Jan Paweł II wciąż jest z nami

260
Jan Paweł II pozdrawia wiernych na placu św. Piotra podczas cotygodniowej audiencji generalnej (2001 r.) FOTO: EPA

Karol Wojtyła, przyszły papież Jan Paweł II, urodził się 18 maja 1920 roku w Wadowicach, dwa lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Zmarł 2 kwietnia 2005 roku w Watykanie. W naszej pamięci i sercach pozostał jednak na zawsze. Był wielkim autorytetem i punktem odniesienia, nie tylko dla Polaków, w okresie swojego pontyfikatu. Fascynował i pociągał za sobą ludzi, szczególnie młodych.

Liczna grupa czytelników „Nowego Dziennika” podzieliła się swoimi wspomnieniami ze spotkań z papieżem Polakiem.

BŁOGOSŁAWIĘ DZIECI TWOJE

– Moje spotkanie z Janem Pawłem II odbyło się w maju 1983 roku. Papież, idąc przez plac Świętego Piotra, witał się ze zgromadzonymi tam ludźmi. Byłam blisko barierki i mogłam ucałować jego rękę, która nas błogosławiła – wspomina Lila Podolańczuk. – Dzień później uczestnicy naszej pielgrzymki mieli prywatną audiencję w papieskiej bibliotece w Watykanie. Staliśmy w półkolu, a Ojciec Święty podchodził do każdego z nas, wręczał nam różańce i z każdym zamienił kilka słów. Ksiądz nam towarzyszący, przedstawiając mnie, powiedział: „a to jest młoda mama”. Ojciec Święty zapytał mnie, ile mam dzieci i w jakim wieku. Odpowiedziałam, że córka ma 2 latka, a syn 8 miesięcy. Usłyszałam wówczas: „Błogosławię dzieci twoje”.

Gdy patrzyłam na Ojca Świętego z tak bliska, moją uwagę zwróciła przede wszystkim jego pogodna i uśmiechnięta twarz oraz miły ton głosu. Pomyślałam wtedy, że to wyjątkowy człowiek. Coś wielkiego promieniowało od niego. Oglądając zdjęcia z tej audiencji zauważyłam, że każdy z nas miał był uśmiechnięty.

Wśród pielgrzymów na placu św. Piotra oczekujących na Jana Pawła II zawsze powiewały polskie flagi, zaznaczające obecność rodaków Ojca Świętego FOTO: EPA

Dwa dni później uczestniczyliśmy w mszy świętej w prywatnej kaplicy papieża w Watykanie. Gdy przyszliśmy, Ojciec Święty już klęczał przy modlitewniku na środku kaplicy. Jego sutanna była lekko odchylona i zauważyłam, jak mocno miał umięśnioną łydkę nogi. Miał na nogach skórzane pantofle. Kaplica była skromna, a na ścianie wisiał duży obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Po mszy świętej zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z Ojcem Świętym. Był w świetnym humorze, dużo żartował, pamiętam nawet o czym – o jedzeniu śniadania.

Niedługo minie prawie 40 lat od mojego bliskiego spotkania z Ojcem Świętym, a mnie wydaje się jakby to było wczoraj. Było to dla mnie tak głębokie przeżycie, że zapamiętałam z drobnymi szczegółami to wielkie wydarzenie

ŚPIEWALIŚMY DLA PAPIEŻA

– W końcu lutego 2005 roku Męski Chór im. Ogińskiego w Hempstead, NY, odbył pielgrzymkę do Rzymu i miał zaplanowane spotkanie z Janem Pawłem II. Stan zdrowia papieża pogorszył się i na początku marca 2005 znalazł się w poliklinice Gemelli w Rzymie. Ekipy telewizyjne z całego świata koczowały pod kliniką wraz z wiernymi, czekając na moment pojawienia się Ojca Świętego w oknie – opowiada Halina Koralewska. – Do tego różnobarwnego tłumu podeszła grupa 23 panów w smokingach i czerwonych muszkach. Rozwinęli flagi polską i amerykańską, a dr Barbara Miluk-Kolasa, dyrygentka chóru, podała tony. Popłynęły polskie pieśni patriotyczne: „Bogurodzica”, „O polski kraju święty”, „Rota”. Wszystkie kamery skierowane zostały na chórzystów. Otoczył ich tłum ludzi. Niektórzy płakali. Polskie pieśni dotarły też do pacjentów szpitala. Pojawili się w oknach, nagradzając chórzystów oklaskami.

Męski Chór im. Ogińskiego śpiewa 4 marca 2005 roku przed polikliniką Gemelli w Rzymie, w której przebywał Ojciec Święty
FOTO: ARCHIWUM H. KORALEWSKIEJ

Prezes chóru Zbyszek Koralewski zaczął udzielać wywiadów. O rozmowę poprosiła go również ekipa Telewizji Polskiej. W Krakowie była wielka radość, kiedy znajomi zobaczyli w telewizji relację z Rzymu i rozpoznali Zbyszka. Dzwonili do jego rodziców z gratulacjami.

Przygotowaliśmy bukiet złożony z 85 biało-czerwonych róż z okazji nadchodzących urodzin papieża. Udało mi się przejść przez ochronę i wejść na teren kliniki z olbrzymim bukietem. W środku asystenci papieża przyjęli bukiet i list z życzeniami.

Koncert pod kliniką trwał. Papież usłyszał ojczysty śpiew i udzielił błogosławieństwa zebranym przez okno. Było to coś niezwykle wzruszającego. Nikt nie chciał stamtąd odejść.

Papież z okna kliniki Gemelli w Rzymie pozdrawia w marcu 2005 roku zgromadzonych wiernych; pod tym oknem śpiewał mu Chór im. Ogińskiego z Hempstead, NY FOTO: EPA

Następnego dnia w gazecie watykańskiej „L’Osservatore Romano” ukazało się zdjęcie z pokoju szpitalnego, ukazujące siedzącego przy oknie papieża oraz w dole na parkingu Chór Ogińskiego. Kilka tygodni później nasz papież odszedł.

Chciałam jeszcze dodać wątek osobisty. Otóż Zbyszek Koralewski był bierzmowany w kościele św. Anny w Krakowie przez Karola Wojtyłę, ówczesnego arcybiskupa krakowskiego.

BYŁO W TYM COŚ MISTYCZNEGO

– Jan Paweł II był w Katowicach na Muchowcu 20 czerwca 1983 roku i ja tam też wtedy byłam. Papież mówił o sprawach, o których każdy chciał usłyszeć, przede wszystkim o dialogu władzy ze społeczeństwem. No bo jeszcze obowiązywały wówczas rygory stanu wojennego. Nie bardzo jeszcze wówczas rozumiałam jego słowa, bo miałam wtedy 13 lat – mówi Izabela Van Tassel. – Ale było to dla mnie ogromne przeżycie – widziałam papieża Polaka na żywo. Ten moment będę pamiętać do końca życia.

Podczas tego spotkania z Papieżem nagle zerwała się burza. Deszcz był ulewny, ale dość szybko przestał padać, a potem wyłoniło się słońce. Było w tym coś mistycznego. Ludzie patrzyli na niebo, na papieża i… poczuli się lepsi.

Na to spotkanie z papieżem zabrał mnie kuzyn, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Gdyby nie on, to mama by mnie nie puściła. Kuzyn obiecał, że będzie o mnie dbał i z tego zobowiązania świetnie się wywiązał.

Jan Paweł II był mi bliski także dlatego, że wychowywałam się u babci na wsi, niedaleko Wadowic – rodzinnego miasta naszego papieża. Do Wadowic jeździliśmy na zakupy. Przy okazji zawsze wstępowaliśmy do kościoła Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, obok domu rodzinnego Wojtyłów.

JABŁKO DLA PAPIEŻA

– To był wyjątkowy i jednocześnie bardzo trudny wyjazd do Włoch, gdyż rok 1984 był pierwszym bez restrykcji stanu wojennego w Polsce. Otrzymanie paszportu graniczyło wtedy z cudem, ale udało się. Wyjechała nas 15-osobowa grupa asystentów i adiunktów z kilku polskich uczelni – opowiada Marzena Kostrzewa-Stafiej. – Zaproszenie i cały pobyt został zorganizowany przez Uniwersytet w Messynie na Sycylii. Do Włoch dotarliśmy koleją, przez Budapeszt i Triest. Miało to dla nas znaczenie, gdyż dzięki międzynarodowym biletom kolejowym mogliśmy później dotrzeć do Rzymu, Neapolu i Wenecji.

Byliśmy tam przez miesiąc. Uczestniczyliśmy w seminariach i spotkaniach naukowych w różnych zespołach, gdyż wśród nas byli medycy, psycholodzy, inżynierowie i ekonomiści. Ale najciekawsze były nasze podróże i zwiedzanie po raz pierwszy w życiu Włoch, w tym Sycylii. Cały ten pobyt to była w sumie pełna cudów przygoda. Na zaledwie dwa dni wybraliśmy się do Rzymu. Niestety, nie było możliwości znalezienia noclegów, gdyż my, jako polscy pracownicy akademiccy, byliśmy wyjątkowymi biedakami. Dlatego tę jedną noc przed wizytą w Watykanie spędziliśmy śpiąc na ławkach na dworcu Stazione Termini.

Bardzo wcześnie rano dotarliśmy na plac Świętego Piotra, dzięki temu zajęliśmy miejsca w dwóch pierwszych rzędach. Czekaliśmy cierpliwie. Tłum turystów narastał i robiło się coraz ciaśniej, a także gorąco, bo to był sierpień. Piękna, słoneczna włoska pogoda tym razem nie za bardzo nas cieszyła. Ale to nie miało znaczenia, staliśmy w tłumie ludzi z całego świata, młodych, starszych, a nawet dzieci. Powiewały flagi różnych krajów i flagi papieskie. Wielu ludzi śpiewało i grało na różnych instrumentach. Pracownicy watykańscy rozdawali nam wodę, więc wypijaliśmy toasty z sąsiadami.

W pewnym momencie tłum zafalował i podniosły się głosy: papa, papa Wojtyla! Rzeczywiście, nadjeżdżał Jan Paweł II w swoim papamobile. Chwilę wcześnie wyciągnęłam z plecaka jabłko, jeszcze z Warszawy. I tak, stojąc z tym jabłkiem w jednym ręku, usiłowałam coś zobaczyć. Niestety, jestem dość niskiego wzrostu, więc jeden z kolegów posadził mnie na ramionach. I w tym momencie dotarł do nas papież. Zatrzymał się, zaczął z nami rozmawiać, pytał, kim jesteśmy, z jakich miast, z których uczelni. Był radosny i serdeczny. Nagle popatrzył na moją rękę i to jabłko. Zapytał, czy jest smaczne. Odpowiedziałam, że na pewno, gdyż przywiozłam je z Polski, z ogródka moich rodziców. Uśmiechnął się i poprosił o… jabłko. Gdy mu je podałam, przekazał jabłko kardynałowi Dziwiszowi, a potem wszystkich nas pobłogosławił i prosił o przekazanie swojego błogosławieństwa naszym bliskim, studentom, koleżankom i kolegom z uczelni.

Trudno jest opisać emocje, jakie nam towarzyszyły podczas tej zbiorowej audiencji. Przyznam, że to pierwsze spotkanie z papieżem Polakiem zrobiło na mnie dużo większe wrażenie niż prywatna audiencja parę lat później. Byliśmy z mężem i moim profesorem G.P. Manganozzim oraz jego synem, ówcześnie młodym kapłanem wyświęconym przez naszego papieża. Podczas tej drugiej audiencji przypomniałam mu o polskim jabłku. Świetnie pamiętał. Pytał o moich kolegów i koleżanki i raz jeszcze podziękował.

Wracając z Rzymu do Messyny odwiedziliśmy Neapol i słynne Pompeje, do których nie mieliśmy szansy się dostać, ale na hasło papa Wojtyla i Polacchi weszliśmy bez biletów. Podobnie szczęście dopisało nam w Sorrento, a na Capri spędziliśmy noc w pięknym parku wśród śpiewających cykad pod pomnikiem Lenina. Nie żartuję, tam jest jego pomnik. Cały nasz pobyt był fantastyczny, wszędzie otaczano nas serdecznością i goszczono. Było to dla nas bardzo ważne, gdyż dzięki temu mogliśmy skosztować najwspanialszych włoskich potraw i win w odwiedzanych przez nas miejscach, na które nie było nas stać.

Powiedziałam wcześniej o cudzie! Tak, dla nas to był prawie cud, gdyż bilety kolejowe wystawione w Polsce w trzech językach: polskim, niemieckim i angielskim, opiewały tylko na podróż do Messyny i powrót do Warszawy. A my, korzystając z niewiedzy konduktorów, zjechaliśmy niezły kawałek Włoch.

Dla mnie to papieskie błogosławieństwo było szczególne. Dostałam stypendium na uczelni w Messynie, nauczyłam się języka włoskiego i mam tam do dziś wspaniałych przyjaciół. Również wiele osób z naszej grupy miało okazję skorzystać z tych włoskich kontaktów. Krzysztof, nasz tłumacz, wiele lat później został jednym z sekretarzy konsularnych we Włoszech. Ewa – inżynier, nawiązała współpracę z kolegami z Włoch. Andrzej – znany architekt, profesor z Krakowa, także utalentowany malarz i poeta, do dziś wspomina tamte chwile. Wiem, że również medycy wielokrotnie korzystali z tych kontaktów.

Kiedy w październiku 1978 roku, stojąc na przystanku autobusowym na ulicy Puławskiej, usłyszałam wiadomość, że kardynał Karol Wojtyła został papieżem, nie miałam pojęcia, że będę miała okazję go spotkać, poznać i rozmawiać z nim. Dzięki niemu pokochałam język włoski i Włochy, gdzie miałam możliwość studiowania. To był naprawdę cud.

RADOŚĆ I PŁACZ

– Do Nowego Jorku przyjechał nasz papież Jan Paweł II. W jego planach była wizyta w Financial District na Manhattanie. Był to październikowy poranek i właśnie jechałam do pracy. Miałam wówczas butik w budynku American Express przy 125 Broad Street. Wysiadłam z metra i miałam do przejścia do mojego butiku trzy przecznice. Nagle zobaczyłam tłumy ludzi, usłyszałam muzykę i okrzyki: Jan Paweł! Jan Paweł! – opowiada Alicja Kowalczyk. – Ludzie mieli w rękach tysiące biało-czerwonych chorągiewek i ulotek oraz ogromne ilości konfetti. Wszystko szybowało w powietrzu, a potem upadało na ziemię. Nie było szans, abym się przedostała przez te tłumy. Jakaś niesamowita euforia opanowała ludzi. Jedni głośno krzyczeli, inni modlili się, także odmawiali różaniec. Widziałam radość i płacz wokół.

Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że papież to przywódca religijny, nie milioner ani polityczna osobowość, katolik z polskiej ziemi – i tak go witała rzesza nowojorczyków, w tym finansowa elita z Wall Street. Oczywiście, że i ja sama zaczęłam popłakiwać, ale… z radości, że ja, Polka, mogę oglądać, jak Amerykanie witają polskiego papieża.

PAPIEŻ ZAWSZE POMOŻE

– Spotkałam się z Janem Pawłem II w 1999 roku. Jest to dla mnie szczególna data, bo w tym roku zmarł mój ojciec. Bardzo przeżyłam jego śmierć. Czułam się rozbita. Mieszkaliśmy na Podkarpaciu, niedaleko Rzeszowa, blisko parafii Górno pod wezwaniem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. W Górnie mieszkała też szczególna rodzina Ożogów. Pracujący na Uniwersytecie Jagiellońskim prof. Krzysztof Ożóg, z okazji 400-lecia naszej parafii, napisał książkę „Dzieje parafii Górno 1599-1999″. Nasz proboszcz zorganizował wycieczkę do Rzymu, aby… przekazać tę książkę papieżowi – opowiada Władysława Staniszewska. – W ostatniej chwili podjęłam decyzję, że pojadę na tę pielgrzymkę. Było to dla mnie wielkie wyrzeczenie, bo musiałam zostawić małe dzieci, męża i pracę. I nie żałuję.

Spotkania z Janem Pawłem II były zawsze niezwykłym przeżyciem dla wiernych (Zakopane, 1997) FOTO: EPA

Pojechaliśmy autokarem. Po drodze zwiedzaliśmy różne sanktuaria. Była to cudowna wycieczka, dobrze zorganizowana. Chłopak z naszej parafii był wtedy księdzem w Watykanie, blisko papieża, i on był naszym przewodnikiem.

W środę, na placu Świętego Piotra, uczestniczyliśmy w zbiorowej audiencji z papieżem. Dzień później polski papież spotkał się z naszą grupą. Każdy miał na szyi żółtą chustkę – taki charakterystyczny znak, abyśmy się nie pogubili. Witała nas Gwardia Papieska. Weszliśmy po schodach do budynku, a potem przeszliśmy przez wiele komnat i stanęliśmy w sali, czekając na Jana Pawła II. Już z trudem chodził, utykał, ale o własnych siłach przyszedł do nas. Pamiętam, że miał charakterystyczne brązowe buty. Przywitał się z nami serdecznie i długo rozmawiał. Miałam okazję uścisnąć jego dłoń i pocałować pierścień. Wykazał wielkie zainteresowanie książką. Przekazał mu ją nasz proboszcz, ksiądz Jan Lip.

Do dziś pamiętam tę pielgrzymkę i to spotkanie, bo Jan Paweł II zawsze był dla mnie kimś ważnym. Było to niesamowite przeżycie. Ten osobisty kontakt z nim dał mi bardzo dużo. Mam zdjęcie, jak stoję obok papieża. Wróciłam podniesiona na duchu. Poczułam się osobą wybraną, której dane było spotkać się z takim człowiekiem. Do domu weszłam śpiewając pieśń „A pokój niech będzie z wami”. Lżej przeżywałam potem żałobę po ojcu.

Kolejne moje spotkanie z papieżem było w Sandomierzu. Pojechałam tam z mężem i dwiema córkami. Był straszny upał. Dzień wcześniej papież przewrócił się w Krakowie i potem miał plaster na czole.

Teraz, jeśli źle się czuję, coś mnie gnębi, modlę się do św. Jana Pawła II, bo wiem, że pomógł mi kiedyś, pomoże i teraz.

Papież zmarł 2 kwietnia 2005 roku. W 2005 roku przylecieliśmy do Stanów Zjednoczonych. 2 kwietnia 2001 roku urodziłam drugą córkę Dagmarę. Kiedy obchodzimy jej urodziny, zawsze wspominamy Jana Pawła II. Wiem, że papież zawsze jest z nami. Pomagał mi w różnych sytuacjach i dalej będzie pomagał –głęboko w to wierzę.

JEST OBECNY W MOIM ŻYCIU

Nasza rodzina od pokoleń związana jest z Krakowem. To ukochane miasto Karola Wojtyły. To tu studiował, przeżywał swoją młodość, to tutaj właśnie został mianowany biskupem pomocniczym, a później arcybiskupem metropolitą krakowskim.

„Mój Kraków, miasto mojego życia, naszych dziejów” – te słowa powiedział 10 czerwca 1987 roku podczas trzeciej papieskiej pielgrzymki do Polski.

To właśnie w Krakowie, jako sześcioletnia dziewczynka, po raz pierwszy zobaczyłam Karola Wojtyłę – opowiada Ania Navas. – Było to podczas uroczystej mszy świętej w kościele Mariackim na krakowskim Rynku, gdzie moja ukochana prababcia Anna zabierała mnie nieomal w każdą niedzielę. Jedna z tych letnich niedziel w 1964 roku utkwiła mi szczególnie w pamięci. Mszę świętą odprawiał wtedy niedawno mianowany na arcybiskupa Karol Wojtyła. Pamiętam jak po mszy zbliżył się do wiernych, aby ich pobłogosławić. Byłam onieśmielona jego godną postawą, uroczystym strojem, lecz podeszłam i otrzymałam błogosławieństwo, które miało mi od tej chwili towarzyszyć przez całe moje życie.

Uczestniczyłam jako młoda dziewczyna, później studentka, w trzech jego pierwszych pielgrzymkach do Polski. Nigdy nie zapomnę wieczoru, kiedy stojąc wśród zgromadzonej tłumnie młodzieży pod jego oknem przy ul. Franciszkańskiej 3, prosiliśmy, żeby z nami zaśpiewał. Karol Wojtyła kochał młodzież. Mimo zmęczenia nie zawiódł nas. Pokazał się w oknie i prowadził z nami żartobliwy dialog, zachęcał do modlitwy, dodawał otuchy.

Później wielu z nas, młodych, wyemigrowało z kraju. Zamieszkaliśmy w różnych krajach świata, na kilku kontynentach. Nigdy nie zapomnieliśmy o papieżu Polaku. Był naszą ostoją, naszą stałą wartością, drogowskazem wśród zawiłych ścieżek życia. Na emigracji stawał się symbolem łączności z polskością.

Kiedy odszedł 2 kwietnia 2005 roku, nie mógł być z nami w postaci cielesnej, ale jego duch przetrwał i towarzyszy nam zawsze i wszędzie.

Święty Jan Paweł II był ze mną, kiedy ciężko chora na raka błagałam o wstawiennictwo i łaskę życia. Był też ze mną duchowo, kiedy cudownie uleczona odbywałam pielgrzymkę dziękczynną od Watykanu, poprzez Fatimę, Lourdes, Maderę, aż nawet do Hawany na Kubie.

Pomnik św. Jana Pawła II w Hawanie na Kubie
FOTO: ARCHIWUM A. NAVAS

Nie zabrakło jego światłości, kiedy z gronem przyjaciół zakładaliśmy Koło Sympatyków Fundacji Świętego Jana Pawła II na Florydzie.

Do dzisiaj czuję jego duchową obecność w moim życiu i jego nauki są dla mnie ponadczasowe. Oby dotarły do młodego pokolenia w tych wyjątkowo trudnych czasach.

ŻANIEC Z MEKSYKU

– Kiedy papież przybył do Stanów Zjednoczonych w roku 1995, byłem w tym kraju już dwa lata i pracowałem jako taksówkarz w New Jersey – wspomina Piotr Zieliński. – Wszyscy wokół mówili o tej wizycie: i nasi rodacy, i moi klienci, różnych narodowości. To, że jestem Polakiem, zachęcało do rozmów ludzi korzystających z taksówki i podczas kursów wypytywali mnie o Polskę i o papieża Polaka. Wiedziałem, że będzie wielkie spotkanie z Janem Pawłem II na stadionie Giants w East Rutherford, NJ, ale nawet nie przyszło mi do głowy, aby starać się o wejściówkę, bo wiedziałem, że chętnych jest wielu i już słyszałem od znajomych o daremności ich zabiegów. Okazało się jednak, że Opatrzność miała na ten temat swoje zdanie. Otóż na dwa dni przed mszą papieską do mojej taksówki wsiadł późnym wieczorem pasażer, który podał adres w dość odległej miejscowości. Dłuższa podróż skłoniła nas do rozmowy. Jak większość z moich klientów, mężczyzna zapytał – słysząc mój akcent – z jakiego kraju pochodzę. Gdy dowiedział się, że z Polski, oczywiście nawiązał do pielgrzymki papieskiej mówiąc, że specjalnie przyjechał z Meksyku, aby zobaczyć Ojca Świętego. Odparłem, że ja takiego szczęścia, niestety, nie będę miał, bo bardzo trudno dostać bilety na stadion. Pasażer na chwilę zamilkł, a potem stwierdził, że tak być nie może, aby Polak żyjący na obczyźnie nie mógł zobaczyć swojego wielkiego rodaka. „Przyjedź po mnie za dwa dni, aby zawieźć mnie do East Rutherford na papieską mszę. Będę miał również bilet dla ciebie” – oświadczył. I słowa dotrzymał. Miałem więc to wielkie szczęście i przywilej, by doświadczyć obecności św. Jana Pawła II, widzieć go, słyszeć i wraz z ogromną rzeszą ludzi brać udział w odprawianym przez niego nabożeństwie. Modliłem się wówczas za swoją rodzinę, w tym dwóch synów, z których jeden niedawno się urodził. No i ułożyło nam się całkiem nieźle w naszym amerykańskim życiu. A na pamiątkę tego zdarzenia pozostał mi różaniec, który dostałem od Eduarda, niezwykłego pasażera z Meksyku. I chociaż nie wręczył mi go bezpośrednio papież, to różaniec ten jest dla mnie bardzo cenny, bo przypomina o ludzkiej życzliwości i bezinteresowności.

SPOKÓJ I WYCISZENIE

– W 1984 roku, przed świętami wielkanocnymi, byłam z grupą około 30 osób na pielgrzymce we Włoszech. Mieszkaliśmy w Domu Polskiego Pielgrzyma tuż przy Watykanie. W dniu odjazdu mieliśmy zatwierdzoną prywatną audiencję u papieża Jana Pawła II – opowiada Barbara Brunagel. – O godzinie 5 rano stanęliśmy przed wejściem do bram Watykanu. Poprowadzono nas długimi korytarzami. Napięcie rosło, serce biło coraz mocniej, bo szliśmy na spotkanie z wielkim człowiekiem. Wprowadzono nas do prywatnej kaplicy Jana Pawła II. Panowała tam cisza. Papież klęczał, odmawiał poranną modlitwę. Modlił się dosyć długo. Stałam i patrzyłam na niego z zapartym tchem, a serce waliło mocno. Było tak cicho, że obawiałam się czy tego nie słychać. Papież, po skończonej modlitwie, przywitał nas z uśmiechem. Zapytał skąd jesteśmy, z jakiej parafii. Po wymianie zdań udzielił nam komunii świętej. Był to niezwykły moment – otrzymać komunię świętą z rąk papieża. Była to najświętsza komunia, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Wszystkie moje kłopoty i zmartwienia odeszły, poczułam się bardzo spokojna.

Polonijni pielgrzymi ze Stanów Zjednoczonych na placu św. Piotra w pierwszą rocznicę śmierci papieża Jana Pawła II (2006 r.) FOTO: EPA

Z kaplicy wprowadzono nas do sali audiencyjnej. Papież podchodził do każdego, krótko rozmawiał, wręczał różaniec i błogosławił. Kiedy stanął przede mną – zaniemówiłam z wrażenia. Ujął moją dłoń i wtedy poczułam coś dziwnego – to był  uścisk ojcowski, opiekuńczy, taki, jaki pamiętałam z dzieciństwa, kiedy tatuś trzymał moje ręce. Z twarzy papieża biła dobroć, spokój, łagodność. Ze wzruszenia nie mogłam wydobyć głosu. Już odchodził do następnej osoby, a ja wydobyłam wreszcie z siebie jakiś głos, więc… wrócił do mnie. Uśmiechnął się, pobłogosławił mnie drugi raz, a ja stałam cały czas jak wryta. Czułam się jakbym była w innym świecie. Był to najpiękniejszy moment w moim życiu.

Wróciłam do domu spokojna, wyciszona, wolna od wszelkich stresów. Byłam w stanie podołać wszystkim obowiązkom.

BYWAŁ W DOMU MOJEGO DZIADKA

– Jak wielu krakowian, miałem to szczęście, że w 1970 roku byłem bierzmowany przez kardynała Karola Wojtyłę – powiedział Jacek Sołtys z Baltimore. – Potem wielokrotnie bywałem pod oknem na ulicy Franciszkańskiej w czasie jego pielgrzymek. Podczas pierwszej brałem udział w harcerskiej Białej Służbie, pomagającej organizacyjnie przybyłym z całej Polski pielgrzymom.

Pamiętam, że w latach 60. arcybiskup Karol Wojtyła bywał w naszym domu, bo znał się z dawnych czasów (chyba okupacji) z moim dziadkiem. Byłem wtedy małym chłopcem, więc do rozmów dorosłych dopuszczany nie byłem. Moja mama, jako działaczka Klubu Inteligencji Katolickiej i Komitetu Obrony Robotników, bywała w kurii i współpracowała z kardynałem Wojtyłą.

Byłem trzy razy w Nowej Hucie w słynnym kościele Arka Pana i słuchałem kazań kardynała Wojtyły. Odwiedziłem też Wadowice, kiedy powstało muzeum poświęcone polskiemu papieżowi. Dla mnie ogromnie istotne jest to, że wiele osób, które bierzmował i nauczał, chodzi ulicami miast na całym świecie, także w Baltimore, w stanie Delaware, gdzie teraz mieszkam.

1 KOMENTARZ

Comments are closed.