Jak się dzieje matce, tak narodowi…

140

Opowiem dziś Państwu anegdotę. Amerykanin wysiada w Sztokholmie z samolotu, rozgląda się wokół i rzuca mu się w oczy, jak wiele jest wokół mężczyzn przechadzających się z wózkami bądź małymi dziećmi. Bez żadnych kobiet do pomocy ani towarzystwa, tylko ci mężczyźni. Wsiada do taksówki, każde się wieźć do hotelu, a przy okazji podpytuje taksówkarza:

– Niech mi pan powie, to tutaj praca niani jest tak dobrze płatna, że tylu mężczyzn ją wykonuje?

– Nie, dlaczego? – dziwi się kierowca. – To są wszystko ojcowie z dziećmi.

Ukazała się niedawno ciekawa, a właściwie to przejmująca, słowo to o wiele bardziej tu pasuje, książka socjolożki z Washington University w St. Louis Caitlyn Collins pt. „Making Motherhood Work: How Women Manage Careers and Caregiving” (Funkcjonalne macierzyństwo: Jak kobiety godzą pracę i opiekę nad dziećmi) Prof. Collins oparła swoje wywody na rozmowach ze 135 matkami z USA, Szwecji, Danii, Niemiec i Włoch. Konkluzje, do jakich doszła, na pewno nikogo nie zaskoczą. Ale powinny dawać do myślenia.

USA znajduje się lata świetlne za Europą, jeśli chodzi o tzw. systemowe wsparcie, na jakie mogą liczyć rodzice, zwłaszcza pracujące matki.

Szczycąc się mianem najbogatszego państwa na świecie USA dzierży jednocześnie niechlubne miano jedynego wśród 80 najbardziej rozwiniętych, które nie ma w swoim ustawodawstwie zapisu o powszechnym prawie do urlopu macierzyńskiego (co dopiero tacierzyńskiego!).

I urlop macierzyński, i ewentualne zwolnienia z powodu choroby dziecka, czy po prostu w związku z okolicznościami rodzinno-szkolnymi (tych, jak wie każdy rodzic, nigdy nie brakuje!) to sprawy, które w Ameryce pracownik załatwia bezpośrednio z pracodawcą, mówiąc wprost – jest zdany wyłącznie na jego łaskę i dobry humor.

Prowadzi to do takich niewesołych sytuacji, że pracująca amerykańska matka, by po porodzie zostać z dzieckiem w domu choć tydzień lud dwa dłużej, wykorzystuje w tym celu dni z puli swego regularnego urlopu, podobnie potem – by opiekować się dzieckiem np. w czasie choroby. Amerykański pracownik i tak „cieszy się” bardzo skąpym, w porównaniu do innych krajów, urlopem. Na porządku dziennym są więc sytuacje, że pracująca matka latami nie ma żadnego normalnego urlopu.

Nic dziwnego, donosi prof. Collins ze smutkiem, że amerykańskie matki, na tle matek z Europy, są o wiele bardziej zestresowane, w tym chronicznie, a jednocześnie żyją z dużo większym poczuciem winy, że nie są ani dobrymi matkami, ani dobrymi pracownicami. Marilyn Monroe śpiewała onegdaj, że największym przyjacielem kobiety są diamenty. Największym przyjacielem Amerykanki, jeżeli pracuje, a jest przy tym matką, jest dzisiaj psychotrop.

To, co nie jest już takie oczywiste, a czym też zajęła się w swojej książce prof. Collins, to uwarunkowania kulturowe, które urabiają kolektywny, społeczny umysł, by patrzył na płeć, na kobietę, na macierzyństwo i generalnie na rodzinę w pewien określony sposób. Tutaj można poczuć się zaskoczonym, bo profesor Collins stawia tezę, która reszcie świata pewnie wyda się wręcz dziwna.

Amerykanki, te same, które przewodziły światowej rewolucji feminizmu pół wieku temu, do tej pory nie wywalczyły sobie prawa do urlopu macierzyńskiego, bo są zakładniczkami kultury wpajającej im, że jakiekolwiek ulgi z racji rodzenia i wychowywania dzieci to przywilej, naddatek, nagroda, która im się nie należy. Jeżeli nie godzą pracy z rodziną, powinny – i tak też czynią w praktyce, jak przekonała się autorka książki – winić za to siebie, nie system. Co ciekawe – Amerykanki najpierw winią siebie, a dopiero potem partnera, choć ten też przecież jest rodzicem dziecka.

Ta postawa to część szerszej perspektywy mocno osadzonej w amerykańskim światopoglądzie i obyczajowości – przeświadczenia, że rodzina jest zawsze i bezwarunkowo sprawą wyłącznie prywatną, a obowiązek opieki nad nią spoczywa na kobiecie.

Korzenie tego myślenia sięgają, rzecz jasna, jeszcze początków amerykańskiej państwowości. Nietrudno połączyć je z kultem purytańskiego indywidualizmu i tradycyjności, z drugiej zaś przymusem samowystarczalności, z jakim mierzyły się rzesze rodzin zagospodarowujących pustkowia na zachód od Chicago w miarę ekspansji państwa w XIX wieku.

Wreszcie, silne wciąż pozostają echa nostalgii za cudownymi latami 50., do dziś gloryfikowanymi w Ameryce jako złota epoka, kiedy to wszystko działało jak należy i wszystko było na swoim miejscu: rodzina w domu, którym zajmowała się niepracująca kobieta, a mężczyzna w pracy, gdzie wespół z klanem innych męskich decydentów meblował reszcie świata rzeczywistość.

Zakończę nie anegdotą, a scenką rodzajową. Spotkałam się niedawno ze znajomą, świeżo upieczoną mamą i relatywnie niedawno upieczoną polską emigrantką w USA, której w czasie ciąży, dla jej własnego dobra, próbowałam uprzytomnić to i owo o realiach macierzyństwa pracującej matki po tej stronie oceanu. Znajoma naturalnie w ogóle mnie nie słuchała, była przekonana, że pogodzi pracę i dziecko śpiewająco, żłobek co prawda drogi jak diabli, lecz że zapisała się na listę jeszcze przed porodem, miejsce dla jej córeczki było akurat gotowe na czas.

Po kilku miesiącach macierzyństwa znajoma właśnie wykorzystała ostatnie dni urlopu, dziecko choruje, jakby brało udział w jakichś zawodach, i nie ma mowy o żłobku, a ona zatrudnia i zwalnia kolejne opiekunki, które dobrze wypadały na aplikacji, ale w kontakcie z dzieckiem już nie tak bardzo. Zestresowana na wszystkich frontach, na froncie pracy zawodowej, którą boi się stracić najbardziej, zaliczyła już też wizytę u psychiatry.

– Pamiętasz ten film „To nie jest kraj dla starych ludzi?” A dla pracującej matki jeszcze bardziej! – przemówiła grobowym głosem.
– To jednak zapamiętałaś coś z tego, co ci mówiłam! – ucieszyłam się.
– Mówiłaś mi to?
– Aha! I nawet odwołałam się to tego właśnie tytułu filmowego.
– Dziwne. Nie pamiętam – zasępiła się znajoma.
– Rozwinęłam przy tym myśl, że dzieci specjalizują się w chorobach, a Ameryka specjalizuje się w udawaniu, że bolączki pracującej matki to nie są bolączki społeczeństwa. Że to dwa kosmosy oddzielone od siebie czarną dziurą.
– Bzdura! – zareagowała znajoma. – Zestresowana, niedomagająca matka wychowuje zestresowane, niedomagające dzieci, które potem zmieniają się w jeszcze bardziej zestresowanych, niedomagających dorosłych. Ty wiesz co….? – wbiła nagle we mnie wzrok, jakbym właśnie zdradziła jej tajemnicę przemiany kamienia w złoto. – Ale w takim razie to wszystko tłumaczy!
– Co tłumaczy?
– No, wszystko! – wyszeptała w natchnieniu. – Wszystko, co z tym krajem jest nie tak. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej!

Co będzie dalej? Osobiście mam nadzieję, że choć Ivanka Trump zrezygnowała z walki o urlop macierzyński, nie zrezygnuje z niej pokolenie młodych polityczek, które coraz liczniejszymi szeregami wypełniają fotele w kongresach, i tych stanowych, i tym na Kapitolu.

FOTO: PEXELS.COM