„Jarmuż” i „Pałąk” – bohaterowie słynnego powstańczego ślubu

446
Słynne zdjęcie zrobione podczas powstańczego ślubu sanitariuszki Alicji Treutler ps. "Jarmuż" i podchorążego Bolesława Biegi ps. "Pałąk" / Foto: EUGENIUSZ LOKAJSKI PS. "BROK"/MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO; Koloryzacja: MIKOŁAJ KACZMAREK

"Było to dla nas wielkie doświadczenie, przykre i trudne, ale walczyliśmy, żeby się jakoś ratować przed śmiercią z rąk niemieckich. Gdybyśmy nie rozpoczęli powstania, to i tak by nas wykończyli. Szczęśliwie ja i moja żona przeżyliśmy" – mówi Bolesław Biega ps. "Pałąk", który 13 sierpnia 1944 roku wziął ślub z sanitariuszką Alicją Treutler ps. "Jarmuż". Został on utrwalony na zdjęciach zrobionych przez Eugeniusza Lokajskiego ps. "Brok". Dzięki temu stał się on najbardziej znanym powstańczym ślubem.

Bolesław Biega (znany również jako Bill Biega) wraz z żoną Alicją (znaną też jako Lili) przeżyli wspólnie 75 lat. Od 1951 roku mieszkali w Stanach Zjednoczonych, gdzie pan Bolesław odniósł duży sukces jako biznesmen. Doczekali się pięcioro dzieci i dwanaścioro wnucząt. Pani Alicja zmarła we wrześniu 2019 roku. Bolesław Biega swoją powstańczą działalność oraz życie w Stanach Zjednoczonych opisał w książce „Thirteen is My Lucky Number”.

W tym roku Alicja Treutler ps. „Jarmuż” i Bolesław Biega ps. „Pałąk” zostali uhonorowani plakatem powstańczym, który można zobaczyć w wielu polonijnych biznesach oraz znaleźć w oddziałach Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej.

Panie Bolesławie, kiedy i w jaki sposób włączył się pan w działalność podziemnego ruchu oporu?

W czasie wojny, gdy Niemcy zamknęli wszystkie szkoły, gimnazja i uniwersytety ojciec poprzez jakiś swoich znajomych wysłał mnie do pracy w lesie. Było to zimą 1939 roku, kiedy w Warszawie zaczęły się częste aresztowania i łapanki, więc uważał, że tam będę bezpieczniejszy. W tym lesie pracował pewien polski oficer, który później został zatrzymany i zginął w obozie w Auschwitz-Birkenau. Właśnie on skontaktował mnie z ludźmi z ruchu podziemnego, do którego od razu wstąpiłem. Gdy zaczęła się ofensywa przeciwko Rosji to Niemcy nagle zrozumieli, że potrzebują techników i pielęgniarzy. Wtedy otworzyli szkołę Wawelberga (Wyższą Szkołę Inżynierską im. Hipolita Wawelberga i Stanisława Rotwanda – przyp. WM), gdzie kształcono techników. Jednak przy okazji profesorowie uczyli nas według programu politechniki. W ten sposób, w czasie wojny, zdobyłem dyplom inżyniera elektryka Politechniki Warszawskiej. W czasie nauki, równocześnie działałem w ruchu podziemnym i przeszedłem szkołę oficerską. W trakcie tych szkoleń wyjeżdżaliśmy do lasów, gdzie przeprowadzaliśmy ćwiczenia z bronią, itp. Robiliśmy to, mimo że było to bardzo niebezpieczne. Później zostałem mianowany dowódcą 2. plutonu 2. kompanii batalionu „Kiliński”. W związku z tym prócz nauki na politechnice spędziłem wiele godzin na szkolenie członków swojego plutonu. Byli w nim głównie dorośli, pracowici mężczyźni. Oczywiście musiałem ich nauczyć wszystkiego co dotyczy broni i jej obsługi, granatów i potrzebnych nam rzeczy.

Jakie zadanie miał pański pluton podczas wybuchu powstania?

Naszym pierwszym głównym celem była Poczta Główna na placu Napoleona, który obecnie nosi nazwę Powstańców Warszawskich. Dzień przed wybuchem powstania zebraliśmy się w prywatnych mieszkaniach przy ulicy Marszałkowskiej. Pierwszego sierpnia o godz. 5 po południu wyszliśmy z ukrycia i zaczęliśmy walkę. Pierwszym obiektem był budynek PKO, który zdobyliśmy w ciągu pół godziny bez większej walki. Później mój pluton miał za zadanie opanować i kontrolować wszystkie narożniki placu Napoleona, naprzeciwko Poczty Głównej. Niestety w czasie tej akcji, przed pocztą, zostałem trafiony kulami z karabinu maszynowego.

Nieco później wziął pan słynny powstańczy ślub z sanitariuszką Alicją Treutler ps. „Jarmuż”. Jak do tego doszło?

Jako ranny trafiłem do szpitalika znajdującego się w piwnicy sklepu papierniczego przy ulicy Moniuszki. Również dowódca naszej kompanii Franciszek Szafranek ps. „Frasza” został ranny i leżał na sąsiednim łóżku. Tam odwiedzała mnie przyjaciółka Alicja, którą nazywałem Lili. Znałem ją jeszcze sprzed wybuchu wojny. Była to córka Hanny Treutler siostry trzeciej żony mojego ojca. Lili chodziła do szkoły Zaorskiego (Szkoła dr. Jana Zaorskiego – przyp. WM), której zajęcia odbywały się w gmachu Uniwersytetu Warszawskiego. Pod płaszczykiem szkolenia pielęgniarzy prowadzono tam studia medyczne. Ona zorganizowała pluton sanitariuszek złożony z młodych kobiet. Uczyła ich zakładać opatrunki, leczyć rany, itp. Podczas powstania jej pluton również był częścią 2. kompanii batalionu „Kiliński”. Tak więc, gdy zostałem ranny, to Lili, jak tylko znalazła chwileczkę czasu, to często mnie odwiedzała. Ten szpitalik był bardzo blisko Poczty Głównej i ona miała tylko parę minut by tam dojść ze swojej kwatery. Nasz dowódca widząc to stwierdził, że chyba bardzo się kochamy i zapytał: „Dlaczego nie weźmiecie ślubu?”. Odpowiedziałem mu, że nie wiem jak to zrobić bo jest wojna. Wtedy on powiedział, że wszystko zorganizuje i wysłał meldunek do dowódcy batalionu „Kiliński”. W ciągu dwóch godzin przyszła odpowiedź, że kapelan batalionu udzieli nam ślubu następnego dnia w południe. Gdy Lili dostała wiadomość, że ma przyjść do szpitalika na swój ślub, była tym bardzo zaskoczona. Była to dla niej wielka niespodzianka, mimo że miesiąc wcześniej rozmawialiśmy o tym żeby się w przyszłości pobrać. Jednak planowaliśmy to zrobić dopiero po zakończeniu wojny, i oczywiście jak ją przeżyjemy. Okazało się, że nie miała jednak nic przeciwko decyzji o ślubie podczas powstania. Powiedziała „tak” i w ten sposób się pobraliśmy. 

Bolesław Biega znany również jako Bill będzie gościem specjalnym uroczystości związanych z 77. rocznicą wybuchu powstania warszawskiego, które odbędą się na Greenpoincie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Pamięta pan dzień ślubu i tę nietypową ceremonię?

Ślub odbył się 13 sierpnia 1944 roku o godz. 11 rano w sklepie papierniczym, w którego podziemiach był szpital. Żona lekarza, który uratował i opatrzył moją rękę znalazła polski mundur i rozcięła rękaw, żebym go mógł założyć. Z kolei przyjaciółki mojej żony, które mieszkały blisko placu Napoleona dały jej czystą bluzkę i spódnicę. I tak byliśmy ubrani. Jedna z pielęgniarek zapytała się czy mamy obrączki, więc jej odpowiedziałem, że nie. Tak więc spojrzała na firankę, wzięła nożyczki i obcięła z nich dwa mosiężne kółka, które posłużyły nam za obrączki. Z kolei ołtarz został zrobiony był z dwóch bel papieru. Ślubu udzielił nam kapelan ks. Wiktor Potrzebski ps. „Corda”.

Kto był obecny na waszym ślubie?

Niestety w tym czasie był niemiecki atak na nasze pozycje przy Nowym Świecie, tak więc z mojego oddziału nikt nie mógł przyjść na nasz ślub. Atak został odparty dopiero wieczorem i wtedy ja z moją żoną poszliśmy na pocztę, i tam wszyscy mieliśmy ucztę z niemieckich zapasów, które wcześniej zdobyliśmy. Były francuskie sardynki i wino. Natomiast w naszym ślubie uczestniczyli tylko ci co byli w szpitalu i mogli wstać z łóżka i chodzić. Pojawiły się również trzy, może cztery dziewczyny z plutonu Lili, które akurat były w tym czasie wolne. Przyszedł również mój ojciec, który też uczestniczył w powstaniu i był członkiem podziemnego rządu. Jego biuro mieściło się na ulicy Mazowieckiej, więc miał bardzo blisko. Tak się złożyło, że po drugiej stronie ulicy była również kwatera jednostki propagandowej Armii Krajowej i gdy dotarła tam wiadomość, że niedaleko udzielany jest ślub, to przyszli z aparatami fotograficznymi i kamerą, i nas sfilmowali. To słynne zdjęcie z powstańczego ślubu zostało zrobione właśnie wtedy.

Dlatego też wasz ślub został uwieczniony i jest najbardziej znanym z okresu powstania.

Oczywiście podczas powstania było wiele innych ślubów, ale nasz został uznany za ten najsłynniejszy. Stało się to dlatego, że był sfilmowany i sfotografowany, a to było zrobione zupełnie przypadkowo i tylko dlatego, że po drugiej stronie ulicy była siedziba jednostki propagandowej Armii Krajowej. Ten fotograf, Eugeniusz Lokajski ps. „Brok” zginął jakiś miesiąc później. Jego żona ukryła wszystkie filmy w metalowej puszce, którą zakopała, dzięki czemu uratowało się wiele powstańczych zdjęć. Po wojnie, po tzw. oswobodzeniu ona je odkopała. Gdy tylko oficerowie UB dowiedzieli się o tych zdjęciach to chcieli je skonfiskować. Ona została jednak uprzedzona przez kogoś o tej rewizji i znów szybko je ukryła. Zostawiła tylko jeden film, który został zabrany przez UB. Filmy te ponownie odkopała w 1972 roku, już za czasów Edwarda Gierka. Co prawda był wtedy jeszcze komunistyczny rząd, ale już zdecydowanie łagodniejszy niż po wojnie. Dlatego też te zdjęcia z powstania zaczęły się pojawiać w gazetach i różnych czasopismach, przez co teraz są bardzo znane.

Jaka była reakcja waszych rodziców na decyzję o ślubie w tak trudnym okresie, jakim było powstanie warszawskie?

O tym, że się pobraliśmy matka mojej żony dowiedziała się dopiero dziesięć dni po ślubie. Ona mieszkała na południowej stronie Śródmieścia, a wtedy było bardzo ciężko przejść przez Aleje Jerozolimskie, bowiem nie było jeszcze tunelu, który później zrobiliśmy. Mój ojciec – jak wspomniałem wcześniej – uczestniczył w naszym ślubie, chociaż początkowo był mu przeciwny. Dopilnował nawet formalności prawnych bowiem kapelan, który udzielał nam ślubu wypełniając dokumenty zamiast nazwisk wpisał nasze pseudonimy „Pałąk” i „Jarmuż”. Gdy to zauważył mój ojciec to od razu zwrócił uwagę, że akt ślubu nie może być konspiracyjny, tylko musi zawierać prawdziwe nazwiska. Tak więc dokument ten został podarty i na nowym kapelan wpisał już nasze nazwiska. Mam to świadectwo ślubu do dzisiaj.   

Co się działo później po tym nietypowym ślubie i późniejszym przyjęciu w siedzibie Poczty Głównej? Wrócił pan do szpitala?

Zostałem już na Poczcie Głównej, mimo że nadal byłem ranny i miałem całą rękę w gipsie. Zostałem już tam z naszą jednostką. Niestety większość naszej kompanii albo zginęła, albo została ciężko ranna, tak więc było nas niewielu. Powróciłem do tej garstki plutonu, który pozostał. Walczyliśmy wtedy na ulicy Brackiej. Po pewnym czasie, gdy Sowieci byli po drugiej stronie Wisły i nic nie robili żeby nam pomóc, Niemcy szybko się zorientowali, że z ich strony nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. Przez to mogli całe swoje siły ze wschodniej strony rzeki cofnąć na jej zachodni brzeg, by nas kompletnie zniszczyć. Pod koniec sierpnia braliśmy udział w walkach o budynek PAST-y, który zdobyliśmy. Natomiast na początku września została zbombardowana Poczta Główna, gdzie przebywaliśmy. Pod jej podłogą był schron wybudowany przez Niemców. Zanim doszło do bombardowania, miałem jakieś przeczucie i powiedziałem żonie oraz kolegom żeby tam nie wchodzili, żebyśmy ukryli się w jakimś rogu budynku, ale nie w schronie. I dzięki temu szczęśliwie uniknęliśmy śmierci, ponieważ bomba trafiła w samo centrum tej podłogi i cały betonowy dach tego schronu spadł i zabił wszystkich, którzy tam się znajdowali. Tak więc moje przeczucie ocaliło nie tylko mnie i Lili, ale również kilku naszych kolegów. Po tym ataku przeszliśmy do szkoły Górskiego (Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie – przyp. WM). Wtedy moja żona miała przeczucie i stwierdziła, że na pewno ten budynek będzie kolejnym celem niemieckich lotników, i powiedziała, żebyśmy poszli stamtąd. Miała rację, ponieważ tego samego dnia po południu szkoła Górskiego została zbombardowana. Zginęło tam wielu ludzi z 3. kompanii. Tak więc pod koniec powstania z 2. i 3. kompanii pozostało tylko kilkanaście osób. Ja dowodziłem wtedy grupą złożoną z czternastu ludzi. Prawie wszyscy z nich byli lekko ranni, ale jeszcze byli w stanie utrzymać karabiny i walczyć. Ja ze względu na moją ranną ręką posługiwałem się tylko pistoletem. Ostatnie dwa, może trzy tygodnie powstania spędziliśmy w zniszczonym budynku, w którym kiedyś znajdował się słynny sklep Radzymińskiego. Między nami a Bankiem Gospodarstwa Krajowego, w którym stacjonowali Niemcy były tylko góry gruzów. Był to już dużo spokojniejszy czas. Niemcy używali wtedy tylko czołgów, samolotów oraz artylerii i nie byli już chętni do otwartej walki, tym bardziej, że na początku powstania odnieśli w ten sposób duże straty. Jednak byliśmy w miarę bezpieczni ponieważ nasze stanowisko było zbyt blisko niemieckich pozycji żeby nas zbombardowali z powietrza. Teraz – jak to opowiadam – to niektórzy Amerykanie, zwłaszcza ci pamiętający wojnę w Wietnamie, nie mogą uwierzyć, że dzieliło nas około 300 metrów i nikt nikogo nie atakował. Niemcy wiedzieli już wtedy, że z nami wygrają, że dzięki bombardowaniom i ostrzałom artyleryjskim nas wykończą… i nas wykończyli. W ostatnich dniach powstania wróciliśmy do jednego ze szpitali znajdującego się przy ulicy Marszałkowskiej. Po rozejmie Niemcy przetransportowali cały szpital wraz z ekwipunkiem i zapasami oraz pacjentami i personelem lekarskim do obozu Stalag IV-B Zeithain (szpitalnego), niedaleko Mühlberga, gdzie znajdował się Stalag IV-A.

Jakie warunki tam panowały?

W obozie, co być może nieco zaskoczy niektóre osoby, Niemcy nas nawet dobrze traktowali. Oczywiście panował tam głód, ponieważ przez cały dzień dostawaliśmy do jedzenia tylko kawałek chleba, kawałek margaryny i trochę zupy, ale ogólnie byliśmy dobrze traktowani. Głodowaliśmy do czasu gdy zaczęły tam docierać paczki Czerwonego Krzyża z Ameryki, Wielkiej Brytanii, Szwecji oraz Szwajcarii, i to nas utrzymywało przy życiu. Oczywiście Niemcy sporo tych paczek ukradli, ale co najmniej połowa z nich do nas doszła.

Ślub sanitariuszki Alicji Treutler ps. „Jarmuż” i podchorążego Bolesława Biegi ps. „Pałąk” odbył się 13 sierpnia 1944 roku / Foto: EUGENIUSZ LOKAJSKI PS. „BROK”/MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Kto was oswobodził?

Nasz obóz znajdował się na wschód od Łaby, a do końca marca 1945 roku Amerykanie zajęli całe środkowe Niemcy i doszli do rzeki Mulde (Mulda), na której znajdowała się umowna granica wpływów zaznaczona na mapie przez Stalina podczas konferencji w Jałcie. Wojska amerykańskie zatrzymały się przy tej rzece i czekały aż Sowieci przyjdą tam od wschodniej strony. Obóz miał kształt trójkąta, na jednym jego boku zostali więźniowie rosyjscy, na drugim byli Włosi, Polacy i grupa Francuzów, a na trzecim znajdowały się składy amunicji. Gdy Armia Czerwona zaczęła się zbliżać i było słychać jej artylerię, to w nocy cały niemiecki sztab uciekł. Wtedy kilku z nas zdecydowało, że nie będziemy czekać aż Sowieci nas oswobodzą i wyszliśmy z obozu. Piechotą przeszliśmy około 40-50 kilometrów, aż dotarliśmy do Amerykanów. Tak więc sami się oswobodziliśmy.

Powróćmy jeszcze na chwilę do powstania. Jak Niemcy traktowali powstańców po kapitulacji?

Z początku oczekiwaliśmy, że Sowieci przyjdą nam z pomocą, ale jak się później okazało oni wcale nie mieli takiego zamiaru. Nie pozwolili nawet Anglikom i Amerykanom lądować na swoich lotniskach. To wpłynęło na decyzje Niemców, zarówno te strategiczne jak i polityczne. Przez pierwsze cztery tygodnie powstania, gdy kogoś złapali to od razu rozstrzeliwali na ulicy. Pod koniec, gdy zauważyli, że Rosjanie nam nie pomagają, to chcieli to wykorzystać politycznie i zaczęli nas traktować według Konwencji Genewskiej, jak żołnierzy. Dlatego po kapitulacji nas nie rozstrzelali tylko zabrali jako jeńców do obozów. Niektórzy twierdzą, że Niemcy zmianą swojego postępowania i postawy w stosunku do powstańców chcieli pozyskać Polaków do walki przeciwko Sowietom. 

Jaka była wasza reakcja na wiadomość, że niestety musicie się poddać?

To był dla nas wielki smutek i przygnębienie. Ale co mogliśmy zrobić. Niestety, znikąd nie dostaliśmy żadnej pomocy więc się nie udało. Zdobyliśmy jednak całe śródmieście Warszawy, a większość z nas nie miała nawet broni. Ja dziesięć dni przed wybuchem powstania kupiłem od Niemca dziesięć karabinów. Mimo nierównej walki, i przewagi liczebnej Niemcy stracili w powstaniu około 20 tys. żołnierzy, którzy zginęli bądź zostali poważnie ranni. Osiągnęliśmy coś co było prawie niemożliwe do zrobienia. Było to dla nas wielkie doświadczenie, przykre i trudne, ale walczyliśmy, żeby się jakoś ratować przed śmiercią z rąk niemieckich. Gdybyśmy nie rozpoczęli powstania to i tak by nas wykończyli. Szczęśliwie ja i moja żona przeżyliśmy.

Jak wyglądało wasze życie po zakończeniu wojny?

Niestety w Polsce po wojnie, w najgorszym, komunistycznym okresie, my powstańcy byliśmy bardzo prześladowani. Mój ojciec, który był członkiem podziemnego rządu, a nawet brał udział w zebraniu podczas, którego dowództwo AK zdecydowało o rozpoczęciu powstania, został aresztowany przez UB i bez żadnego sądu wysłany do łagru na Syberii. Miało to miejsce parę tygodni po tzw. oswobodzeniu Polski. Ja z żoną po wojnie dostałem się do Anglii, tam zostałem zweryfikowany i otrzymałem stopień podporucznika. Później służyłem w Niemczech jako polski oficer łącznikowy przy Armii Amerykańskiej, aż do czasu gdy w końcu rząd USA uznał komunistyczne władze w Warszawie. Ja miałem rodzinę w Anglii, która mi pomogła zorganizować życie w tym kraju. W dodatku mówiłem doskonale po angielsku, ponieważ młode lata spędziłem w Londynie i w dalszym ciągu mówię z angielskim akcentem. Miałem wielu znajomych wśród oficerów amerykańskich z czasu gdy byłem oficerem łącznikowym i oni mi powiedzieli, że najlepsza przyszłość czeka na nas w Ameryce. Tak więc, gdy Kongres Stanów Zjednoczonych w 1950 roku wydał ok. 10 tys. specjalnych wiz dla oficerów i żołnierzy polskich jednostek w Anglii, to od razu złożyliśmy dokumenty i dostaliśmy wizy. Mieliśmy również tutaj przyjaciół, którzy nam pomogli zorganizować życie w Stanach Zjednoczonych. Przyjechaliśmy do Ameryki na początku 1951 roku.

Jak pan wspomina swoją żonę i małżeństwo?

Bardzo się kochaliśmy. Stworzyliśmy dobre małżeństwo i rodzinę. Doczekaliśmy się pięcioro dzieci, trzech synów i dwóch córek, oraz jedenaścioro wnuków i jednej wnuczki. Przeżyliśmy razem 75 lat. Lili podczas wojny była bardzo dzielna i odważna. Potrafiła nie tylko pomagać jako sanitariuszka, ale umiała obsługiwać broń i nie bała się iść walczyć. Zmarła we wrześniu 2019 roku.

Na zakończenie proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

Urodziłem się w Warszawie, ale wychowałem się w Anglii. Moja matka była Irlandką i nazywała się Marjorie Thomas. Niestety utopiła się podczas pływania jak miałem dwa lata. Mój ojciec, który również nazywał się Bolesław Biega, był dyplomatą i zarazem drugim sekretarzem poselstwa polskiego czyli ambasady polskiej w Londynie. Po śmierci mamy po raz drugi ożenił się z Angielką, która nazywała się Baba Seely i właściwie wychowali mnie jej rodzice w małym domku znajdującym się nad morzem, jakieś 200 kilometrów na północ od Londynu. Gdy miałem 12 lat to powróciłem do Warszawy ponieważ ojciec został wycofany z londyńskiej placówki do Polski. Pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie był specjalistą od traktatów handlowych z Ameryką i Anglią, a nawet dostał za swoją pracę order Polonia Restituta. Niestety trzy tygodnie po jego otrzymaniu został wyrzucony z MSZ ponieważ odmówił złożenia podpisu pod przysięgą wierności Piłsudskiemu. Później był naczelnym dyrektorem gazety „Wieczór Warszawski” i pełnił tę funkcję przez dwa lata. Natomiast ja po przyjeździe do Warszawy nauczyłem się języka polskiego. Uczęszczałem do słynnego gimnazjum Sułkowskich w Rydzynie koło Leszna Wielkopolskiego. Była to wzorowa szkoła o bardzo wysokim poziomie nauczania. Niestety rok przed maturą wybuchła wojna więc zdawałem ją na tajnych kompletach w czasie okupacji.

Alicja Treutler ps. „Jarmuż” i Bolesław Biega ps. „Pałąk” zostali w tym roku uhonorowani plakatem powstańczym, który można który można zobaczyć w wielu polonijnych biznesach oraz znaleźć w oddziałach PSFUK / Foto: ARCHIWUM GRAM-X PROMOTIONS