie, ale jest ich już bardzo mało. Może nie powinnam tego mówić, ale ja już mam 93 lata i powoli odchodzę. Niech ludzie wiedzą, że za złe rzeczy trzeba płacić, bo wygląda na to, że ci, co robią źle, dostają nagrody i mają lepsze finansowo życie.

Fotoplastikon warszawski, który kiedyś należał do rodziny Krempów, obecnie jest częścią Muzeum Powstania Warszawskiego / Foto: WWW.WIKIPEDIA.ORG

********

Powyższy wywiad jest zapisem dźwiękowego materiału przygotowanego w ramach projektu „Świadkowie historii”, realizowanego przez Wojciecha Maślankę przy wsparciu Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku, Pulaski Association of Business and Professional Men oraz Dariusza Knapika i firmy Victoria Consulting & Development. Rozmowy można wysłuchać na kanale YouTube „Świadkowie historii”.