Jak przeżyć…

186

„Nigdy nie idź sam! Weź ze sobą osobę, która nie boi się ludzi, która nie boi się pytać, która nie ufa i nie jest naiwna” – to fragment poradnika zamieszczonego w internecie, który powstał po dramatycznych wydarzeniach w polskich szpitalach, na oddziałach ratunkowych. W Sosnowcu 39-latek zmarł po wielogodzinnym pobycie w izbie przyjęć, a w Zawierciu ciężarna 20-latka została przeniesiona z SOR-u na pododdział udarowy dopiero wtedy, gdy jej stan bardzo się pogorszył. A to niejedyne tak tragiczne przypadki. Poradnik zatytułowany jest „Jak przeżyć”, bo samo dotarcie na oddział ratunkowy tego nie gwarantuje.

To była szokująca śmierć, przede wszystkim dlatego, że można było jej uniknąć. Pacjent, siedzący w izbie przyjęć szpitala w Sosnowcu, umierał w męczarniach, kilka metrów od lekarzy, którzy teoretycznie mogli mu pomóc. Dlaczego tak się nie stało? Sprawę bada prokuratura, a prezes placówki medycznej wydał oświadczenie: „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla sytuacji, która zdarzyła się w szpitalu, a Rodzinie Pacjenta przekazuję szczere wyrazy współczucia i żalu”. Pacjent to 39-letni Krzysztof. Został przywieziony na izbę przyjęć przez starszego brata. Uskarżał się na potężny ból lewej nogi. Co więcej, wyciekał z niej jakiś płyn. Mimo że w szpitalu był o godz. 10 rano, pierwsze badania zrobiono pięć godzin później. Po siedmiu godzinach zmierzono mu ciśnienie. Wynik to 66/46. Wtedy skierowano do niego… psychiatrę. W trakcie konsultacji 39-latek stracił przytomność. Dopiero wtedy zaczęto mu udzielać pomocy medycznej. W organizmie mężczyzny rozwinęła się sepsa. Na pomoc czekał dziewięć godzin, siedząc na krześle i zwijając się z bólu w poczekalni izby przyjęć, kilka metrów od lekarzy i specjalistycznego sprzętu. Nie przeżył. Zmarł o 10 wieczorem.


Pacjent, siedzący na izbie przyjęć szpitala w Sosnowcu, umierał w męczarniach, kilka metrów od lekarzy, którzy teoretycznie mogli mu pomóc. Dlaczego tak się nie stało? Sprawę bada prokuratura, a prezes placówki medycznej wydał oświadczenie: „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla sytuacji, która zdarzyła się w szpitalu, a Rodzinie Pacjenta przekazuję szczere wyrazy współczucia i żalu”.

Półtora dnia jeździł między szpitalami, w bólu, inny pacjent, 63-latek z Podkarpacia. Gdy w końcu otrzymał fachową pomoc, było już za późno. Zaczęło się wieczorem. Pan Tadeusz nie mógł oddać moczu. Skarżył się żonie na ból brzucha. Ta z prośbą o pomoc zadzwoniła do syna, a on wezwał pogotowie. Medycy podali choremu silny lek przeciwbólowy i zabrali na izbę przyjęć szpitala w Sanoku. Tam uznano, że ma stan zapalny i kamień w woreczku żółciowym. Chirurg zalecał pozostawienie mężczyzny na oddziale, ale lekarka dyżurna zdecydowała, by wypisać go do domu. Miała przy tym stwierdzić, że „musi urodzić kamień” i że „nie ma innej rady”. Nie „urodził”, zamiast tego, w drodze do domu, zaczął wymiotować. Rodzina wróciła więc na SOR z prośbą, by pacjenta przyjęto. Tak się jednak nie stało. Bliscy zawieźli więc mężczyznę do innego szpitala – w Lesku. Jego syn twierdzi, że nie zrobiono tam ojcu ani jednego badania, mimo że spędził w szpitalu noc. W końcu przewieźli go do Krosna, gdzie od razu podjęto należyte leczenie, ale było już za późno. 63-latek zmarł. Okazało się, że miał urosepsę, czyli zakażenie całego organizmu na skutek niemożliwości oddania moczu. Szpital w Sanoku nie ma sobie nic do zarzucenia. Co więcej, lekarze przekonują, że za pierwszym razem wypisano pacjenta w dobrym stanie. No tak, na tyle „dobrym”, że następnego dnia już nie żył.

Żyje, ale w stanie prawie wegetatywnym, 21-latka, która z silnym bólem głowy trafiła na SOR w Zawierciu. Bliscy Pauliny twierdzą, że tamtejszy personel zwlekał z pomocą chorej, ignorując wielokrotne prośby o jakąkolwiek reakcję. Przecież ból głowy to zwykła rzecz, zdarza się każdemu. W sumie racja, problem w tym, że Paulina miała udar. A w wypadku tej choroby liczy się każda minuta, bo zmiany, jakie zachodzą w mózgu, są nieodwracalne. Poza tym pacjentka nie zachowywała się jak osoba cierpiąca na „typowy” ból głowy. Jęczała, wyła, próbowała usiąść, otwierała tylko jedno oko. Jej partner, będący z nią na izbie przyjęć, wielokrotnie podchodził do pielęgniarza i błagał, by ktoś coś zrobił. Medycy twierdzili jednak, że nic zrobić się nie da, bo 21-latka jest w ciąży. Dopiero po pięciu godzinach, gdy zupełnie nie było z nią kontaktu, zapadła decyzja o przewiezieniu Pauliny do Katowic. Tam natychmiast zrobiono rezonans. Fatalna diagnoza – udar. Partner kobiety miał usłyszeć od jednego z lekarzy, że zmiany są już nieodwracalne, bo w tej chorobie liczy się czas, a ten został zmarnowany. W Zawierciu kazano jej czekać i siedzieć, choć nie była w stanie utrzymać równowagi i zwijała się z bólu. 21-latka obecnie nie mówi, nie porusza się, jedynie mruga. Samodzielnie oddycha, nie może za to sama przełykać śliny. Jej stan lekarze oceniają jako krytyczny. Wiele wskazuje na to, że już nigdy nie odzyska sprawności. I jeszcze jeden przykład. Tym razem z Wodzisławia Śląskiego. Pod koniec marca na SOR trafił 35-latek uskarżający się na ból w klatce piersiowej. Na pomoc czekał 10 godzin. W końcu został przewieziony do innej placówki. Za późno. Zmarł.
Jedna z naczelnych zasad w medycynie brzmi „po pierwsze nie szkodzić”.

W obliczu ostatnich zdarzeń jest wyjątkowo aktualna.
A może warto do niej dopisać jeszcze jedno zdanie: „i zbadać, jak należy”, bo do takiej pomocy chory zwyczajnie ma prawo. Choć w zdecydowanej większości oddziały ratunkowe funkcjonują bez zarzutów, to nawet jeden tak tragiczny przypadek to już za dużo. To, co się stało w ciągu ostatnich kilku tygodni, szokuje, bo wydarzyło się w miejscu, które ma pomóc w ucieczce przed śmiercią. No i ta bezsilność bliskich, ufających, że jak lekarze każą czekać, to wiedzą, co robią…