“Gdyby jej było źle, to by odeszła”

197
EPA-EFE/ERIK S. LESSER

Nawet co trzecia kobieta doświadczyła lub doświadczy jakiejś formy przemocy ze strony swojego partnera, podaje National Coalition Against Domestic Violence. Będzie policzkowana, popychana, bita czy zastraszana. W Nowym Jorku, co roku, policjanci odpowiadają na ok. 300 tysięcy zgłoszeń dotyczących przemocy domowej, a nie wszystkie tego typu przypadki są zgłaszane. Między innymi dlatego, że ofiary boją się, są uzależnione finansowo od sprawcy, mają poczucie wstydu lub czują się bezsilne. W szczególnie trudnej sytuacji są imigrantki.

Jak wskazuje Katarzyna Fiorita, psychoterapeutka pracująca w klinice Outreach na Greenpoincie, rozpoznanie przemocy domowej w jej początkowej fazie jest niezwykle trudne. “Dlatego w tak wielu przypadkach dochodzi do jej eskalacji, kiedy to zachowanie sprawcy faktycznie zaczyna wypełniać znamiona przestępstwa znęcania się. Na początku ofiara nie dowierza, że takie zachowania wobec niej mają miejsce, stawia opór, szuka rozwiązań, próbuje zrozumieć sprawcę, często go tłumaczy, że pewnie puściły mu nerwy, że jest przemęczony, że sam dorastał w trudnych warunkach” – mówi psychoterapeutka.

GDYBY SMACZNIEJ GOTOWAŁA, BYŁA ŁADNIEJSZA…

Nie każdą kłótnię czy nieporozumienie w związku można nazwać przemocą domową. Jak wskazują psychoterapeuci, możemy mówić o niej wtedy, gdy zostaną spełnione cztery warunki: intencjonalne działanie lub zaniechanie działania; jedna osoba ma wyraźną przewagę nad drugą; działanie lub zaniechanie jednej osoby narusza prawa i dobra osobiste drugiej; osoba, wobec której stosowana jest przemoc, doznaje cierpienia oraz szkód fizycznych i psychicznych.

Specjaliści zwracają uwagę, że po pewnym czasie ofiara poddawana mechanizmowi “prania mózgu” traci poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Żadna z jej prób zahamowania przemocy nie jest wystarczająco skuteczna. Sama zaczyna obarczać się winą za zachowanie oprawcy.

Specjaliści zwracają uwagę, że po pewnym czasie ofiara poddawana mechanizmowi “prania mózgu” traci poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Żadna z jej prób zahamowania przemocy nie jest wystarczająco skuteczna. Sama zaczyna obarczać się winą za zachowanie oprawcy. “Bo może, jakby była ładniejsza, zaradniejsza, smaczniej gotowała, lepiej wychowywała dzieci albo go po prostu nie wkurzyła, to mąż czy partner nie musiałby się wobec niej w ten sposób zachowywać. Przemoc domowa to nie tylko agresja fizyczna, ona pojawia się często na samym końcu, zazwyczaj najpierw dochodzi do przemocy emocjonalnej, finansowej, izolacji od rodziny, bliskich, manipulowania dziećmi, zastraszania ze względu na status imigracyjny, są awantury, wyzwiska, popchnięcia, szarpnięcia, ubliżanie. Dlatego jest niemożliwe, by samodzielnie uwolnić się od domowego kata. Konieczna jest profesjonalna pomoc, wsparcie rodziny, bliskich”– podkreśla Katarzyna Fiorita.

“BIŁ CORAZ MOCNIEJ”

Pani Izabela wyemigrowała do USA kilkanaście lat temu – na maksymalnie 12 miesięcy, by dorobić do domowego budżetu. W Polsce zostali jej mąż i nastoletni wtedy syn. Mariusza poznała na polonijnej imprezie. Na początku łączyło ich koleżeństwo, ale przestali panować nad tą relacją. “Nawet nie wiem, kiedy stał mi się bliższy niż mąż. W końcu powiedziałam mężowi o romansie i zdecydowałam, że zostaję w USA. Początek związku był wymarzony. Problemy zaczęły się po kilku miesiącach” – opowiada pani Izabela. Zaczęło się “niewinnie” – od kuksańca, rzuconych w kłótni wyzwisk. Następnie było wyśmiewanie, że pracuje jako sprzątaczka, i wytykanie, że o wiele mniej, niż on zarabia. “Już nie pamiętam, za co dostałam po raz pierwszy. Chyba poszło o zupę – zamiast ogórkowej była pomidorowa czy coś takiego. Darł się na mnie, że przecież wyraźnie mi tłumaczył, na co ma smaka, i że cały dzień czekał na tę właśnie zupę. Nawet odmówił sobie lunchu, bo wiedział, że w domu czeka ‚ta’ zupa. A tu na stole wylądowała inna. Usłyszałam, że jestem bezczelną ignorantką, że on dla mnie ‚wszystko’, a ja na złość spieprzyłam mu dzień. Zresztą inwektyw było o wiele więcej, a finałem uderzenie w twarz i popchnięcie tak silne, że się przewróciłam” – wspomina rozmówczyni “Nowego Dziennika”. Tuż po awanturze zapukała do drzwi sąsiadka, Polka. Zapytała, czy wszystko w porządku. “Na pewno nas słyszała. A że się zaprzyjaźniłyśmy, to pewnie się zmartwiła. Ja, zamiast od razu powiedzieć jej, co się stało, odparłam, że to normalna sprzeczka, nic wielkiego”.

Do takich “niewielkich” sprzeczek zaczęło dochodzić coraz częściej. Bił coraz mocniej. Zawsze znajdował jakiś powód. Krzywo powieszona firanka, okruszki na podłodze, a on taki spracowany i zmęczony, i chciałby w domu wypocząć, a tu taki syf. U innych sprzątam, a w domu nie chcę, specjalnie, na złość. Do kar cielesnych zaczęły dochodzić finansowe. Przestał robić zakupy, kupować środki czystości, “no bo i tak nie sprzątam”. Wyrzucił mi część rzeczy z szafy, gdy nie było mnie w domu, bo “po co syfiarce ładne ubrania, tylko się marnują”. Pamiętam sytuację, gdy wpadł wściekły do domu, a ja uciekłam do łazienki i zaparłam drzwi nogami. On próbował dostać się do środka, a ja myślałam, co ja tu robię. Dlaczego nie odejdę. I do tej pory nie znam odpowiedzi na to pytanie. To takie, jakby zakleszczenie – opisuje pani Izabela. – Poza tym były też i dobre momenty. Kiedyś, po kolejnej awanturze, czekał na mnie na stacji metra, klęcząc i trzymając w rękach ogromny bukiet róż. Przepraszał i błagał, żebym nie odchodziła, bo co on beze mnie zrobi. Po jakimś czasie znowu zaczynał się koszmar” – wspomina Polka. Sąsiadce cały czas odpowiadała tak samo: nic złego się nie dzieje. A bliscy w Polsce nie mieli pojęcia, jaką osobą jest Mariusz. Przez telefon i na Skypie wydawał się bardzo miły.

LUBIANI PRZEZ ZNAJOMYCH, UCZYNNI DLA INNYCH

“Podstawą przemocy domowej nie są zachowania agresywne, tylko potrzeba zdominowania partnerki, pokazanie ‚kto tutaj rządzi’, kontrola i oczekiwanie pełnego podporządkowania się ich wymaganiom” – mówi psychoterapeutka Katarzyna Fiorita.

Zdecydowaną większość, bo ok. 90 proc. sprawców domowej przemocy, stanowią mężczyźni. To mit, że są to wyłącznie osoby ze skłonnością do złości, sięgające po używki, pochodzące z tzw. marginesu społecznego. Tak naprawdę są to mężczyźni, którzy często wykonują prestiżowe zawody, cieszą się sporym uznaniem i szacunkiem w życiu publicznym, są lubiani przez znajomych, uczynni dla innych i nie sprawiają wrażenia, że mają skłonności do tego typu zachowań – podkreślają terapeuci. “Podstawą przemocy domowej nie są zachowania agresywne, tylko potrzeba zdominowania partnerki, pokazanie ‚kto tutaj rządzi’, kontrola i oczekiwanie pełnego podporządkowania się ich wymaganiom” – mówi psychoterapeutka Katarzyna Fiorita. Zwraca uwagę, że sprawcy przemocy najczęściej deklarują, że mają dobre intencje. Są przekonani, że nie mieli innego wyjścia” i „musieli” użyć przemocy. Gdyby tylko ofiara coś zrobiła lub nie, to byłoby inaczej. On przecież chciał dobrze i gdyby „tylko”: zamilkła, poszła sobie, nie odzywała się, niczego nie chciała, nie narzekała, była cicho – jednym słowem „umiała się zachować” – nie „musiałby” jej bić. „Oprawca nie uważa, że robi coś złego, co więcej, według niego, to właśnie ofiara ponosi winę za jego zachowanie” – zaznacza terapeutka.

Dręczonym kobietom bardzo trudno jest się wyrwać z domowej pułapki. “W związkach, gdzie dochodzi do przemocy, można zaobserwować trzy fazy. Pierwsza to faza budowania napięcia – stopniowy wzrost agresywności sprawcy. Partner staje się coraz bardziej drażliwy. Każdy drobiazg wyprowadza go z równowagi, wszczyna awantury, obraża partnerkę mówiąc jej na przykład, że jest głupia, że do niczego się nie nadaje, wyśmiewa ją, popycha. Z czasem zaczyna się robić intensywniej i zaczyna się tzw. faza wyładowania, gdzie może dochodzić już do większej przemocy fizycznej, zastraszania, natężenia agresji słownej. Ostatni etap to faza miodowego miesiąca. Sprawca przeprasza, obiecuje, że już nigdy tak nie postąpi, okazuje skruchę, tłumaczy się, przynosi kwiaty. Jest pięknie i romantycznie do czasu, kiedy znowu wejdziemy w fazę narastania napięcia, następnie wyładowania i ponownie miesiąca miodowego” – tłumaczy Katarzyna Fiorita.

To między innymi dlatego kobiety będące w takich relacjach są zagubione i nie do końca wiedzą, kiedy jest ten właściwy moment, żeby przyznać się przed sobą, że jest już źle, że muszą szukać pomocy. “Przecież niedawno wrócili z udanych wakacji, albo na przykład partner zabrał ją na dobrą kolację, a w sumie to jest on lubiany w towarzystwie, jest dobrym ojcem, pracuje. Nie chcemy pamiętać o tych gorszych doświadczeniach. Dlatego tak ciężko jest podjąć decyzję o szukaniu pomocy. Leczenie nie jest łatwym procesem i na rezultaty trzeba poczekać, ale jest to jedyna droga, by wyrwać się z koła przemocy. Szukanie pomocy u bliskich może być dużym wsparciem, jeśli natrafimy na mądre osoby, ale zdarza się tak, że ofiara odważy się opowiedzieć koleżance czy sąsiadce o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, i zamiast wsparcia usłyszy: “Nie wiem, jak ty to znosisz, ja bym sobie na pewno na coś takiego nie pozwoliła!”. Efekt jest taki, że ofiara jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Czuje jeszcze większą bezsilność i wstyd. Tymczasem wiele kobiet, które twierdzą, że nigdy nie znalazłyby się w takiej sytuacji, staje się ofiarami” – mówi Katarzyna Fiorita.

BIŁ TAK, BY INNI NIE WIDZIELI

Karolina to przebojowa 32-latka. Do Stanów Zjednoczonych wyemigrowała 7 lat temu. Tuż po skończeniu ekonomicznych studiów magisterskich. Nie miała stałych dokumentów, a jedynie wizę turystyczną, za to ogromne marzenie, by się w USA osiedlić. Pochodzi z niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu, gdzie marzenie o Ameryce wciąż jest żywe. Pierwsza praca to sprzątanie, między innymi w polonijnych biurach. W ten sposób znalazła pracę jako asystentka księgowej. W międzyczasie poznała Marka. “Poprosił mnie do tańca na polskiej potańcówce i tak się zaczęło. On był kawalerem, ja panną. W dodatku Polak, czyli swój. Pracował. Miał kontakt z rodziną. Rodzicom regularnie wysyłał pieniądze. Podobało mi się to, że tak o nich dba. Szybko zamieszkaliśmy razem. Nie wiem, od czego się zaczęło. Już nie pamiętam. Z czasem awantury stawały się coraz częstsze, i coraz częściej dochodziło do rękoczynów” – opowiada Karolina. Nie chodziła posiniaczona, bo jak mówi, bił ją w takie miejsca, żeby inni nie widzieli. “Pamiętam, jak po kolejnej kłótni powiedział, że całe szczęście, że się odsunęłam, bo gdybym chodziła z takim podbitym okiem, to co ludzie by powiedzieli? To go najbardziej interesowało. Niszczył też rzeczy w mieszkaniu. Przeważnie moje. Na początku starałam się załagodzić sytuację, ale to nie przynosiło efektów. W końcu doszło do tego, że nie musiało już być żadnej awantury, by mnie pobił. Gdy szedł do sypialni i zasuwał kotary, wiedziałam, że zaraz się zacznie. Starałam się tylko szybko związać włosy, by mi ich nie wyrywał. Najbardziej mnie dziwiło, że kilka godzin później potrafił, jak gdyby nigdy nic, pytać, co chcę na kolacje albo gdzie jedziemy na weekend. Rodzice nie wiedzieli, co się dzieje. Nie powiedziałam im nawet wtedy, gdy zaczęli dopytywać o datę ślubu” – mówi rozmówczyni “Nowego Dziennika”.

Jedna z koleżanek w pracy, nie pytając o nic, podsunęła Karolinie ulotkę kliniki Outreach na Greenpoincie. “Pamiętam, że stałam przed drzwiami chyba godzinę. Nie chciałam wejść, bo bałam się, co będzie dalej. On o wiele lepiej zarabiał niż ja, a ja sobie nie wyobrażałam szukania pokoju od nowa. Przerastały mnie sprawy, które jeszcze przed poznaniem Marka wydawały mi się dziecinnie łatwe. Zresztą miał być ślub, a on obiecywał, że się zmieni. Nowy Jork go stresował i były plany, by przeprowadzić się do New Jersey. Nie bardzo tego chciałam, bo w Nowym Jorku miałam koleżanki, ale stwierdził, że zawsze mogę poznać nowe, a on się uspokoi” – wspomina Polka. W końcu weszła do kliniki. Jakiś czas później wyprowadziła się od Marka. On nie dawał jednak za wygraną. Straszył deportacją i więzieniem. Efekt to dwa “order of protection”. Mężczyzna chwilowo się uspokoił, ale jak twierdzi 32-latka, od czasu do czasu dzwoni prosząc, by do niego wróciła. Przeprasza. Obiecuje zmianę. Czyli zachowuje się jak większość oprawców.

Karolina przyznaje, że bardzo pomogły jej koleżanki z biura. “Co ciekawe, nie byłyśmy aż tak zżyte. Normalnie, jak to w pracy. Nie miałam nawet pojęcia, że coś wiedzą o moim związku. Zainteresowały się i za to będę im wdzięczna do końca życia” – podkreśla kobieta.

ZAMIAST OCENIAĆ, PRÓBOWAĆ ZROZUMIEĆ

Dla ofiar przemocy domowej motywacją do szukania pomocy jest zazwyczaj rekomendacja sądu, kiedy sprawa wychodzi na światło dzienne, oprawca dostaje “order of protection”, a dręczona kobieta jest kierowana na terapię. “Niejednokrotnie razem z ofiarą przemocy domowej przychodzą jej dzieci, rodzeństwo, przyjaciółki. To one dają osobie poszkodowanej siłę, kiedy ona nie widzi dróg wyjścia z tej sytuacji. Często jest tak, że dorosłe dzieci przyprowadzają mamę i mówią, że nie wyjdą z tego miejsca, jeśli ona nie zapisze się na terapię. Opowiadają o traumatycznych wydarzeniach, podczas gdy ofiara albo zaprzecza, albo ciągle jeszcze broni swojego partnera – mówi psychoterapeutka Katarzyna Fiorita. – Jak pomóc takiej osobie? Przede wszystkim trzeba mieć dużo cierpliwości, nie oczekiwać natychmiastowej zmiany. Jeśli taka osoba zaczyna nam się zwierzać, to najważniejsze jest, by usłyszała, że nie jest sama, że to, co się dzieje, nie jest w porządku, a przede wszystkim, że nie jest temu winna. Zawsze, w każdym przypadku, winę za przemoc ponosi sprawca, nikt inny” – podkreśla Katarzyna Fiorita.

Psychoterapeutka zaznacza, że zjawisko przemocy domowej pełne jest mitów. Na przykład: “gdyby jej było źle, to by odeszła”, “bije, znaczy kocha”, “nie należy się wtrącać w rodzinne sprawy”. Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zrozumieć ofiary, nie powinniśmy jej osądzać. Nawet niechcący, niewłaściwą poradą typu: ja bym już dawno go zostawiła, na co czekasz? Ofiary chcą, żeby sprawca przestał bić i się znęcać, ale często nie potrafią podjąć odpowiednich działań, same są w swojej traumie, depresji, ich zdolność samoobrony została naruszona, myślą inaczej niż osoby będące poza toksyczną relacją”– uczula terapeutka. Doświadczenia ofiar przemocy domowej pokazują, że proces uwolnienia się z pułapki oprawcy wymaga ogromnej odwagi i determinacji. Dlatego zamiast oceniać, warto się zastanowić, jak pomóc. Statystycznie patrząc każdy z nas zna co najmniej jedną ofiarę przemocy domowej.