Język polski jest trudny dla śpiewaków

Rozmowa z polskim bas-barytonem Tomaszem Koniecznym

301
Tomasza Koniecznego można obecnie usłyszeć w Metropolitan Opera / WOJTEK KUBIK

Światowej sławy bas-barytona Tomasza Koniecznego obecnie można zobaczyć na deskach Metropolitan Opera w „Pierścieniu Nibelunga”, czteroczęściowym dramacie muzycznym Ryszarda Wagnera. Niedawno wystąpił także w Fundacji Kościuszkowskiej, gdzie z pianistą Lechem Napierałą zaprezentował polską wersję cyklu pieśni Franza Schuberta do poezji Wilhelma Müllera pt. „Winterreise”, czyli „Podróż zimowa”, z polskimi tekstami Stanisława Barańczaka.

Można pana zobaczyć głównie w dużych salach operowych oraz filharmoniach. Dzisiaj dał pan recital w Fundacji Kościuszkowskiej. Jakie są pańskie wrażenia z występu w tak kameralnym miejscu?
Jest to dla mnie ciekawe i oryginalne doświadczenie. Przyjechałem na występy do Nowego Jorku w roli wagnerowskiej w największym teatrze operowym na świecie. Przy okazji wraz z pianistą Lechem Napierałą daliśmy koncert kameralny w Fundacji Kościuszkowskiej, w niewielkiej sali, w warunkach, w jakich „Podróży zimowej” do tej pory jeszcze wspólnie nie prezentowaliśmy. Jest to dla mnie ciekawe przeżycie, ponieważ nawet nagrywając płytę z „Podróżą zimową” w studiu S1 Polskiego Radia, mieliśmy do dyspozycji większą powierzchnię. Jednak to doświadczenie będzie nam pomocne przy realizacji naszych dalszych planów koncertowych. Nie ukrywam, że dużo lepiej śpiewa mi się w większych salach – wtedy mój głos, którym operuję, brzmi lepiej. Natomiast występując w takiej sali jak w Fundacji Kościuszkowskiej, należy zmienić troszeczkę sposób artykulacji i podejść do występu nieco inaczej. Co prawda jest się później trochę zaskoczonym brzmieniem głosu w takich warunkach, ale są to wszystko elementy mojej pracy zawodowej. Tak więc traktuję ten występ nie na zasadzie, czy był lepszy, czy gorszy, tylko jako pewne doświadczenie, które było moim udziałem. Na pewno wyciągnę z niego wnioski na przyszłość.

Wspomniał pan o tym, że wspólnie z pianistą Lechem Napierałą daliście już w Polsce kilka występów z „Podróżą zimową”. Czy zamierzacie dalej promować ten program oraz włączyć go do swojej oferty koncertowej?
Wszystko co robimy, zarówno na scenie estradowej, jak i operowej, ma takie założenie, żeby wykonywać dany materiał jak najczęściej i jak najdłużej, a „Podróż zimowa” jest częścią naszego repertuaru. W naszym przypadku sytuacja jest szczególna, ponieważ jako pierwszą wykonaliśmy polską wersję „Winterreise”, a nie w niemieckim oryginale. Wynika to z faktu, że ja przez wiele lat zajmowałem się tylko i wyłącznie operą i śpiewaniem w teatrach operowych, natomiast kompletnie nie wykonywałem kameralistyki. Dzięki mojemu wspaniałemu pianiście Lechowi Napierale, który kilka lat temu skontaktował się ze mną i zaproponował, abyśmy spróbowali zrobić jakieś próbne recitale, zacząłem realizować moją pasję związaną z pieśniami. Od dawna chciałem je śpiewać, ale albo nie miałem na to czasu, albo pianisty, który mógłby mnie do tego zmobilizować. Udało się to Lechowi, i w związku z tym pojawił się pomysł zrobienia „Podróży zimowej” po polsku. Myślę, że gdybym zajmował się kameralistyką od dłuższego czasu, to pewnie „Winterreise”, czyli „Podróż zimową”, po niemiecku miałbym już dawno wykonaną w oryginale. Gdy zacząłem współpracę z Lechem, to pojawiła się propozycja z Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina nagrania pieśni Schuberta, ale z tekstami wspaniałego polskiego poety Stanisława Barańczaka. Jestem otwarty na różne pomysły, więc – w przeciwieństwie do wielu moich kolegów – chętnie podejmuję się nowych wyzwań. Właśnie „Podróż zimowa” była taką propozycją, przy której postanowiłem zaryzykować i wykonać cykl tych pieśni. Efektem końcowym było nagranie płyty z tym materiałem, co zrobiłem z Lechem Napierałą. Zagraliśmy także kilka koncertów z tym programem, przy którym ludzie ogromnie się wzruszali. Nie wiem, czy tak też będzie w Ameryce, ale proszę pamiętać o tym, że Barańczak pisząc te wiersze był profesorem na Harvardzie, mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych, a w dodatku tworzył jako imigrant. W związku z tym te teksty zarówno dla mnie, jak i dla Lecha Napierały bardzo wiele znaczą i mają niezwykłą wymowę z tego powodu, że wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu imigrantami. Nie wiem, na ile mój pianista się z tym utożsamia, bo co prawda mieszka na stałe w Wiedniu, ale pracuje w Polsce, natomiast ja od ponad 20 lat mieszkam za granicą i rzeczywiście jestem imigrantem. Nagrywając ten materiał byłem bardzo ciekaw, jak będą go odbierali ludzie w Polsce, ale także, jak będą na niego reagowali ci, którzy mieszkają poza granicą kraju, którzy znajdują się w takiej samej sytuacji, w jakiej był Barańczak pisząc te wiersze.

I jaka jest ta reakcja? Czy się czymś różni?
Reakcja jest bardzo pozytywna i dotychczas nie zauważyłem żadnej różnicy, ale nie mam jeszcze w tej kwestii zbytniego doświadczenia. Na razie jest mi trudno ocenić, co wpływa na tę reakcję, ponieważ w Fundacji Kościuszkowskiej wystąpiliśmy w pewnych szczególnych warunkach, między innymi z tego powodu, że sala jest dużo mniejsza od miejsc, w których dawaliśmy koncerty w Polsce. Bardzo chcemy wykonać „Podróżą zimową” na Harvardzie, gdzie Stanisław Barańczak pisał te wiersze. Myślę że Amerykanom będzie łatwiej przedstawić polską wersję „Winterreise” niż Niemcom czy Austriakom, bo dla niektórych z nich może to być obrazoburcze lub przynajmniej nieco dziwne.

Domyślam się, że chodzi panu o polskie teksty, które nie są tłumaczeniami tylko zupełnie nowymi historiami napisanymi przez Barańczaka.
Zarówno ja, jak i Lech Napierała przypuszczamy, że Stanisław Barańczak chciał przetłumaczyć „Winterreise”, ponieważ był zafascynowany tą kompozycją w wykonaniu wspaniałego austriackiego śpiewaka, żyjącego na początku XX wieku, legendarnego śpiewaka Opery Wiedeńskiej Hansa Hottera. Barańczak niejednokrotnie wspominał i pisał o tym, że jego wykonanie do niego przemawia i chwyta go za serce. Z kolei dla mnie Hotter, który śpiewał muzykę niemiecką z dużą liczbą utworów Wagnera, a zwłaszcza wcielał się w rolę Wotana, jest bardzo ważną wskazówką. Dlatego też zainteresowałem się tłumaczeniem Stanisława Barańczaka, ponieważ zaciekawiło mnie jego podejście do Hansa Hottera. Rzeczywiście jego interpretacja „Winterreise” bardzo odbiega od współczesnych wykonań tego utworu. Obecnie śpiewa się go bardzo lirycznie. Wykonują go barytony liryczne w sposób bardzo przeestetyzowany. Dla mnie to nie jest droga, którą chciałbym pójść jako śpiewak, dlatego bardzo ucieszył mnie pomysł Barańczaka, który polecał wersję Hansa Hottera, czyli mojego idola muzyki niemieckiej. Nasze przypuszczenia, że Barańczak chciał przetłumaczyć „Winterreise”, opieramy na tym, że ma on na swoim koncie wiele innych przekładów dzieł wokalnych. Jednym z nich było „Wesele Figara” z librettem Lorenza Da Ponte, które zresztą miałem przyjemność śpiewać w Poznaniu, w dodatku podczas swojego debiutu na deskach operowych. Tak więc z tłumaczeniem Stanisława Barańczaka spotkałem się już dużo wcześniej i było to fascynujące przeżycie, ponieważ ten tekst był niezwykle wesoły. On był błyskotliwy i dowcipny, dlatego nie spodziewałem się, że nagle pojawi się jakiś tekst egzystencjalny, który ma zupełnie inny wyraz. W „Podróży zimowej” Barańczak faktycznie przetłumaczył jeden wiersz i jest to piąty utwór pt. „Lipa” („The Lindenbaum”). Ta pieśń została bardzo dokładnie przełożona i ma identyczny sens jak w wersji niemieckiej. Wydaje mi się, że w trakcie tego tłumaczenia Barańczak się postanowił napisać swoje wiersze. Niezwykle ciekawym zjawiskiem w tym libretcie jest to, że te teksty idealnie pasują do muzyki skomponowanej przez Schuberta. Co prawda zmienia się troszeczkę rozłożenie akcentów w muzyce, na co ma także wpływ język polski, który jest zupełnie inny, w dodatku opowieść również jest zupełnie inna. U Millera i Schuberta chodzi o podróż wewnątrz siebie, o podróż egzystencjalną człowieka, który jest w coraz większej depresji, który cierpi po zawodzie miłosnym, ponieważ został odrzucony przez swoją ukochaną, prawdopodobnie z powodu różnicy klas. W związku z tym bohater „Winterreise” cierpi, podróżuje i coraz bardziej zbliża się do samobójstwa. Natomiast u Barańczaka sytuacja jest zupełnie inna. Co prawda występuje tu podróż wewnętrzna, ale w czasy młodości autora. Opisuje on lata spędzone w Polsce, w okresie PRL-u, zdominowanym smutnymi krajobrazami, a z drugiej strony pokazuje także rzeczywistość amerykańską, w której mieszka. W tym przypadku nie ma mowy o zbliżaniu się do samobójstwa, ale za to mamy do czynienia z człowiekiem w podeszłym wieku. Barańczak podkreśla to chociażby w ostatniej pieśni, mówiąc: „gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz”. Tak więc tutaj mamy podróż wewnętrzną pojedynczego człowieka i filozofa oraz konstatację dotyczącą ogólnej kondycji ludzkiej, z którą mamy obecnie do czynienia, oraz z którą też zmagał się Barańczak w 1984 roku. Tak więc jest to zdecydowanie inna opowieść. Ciekawostką jest natomiast fakt, że znając teksty Barańczaka i wracając do oryginalnych pieśni widzi się absolutne paralele do tego, co napisał Miller. Gdy zajmowaliśmy się tylko Barańczakiem, to nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Analizując niemieckie teksty widać, że Barańczak czerpał całymi garściami z oryginałów Millera. Jest to oczywiście odpowiednio przetworzone przez poetę, ale także przez narratora, we wszystkich możliwych kierunkach. Jednocześnie jest tam pewna analogia. Tak więc wielki szacunek dla Barańczaka, ale i wielki szacunek Barańczaka dla oryginalnej wersji tego dzieła. Wspominam o tym, ponieważ wraz z Lechem Napierałą postanowiliśmy wrócić do wersji niemieckiej i latem zamierzamy nagrać „Winterreise” w oryginalne.

A czy odczuwa pan jakąś różnicę śpiewając współczesne teksty, jak chociażby poezję Barańczaka, w porównaniu z utworami starszymi, a zwłaszcza z pieśniami wagnerowskimi?
To jest zupełnie coś innego. Moja obecna wędrówka i próba wykonywania utworów po polsku jest ciekawą przygodą. Wywodzę się z zawodu aktorskiego i na początku grałem wiele ról mówionych po polsku, natomiast prawie w ogóle nie śpiewałem po polsku, tylko po niemiecku. Tak więc dla mnie ojczystym językiem wokalnym jest język niemiecki, a teraz przez Barańczaka, Moniuszkę oraz wiele innych pozycji wracam do śpiewania w moim ojczystym języku. Muszę stwierdzić, że jednak są lepsze i łatwiejsze języki do śpiewania. Polski jest trudny dla śpiewaków. Problem polega na tym, że mamy dość małe bogactwo różnych samogłosek. Wszystkie są pootwierane i nie ma samogłosek zamkniętych, mamy tylko dwie „u” oraz „i”, gdy np. w językach włoskim, francuskim i niemieckim jest bardzo dużo pośrednich samogłosek zamkniętych, przez co melodyka jest kompletnie inna.

Gdzie będzie można jeszcze usłyszeć w Stanach Zjednoczonych „Podróż zimową” z polskimi tekstami?
Mamy nadzieję, że środowisko amerykańskie, a szczególnie uniwersyteckie, zainteresuje się naszą propozycją. Poczyniliśmy już pewne kroki w tym kierunku i mamy nadzieję, że będziemy mieli okazję wykonywać ten repertuar właśnie tutaj, w Ameryce, gdzie Barańczak napisał teksty wykorzystane do „Podróży zimowej” po polsku. Nie dajemy za wygraną, jeżeli chodzi o możliwość wykonania tego repertuaru również w Austrii, np. w Wiedniu, oraz w Polsce. Będziemy chcieli dalej promować Barańczaka, ponieważ go bardzo kochamy. „Podróż zimowa” to świetna muzyka, ale także świetne teksty, piękna poezja i wykonywanie tego utworu sprawia nam wielką frajdę.

Obecnie można pana także usłyszeć w Metropolitan Opera. Jak długo pan tam pozostanie?
To jest zupełnie inny świat, dlatego nie łączę kameralistyki z operą. Tam śpiewam innym głosem, prezentuję inną muzykę i zupełnie inny wszechświat. W tej chwili jestem zaangażowany w Metropolitan Opera do całego „Pierścienia Nibelunga”. Wystawienie całości trwa od dwóch do trzech miesięcy, ponieważ opera ta składa się z czterech części, z których każdą trzeba wypróbować, a później wystawić. Metropolitan Opera ma jeszcze taką wspaniałą cechę, że nie gra „Pierścienia Nibelunga” tylko raz, lecz robi też powtórki. Dla teatru jest to ogromne wyzwanie, ale ja się z tego bardzo cieszę, ponieważ dzięki temu mogę jeszcze spędzić trochę czasu w tym wspaniałym miejscu. W związku z tym pozostaję w Nowym Jorku do 12 maja. Mam nadzieję, że ta przygoda zakończy się dla mnie sukcesem i jeszcze wielokrotnie będę miał przyjemność przyjechać do Nowego Jorku i wystąpić w Metropolitan Opera.

Tomasz Konieczny w „Pierścieniu Nibelunga”, czteroczęściowym dramacie muzycznym Ryszarda Wagnera / WOJTEK KUBIK