Jak Witek został muzykiem

236
Witek Muzyk Ulicy swoim recitalem uświetnił galę 60-lecia działalności Pulaski Association of Business and Professional Men FOTO: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Czuję, że być może mam takie powołane, żeby być głosem ludu" – mówi Witold Mikołajczuk, piosenkarz znany jako Witek Muzyk Ulicy, który kilka tygodni temu gościł w Nowym Jorku oraz wystąpił z krótkim recitalem na gali 60-lecia działalności Pulaski Association of Business and Professional Men.

W swojej twórczości i piosenkach, które śpiewasz, bardzo często opisujesz życie, w dodatku w sposób bardzo realistyczny, a czasem wręcz naturalistyczny. Czy w związku z twoją wizytą w Nowym Jorku napiszesz coś o tej metropolii?
Tego jeszcze nie wiem, ponieważ moje piosenki powstają na zasadzie impulsu, z reguły w ciągu pięciu, a najwyżej dziesięciu minut. Najczęściej jest to melodia, do której później piszę słowa. Natomiast piosenkę o Nowym Jorku już mam, i była jedną z pierwszych, jakie napisałem. Niestety, nigdy jej jeszcze nie zaśpiewałem. Zaczyna się w ten sposób: „Jadę tam gdzie mój dom, a mój dom to Nowy Jork. Na Long Island łajbę mam, itd.”. Na pewno podczas tej wizyty, którą odbyłem wraz z synami, miałem sporo doznań i spostrzeżeń, i być może kiedyś przełoży się to na jakiś nowy tekst. Moje piosenki są sumą różnych doświadczeń, również tych z przeszłości. Czasami bywa tak, że dane doznania pasują do jakiejś melodii, więc je wykorzystuję i opisuję w tekście.

Praktycznie wszystkie twoje piosenki mają wątek obyczajowy, stanowią pewne obrazki z życia. Czy opisywanie ludzkich problemów i spraw uważasz za jakąś misję?
Szkoda mi nawet jednego zbędnego zdania podczas śpiewania. Proste teksty można napisać na poczekaniu, polegają one na wymyśleniu kilku rymów o tym, że coś się dzieje, ktoś się krząta itd. Ja wolę jednak przekazać jakąś konkretną treść, historię czy też myśl z ukrytym morałem i sensem. Wiem, że zabrzmi to zbyt pompatycznie, ale czuję, że być może mam takie powołane, żeby być głosem ludu.

Niektórzy uczestnicy gali 60-lecia działalności Pulaski Association of Business and Professional Men, na której wystąpiłeś, stwierdzili, że przypominasz im nieco Staśka Wielanka oraz Stanisława Grzesiuka, a inni, że jesteś Jackiem Kaczmarskim współczesnych czasów. Ja dostrzegam w tobie także coś z Jacka Kleyffa. Jak ty się postrzegasz jako artysta i czy te porównania w jakimś stopniu są ci bliskie?
Na pewno do żadnej z tych osób nie jestem w stanie się porównać, ponieważ ich nie poznałem osobiście, ani też ich nie słucham. W Polsce też czasem słyszę o takich porównaniach, ale jednak nikt nie wspomina o tym – być może to wynika z niewiedzy – że Paul McCartney czy Chris Rea również grywali na ulicy, a przed wojną nawet Ignacy Paderewski grał na fortepianie u Bliklego w Warszawie, towarzysząc ludziom pijącym kawę i jedzącym pączki lub rurki z kremem. Na ulicy zaczynał także Leonard Cohen, czasami podśpiewywał sobie Sting oraz Nick Cave i zespół U2 w przebraniu, by przetestować swój nowy repertuar, a z młodszych artystów także Ed Sheeran. Tak więc są to nazwiska wielkiego formatu i myślę, że oni też mieli coś do przekazania. Ja się z nikim z nich nie mogę porównywać. Ludzie czasem potrzebują takich analogii, żeby wiedzieć, jak się ustosunkować do danych utworów, jak ich słuchać oraz mieć jakiś punkt odniesienia. Moja muzyka jest inna od tego, co słychać naokoło, i chyba nikt nie potrafi jej porównać do czegoś innego. W dodatku prezentuję ją na różne sposoby. W Nowym Jorku wystąpiłem w jednoosobowej odsłonie, ale koncertuję także z siedmioosobowym zespołem, grywam w kwartecie, trio czy też w duecie. Występuję z różnymi muzykami, wśród których bywają gitarzyści, perkusiści, kontrabasiści, trębacze, puzoniści, klarneciści, pianiści itd. Dlatego moją muzykę ciężko jest sklasyfikować i ocenić, ponieważ wszystko zależy od tego w jakim składzie zostanie zaprezentowana. Czasami spotykam się z opiniami, że jak gram z całym zespołem, to jest ona odbierana jako ostry punk lub rock, jak występuję sam, to mówią, że to folk. Więc cieszę się, że nie daję się zaszufladkować.

W jaki sposób zainteresowałeś się śpiewaniem? Pytam o to, ponieważ wiem, że wcześniej zajmowałeś się różnymi rzeczami, a nawet parałeś się biznesem.
Miałem nawet duże biznesy. Prowadziłem m.in. agencję poligraficzną i pośredniczyłem w druku dużych oraz bardzo poważnych magazynów w Polsce. Natomiast śpiew towarzyszył mi od dziecka. Mając 12 lat dostałem od rodziców gitarę i wraz z moim nauczycielem od muzyki grałem na niej w szkole. On na skrzypcach, ja na gitarze. Śpiewałem również w szkolnym chórze, a poza tym kiedyś na wsi muzykowało się o wiele więcej niż teraz. Tak więc muzyka zawsze była mi bliska. Wychowałem się m.in. na kompozycjach Janka Borysewicza i przebojach Lady Pank, których kiedyś uczyłem się grać na gitarze. Traktowałem to jako taki dodatek do różnych spotkań i imprez, i nigdy nie myślałem, że kiedyś będę z tego żył, że będę zarabiał jako muzyk. To się stało dopiero wtedy, gdy wylądowałem na ulicy. Wówczas zacząłem grać na akordeonie i prezentowałem stare piosenki, głównie melodie. To dlatego, że po długim okresie związanym z różnymi negocjacjami, które prowadziłem podczas mojej biznesowej działalności, miałem dosyć mówienia i postanowiłem komunikować się z ludzi tylko poprzez melodię. Natomiast śpiewać na ulicy zacząłem przez przypadek. Kiedyś na Saskiej Kępie w Warszawie wylądowałem na podwórku pewnej rodziny, która poprosiła mnie, bym zagrał motyw przewodni z filmu „Ojciec chrzestny”, bo jedna osoba z jej grona miała włoskie korzenie. Wśród nich była także pani Hania, której powiedziałem, że mam w swoim repertuarze także piosenkę pt. „Hanko” i mogę ją dla niej zaśpiewać. I wówczas zrobiłem to po raz pierwszy przy akompaniamencie akordeonu. Usłyszałem od niej: „Witek, jak ty pięknie śpiewasz. Ty powinieneś to robić cały czas”. Pomyślałem, że może warto spróbować. I to był mój wokalny początek. Jak już zacząłem śpiewać szlagiery typu „To ostatnia niedziela”, „Hanko” itp., to ten repertuar bardzo szybko mi się znudził. Nie czułem tych piosenek, bo ani nie były to moje utwory, ani nie mówiły o tym, co obecnie jest aktualne. Przełomem dla mnie stało się spotkanie z pewnym Włochem przy stacji metra Centrum, który zaprosił mnie na kawę na ulicę Chmielną. Tam pojawił się także jego włoski kolega, zajmujący się rozrywką. Podczas rozmowy i moich opowieści na temat starych przedwojennych szlagierów, które śpiewałem, stwierdził on, że „to już było, że trzeba robić nowe rzeczy”. Przemyślałem jego spostrzeżenia i tuż po tym napisałem swoją pierwszą piosenkę „Rata, Renata i krata” z myślą o tzw. frankowiczach, czyli ludziach, którzy mają raty, a nie mają ich z czego spłacać. Później powstał utwór „Rzucę ciebie, rzucę nas” – o złym dobieraniu się przez ludzi, którym z czasem nawarstwia się wiele problemów doprowadzających ich do rozstania. Następne napisałem „Hop słoiczku” – o tym, jak do Warszawy przyjeżdżają ludzie z prowincji i zatracają się w pogoni za pieniądzem. Kolejnymi utworami były: „Ciuchy na wagę są ekstra”, „Ja się w tobie zakochałem” oraz „Serce wolności”, czyli piosenka o emigracji. Tak więc były to same opowieści o życiu, takie obyczajowe obrazki.

Wydaje mi się, że właśnie dzięki tej ostatniej wymienionej przez ciebie piosence zaistniałeś w internecie, a tym samym dotarłeś do szerszego grona odbiorców.
Ktoś nagrał mnie, jak śpiewałem „Serce wolności” i udostępnił w internecie, przez co bardzo szybko powstał z tego przebój, z którym byłem kojarzony. Początkowo nawet myślałem, że będzie to taka moja dożywotnia piosenka, ale cieszę się, że nowe już ją powoli wypierają.

Zostańmy jeszcze przy piosence „Serce wolności”, bo mimo, że jest to twój największy przebój, to jest on pomijany w mainstreamowych rozgłośniach radiowych, a w Trójce został nawet zdjęty z Listy Przebojów i wręcz zakazany. Co jest źródłem tych problemów?
Problemy mam nadal, a w niektórych kręgach, gdzie dobrze jest znana historia mojej twórczości, żartują nawet, że jestem najbardziej znanym wśród nieznanych artystów oraz najbardziej popularnym i zarazem pomijanym przez mainstreamowe media, a także przez dziennikarzy muzycznych. Z ust wielu z nich słyszałem, że już dawno chcieli zrobić ze mną wywiad, ale nie dostali pozwolenia od wydawców lub przełożonych. Przykładem tego, że jestem celowo pomijany, był m.in. mój występ dla triumfatorów polskiej ligi, dla Legii Warszawa na Stadionie Narodowym, gdzie było 40 tys. osób. Piłkarze, którzy zdobyli puchar, tańczyli do mojej muzyki, przyjechałem z nimi na uroczystość tym samym autokarem, prowadziłem ich po odbiór pucharu, byłem z nimi w szatni, uczestniczyłem później w wielkiej gali z całą śmietanką sportowo-medialną itd. I co się stało? Gdy to było transmitowane na żywo, to byłem pokazany w telewizji, ale już w retransmisji tego materiału zostałem całkowicie wycięty. Tak więc afera z usunięciem mnie z anteny Trójki, o której wspomniałeś, ani nie była jedynym tego typu przykładem ignorowania mnie, ani też nie była przypadkowa. To było dwa i pół roku temu, poprosiłem wówczas na Facebooku moich fanów o głosy i z poczekalni z piosenką „Wolności głos” wylądowałem na 24. miejscu, czyli w połowie listy, wśród najbardziej promowanych wykonawców. Po tygodniu utrzymała się ona mniej więcej w tym samym miejscu – była na 25. pozycji, a w kolejnym notowaniu odnotowała największy spadek i całkowicie zniknęła z anteny, co wcześniej nigdy się nie zdarzyło z żadną piosnką. Były w tej sprawie dwa listy otwarte – mój oraz fanów – i nikt z Trójki nigdy się do nich nie ustosunkował. Z kolei gdy występowałem na festiwalu TOPtrendy w Sopocie, to nikt się o tym nie dowiedział, ponieważ ani razu nie pokazano mnie podczas transmisji telewizyjnej. Grałem tam wraz z kontrabasistą i skrzypkiem, i mieliśmy trzy różne sety podczas przerw reklamowych. Ludzie w Operze Leśnej stali, śpiewali, klaskali i świetnie się bawili, a telewidzowie nawet nie wiedzieli, że my tam jesteśmy. Podobnie było na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, na której wystąpiłam pod Pałacem Kultury w Warszawie na osobiste zaproszenie Jurka Owsiaka. Zwróciłem się wtedy z prośbą do rozgłośni radiowych patronujących tej imprezie o to, żeby wyemitowały na antenie jakiś fragment mojego występu na żywo. Niestety, nikt mi nawet nie odpisał, a listy wysłałem do wielu osób zarządzających tymi stacjami. A mój występ tak się podobał publiczności, że Jurek Owsiak postanowił zaprosić mnie na tegoroczny Woodstock i wystąpię tam podczas drugiego, najbardziej popularnego dnia festiwalu. Tak więc to pomijanie mnie w mediach trwa cały czas. Niektórzy mówią, że dzięki temu rośnie moja legenda, i może mają rację, bo to wszystko mnie hartuje coraz bardziej.

Wspomniałeś o nowej płycie…
Szukam sponsora, żeby móc ją wydać. Mam już ponad 70 utworów. Do tej pory zarejestrowałem na płytach tylko 22. Mam wśród nich kilka pięknych kompozycji na fortepian z kwartetem smyczkowym.

Wyjaśnij może jeszcze na zakończenie, jak trafiłeś na ulicę. Co skłoniło cię do wyjścia z akordeonem do ludzi?
Właśnie przymierzam się do napisania książki na ten temat, bo spędziłem na ulicy dwa lata. Przepracowałem w ten sposób 500 dni po 10 godzin. To był krzyk rozpaczy po tym, jak dopadła mnie pewna niemoc. Kiedyś pracowałem dla francuskiego koncernu energetycznego GDF Suez i zajmowałem się sprzedażą energii. Podpisałem bardzo duży kontrakt i otrzymałem 100 tys. prowizji. Okazało się, że wydałem te pieniądze w dwa dni, bo takie miałem długi ze względu na niespłacony kredyt za mieszkanie, które kupiłem z moją byłą żoną. Początkowo rata wynosiła 1800 zł, a po zmianie kursu franka – bo w tej walucie ten kredyt wzięliśmy – miesięczna spłata podskoczyła do 3 tys. zł. Do tego doszły opłaty za przedszkole dla dzieci, leasing samochodu i moje miesięczne koszty do zapłacenia wynosiły około 10 tys. zł i ciągle rosły. Wtedy doszedłem do wniosku, że chyba jestem frajerem, bo robię coś, czego nienawidzę, i nic z tego nie mam. W dodatku wszystko robiłem dla innych, mieszkanie kupiłem dla Małgosi, mimo że sam nie chciałem mieszkać w Warszawie, i całkowicie się w tym ciągłym poświęcaniu zatraciłem. W pewnym momencie życia poczułem, że nie pasuję do otaczającego mnie świata, że nie mam z kim spokojnie porozmawiać. Nie chciałem wyjeżdżać z kraju, bo z emigracją miałem złe doświadczenia. Spędziłem kiedyś 40 dni w areszcie w szwedzkim Ystad, gdy złapali mnie na przemycie papierosów i alkoholu z Ukrainy do Norwegii. Później przez 50 dni pracowałem jako malarz w Londynie, żeby zarobić na spłacenie długów. Wówczas bardzo przeżyłem rozstanie z dziećmi i powiedziałem sobie, że już więcej nie wyjadę z kraju. Postanowiłem zacząć zarabiać na życie grając na ulicy. Zainspirowała mnie do tego pewna dziewczyna, która grała na ulicy na skrzypcach i powiedziała mi, że w ten sposób zarabia na życie od 8 lat. Miałem w domu akordeon i umiałem na nim grać kilka szlagierów, m.in. takie jak: „Milord” z repertuaru Edith Piaf, walc z filmu „Noce i dnie”, „Hej, sokoły” oraz „Sto lat”. Pierwszy raz zagrałem siedząc na schodach metra na stacji Centrum, niedaleko ulicy Chmielnej i w ciągu dwóch godzin zarobiłem 120 zł. Pomyślałem, że skoro prawie nie umiejąc grać, nie mając żadnych zobowiązań kontraktowych i podatkowych jestem w stanie zarobić tyle pieniędzy, to jak się nieco podszkolę, to spokojnie zarobię na życie. I tak zrobiłem, później zacząłem chodzić po starych kamienicach i grać na podwórkach. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ludzie zaczęli mi rzucać pieniądze z okien. Problem pojawił się w listopadzie, gdy zrobiło się zimno. Wówczas na stacji metra Wilanowska zauważyłem dużą wiatę i tam przez pół roku siedziałem i grałem, spędziłem tam całą jesień i zimę. Gdy już ułożyłem swoją pierwszą piosenkę, która zaczyna się od słów „Spóźniona rata, dzwoni Renata z infolinii”, i zauważyłem, że ludzie reagują na nią bardzo pozytywnie, doszedłem do wniosku, że muszę pisać i śpiewać swoje utwory. I zacząłem to robić, bo wiedziałem, że moje piosenki będą opowiadały o sprawach mi znanych i bliskich. Grywałem w różnych miejscach: na Wilczej, Hożej, Mokotowskiej, Koszykowej, Chopina, na placu Zbawiciela, na placu Narutowicza. Czasami byłem zapraszany, żeby zaśpiewać na jakiejś rodzinnej imprezie i w ten sposób zarabiałem na spłatę kredytu. Miałem zasadę, że gram na ulicy, dopóki w danym dniu nie zarobię 200 zł. A to wynikało z zakładu z kolegą, że w ten sposób uda mi się spłacić miesięczne raty w wysokości 3 tys. zł. Codziennie moje zarobki wpisywałem do specjalnego zeszytu i już po pierwszym miesiącu grania na ulicy zarobiłem 3328 zł, i wygrałem zakład. I w ten sposób narodził się Witek Muzyk Ulicy.

Piosenki Witka opowiadają o sprawach znanych i bliskich jemu i ludziom, dla których śpiewa
FOTO: FACEBOOK WITKA MUZYKA ULICY