Jubileuszowy rejs polskiego okrętu

ORP "Wodnik" ma już 45 lat

376
Komandor porucznik Paweł Ogórek jest dowódcą ORP "Wodnik" od 2010 roku / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"My reprezentujemy polską banderę i tak jak się nas postrzega, tak ocenia się polską Marynarkę Wojenną" – podkreślił komandor porucznik Paweł Ogórek, dowódca ORP "Wodnik" w rozmowie z "Nowym Dziennikiem", podczas której opowiedział o historii tego okrętu, jego rejsach i misjach oraz przeprowadzanych na jego pokładzie praktycznych szkoleniach.

Panie komandorze, proszę na początek powiedzieć parę słów o okręcie, którym pan dowodzi.
ORP “Wodnik” jest okrętem szkolnym Polskiej Marynarki Wojennej. Został zbudowany w 1976 roku, a więc ma już za sobą 45 lat służby dla potrzeb polskiej floty wojennej. Jego głównym zadaniem jest zabezpieczenie praktycznego szkolenia studentów Akademii Marynarki Wojennej i przyszłych oficerów polskiej floty, dowódców okrętów, a może także dowódców marynarki. W swojej 45-letniej historii okręt ten przepłynął ponad pół miliona mil morskich tj. prawie milion kilometrów. Był w kilkudziesięciu krajach i kilkudziesięciu portach. Jest również weteranem ponieważ w 1991 roku, jako okręt szpitalny, brał udział w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. ORP “Wodnik” ma 72 metry długości, 12 metrów szerokości i wraz z załogą mieści 130 osób, które przez parę miesięcy wspólnie żyją, śpią, uczą się, sprzątają, gotują, itd. Mamy tutaj wszystko, począwszy od piekarni, poprzez kuchnię, chłodnię z prowiantem, pralnię, szpital z obsługą medyczną, a na odsalaczach umożliwiających produkcję wody słodkiej dla celów przemysłowych kończąc. Tak więc okręt jest wyposażony we wszystko co jest potrzebne, aby mógł funkcjonować jak małe miasteczko.

Jakiego rodzaju szkolenia są prowadzone na pokładzie ORP “Wodnik” i jakie praktyczne umiejętności nabywają na nim studenci-podchorążowie?
Są to kandydaci na przyszłych oficerów Marynarki Wojennej. Obecnie mamy podchorążych dwóch specjalności: nawigacja i mechanika. Nawigatorzy uczą się podstaw prowadzenia bezpiecznej nawigacji oraz obsługi mapy elektronicznej, radaru i  radiostacji będących na wyposażeniu oficera wachtowego. Nabywają również umiejętności określania pozycji z wykorzystaniem starych metod czyli sekstantu, słońca i gwiazd, a także umiejętności określania poprawek żyrokompasów i ciał niebieskich. Studenci kierunku mechanicznego mają możliwość praktycznego potwierdzenia swojej wiedzy teoretycznej związanej z prawidłową eksploatacją silników głównych, śrub okrętowych, wszelkiego rodzaju wirówek i pomp, agregatów prądotwórczych, systemów przeciwpożarowych, powietrznych, paliwowych i olejowych. Jest to praktyczna nauka tego co będą robić później jako oficerowie mechanicy oraz dowódcy okrętów lub oficerowie wachtowi odpowiedzialni za bezpieczeństwo jednostki, która będzie poruszać się na wodzie.

Jak długo trwa takie szkolenie?
Żeby taka praktyka była zaliczona to rejs musi trwać około dwóch miesięcy. Dlatego każdego roku spędzamy 50-60 dni na morzu umożliwiając przeprowadzenie solidnego przeszkolenia z zakresu bezpiecznego pływania po morzach i oceanach.

Jakie miejsca odwiedzacie? Czy są to stałe trasy czy też czymś się różnią?
Jako, że jest to praktyka z naciskiem kładzionym na astronawigację, czyli szeroko rozumiane wykorzystanie ciał niebieskich i słońca do określania pozycji okrętu na morzu (podobnie jak robił to Krzysztof Kolumb), to najczęściej ten rejs jest skierowany w rejon okołozwrotnikowy jak np. Morze Śródziemne czy też Morze Czarne. Chodzi tutaj o widzialność gwiazd, gwiazdozbiorów i ciał niebieskich, bo to jest ważne przy określaniu pozycji z wykorzystaniem sekstantu.

Jakimi predyspozycjami muszą się charakteryzować osoby, które chcą zostać marynarzami?
Przede wszystkim muszą mieć “końskie” zdrowie. Muszą być odporne na warunki jakie najczęściej panują na pokładzie zwłaszcza podczas sztormu. Okręt ma bardzo ograniczoną i niedużą przestrzeń. Tutaj nie ma możliwości uciec czy odseparować się od drugiej osoby. Kandydaci ci muszą być również odporni psychicznie i nie mogą przejmować się tym, że czasem ktoś na nich krzywo spojrzy, czy coś im powie. Takie rzeczy należy umieć rozstrzygać między sobą. No i trzeba być bardzo odpornym na chorobę morską, bo na okręcie, w związku z tym, że jest nas tutaj zbyt mało, nie ma możliwości położenia się i przekazania swoich obowiązków komuś innemu. Dodatkowo trzeba mieć poczucie humoru bo uważam, że to też jest ważne podczas takich długich rejsów. Należy także znać przynajmniej język angielski. Kandydaci na marynarzy muszą również chłonąć wiedzę jak przysłowiowa gąbka i pamiętać o tym, że morze nigdy nie wybacza głupoty i lekceważenia.

Podczas obecnego rejsu szkoleniowego na ORP “Wodnik” praktyki morskiej nabywa 60 podchorążych, w tym 7 dziewczyn i 17 studentów z Kataru i Kuwejtu / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Zauważyłem, że na pokładzie są także kobiety. To część załogi czy grupy studentów?
Podczas tego rejsu mamy na okręcie około 120 osób, wśród których jest osiem kobiet. Siedem dziewczyn to są podchorążowie Marynarki Wojennej, czyli w przyszłości oficerowie Marynarki Wojennej, a ósma to nasz etatowy ratownik medyczny w stopniu marynarza zabezpieczający nasze wyjście od strony medycznej. Jesteśmy jednym z nielicznych okrętów, na których, na skromnej przestrzeni, udało się wygospodarować dla tych dziewczyn miejsca przeznaczone tylko dla nich. Prócz oddzielnych kabin mają także niezależny węzeł sanitarny. Dzięki temu unikamy niepotrzebnych zachowań i wygłupów, które mogłyby się pojawić podczas takiego dwumiesięcznego rejsu. Wśród 60 studentów mamy także 17 obcokrajowców. Pochodzą oni z Kataru i z Kuwejtu, bowiem Akademia Marynarki Wojennej i państwo Polskie mają podpisaną stosowną umowę na kształcenie arabskich studentów dla potrzeb ich sił zbrojnych.

Czym kierujecie się przy wyborze portów i tras poszczególnych rejsów szkoleniowych?
Każdy tego typu rejs zaczyna się od planowania, które ma miejsce około dwóch lat przed jego rozpoczęciem. Wtedy podaje się pierwsze propozycje takiego planu w Ministerstwie Obrony Narodowej i określa się, które państwa i porty zamierza się odwiedzić. To oczywiście podlega później różnym konsultacjom, po których podejmowana jest decyzja gdzie i kiedy okręt zawita. Następnie są zabezpieczane środki finansowe na realizację tego planu. Wspomniane porty często wybiera się na zasadzie celów zgodnych z potrzebami naszych sił zbrojnych bądź naszego zwierzchnictwa z Ministerstwa Obrony Narodowej. Przykładowym celem może być to, że Akademia Marynarki Wojennej szkoli studentów z Kataru i Kuwejtu; tak więc odbyliśmy taki rejs do tych państw żeby tam pokazać jak się kształci tych studentów, w jakich warunkach mieszkają i jak to wszystko wygląda z praktycznej strony. Innym przykładem może być to, że mamy nawiązaną współpracę z Akademią Marynarki Wojennej w Bułgarii. Dlatego możemy zaplanować wizytę w jakimś porcie w tym kraju. Wtedy też możliwa jest wymiana kontaktów między podchorążymi, którzy również mogą wtedy pochwalić się jak wygląda ich uczelnia i w jaki sposób tam odbywa się szkolenie praktyczne. Innym przykładem jest Czarnogóra. Byliśmy tam wysłani w dniu, w którym w Warszawie odbywał się szczyt NATO, a Czarnogóra podpisywała aneks, że wstępuje do NATO. Wizyta ta pokazywała, że Polska i nasza bandera wspiera państwa członkowskie, oraz realizuje swoje, ważne dla kraju sprawy.

A jaka jest idea obecnego rejsu szkoleniowego i kiedy on się rozpoczął?
Ten rejs jest szczególny bo związany z 45. rocznicą przepłynięcia Oceanu Atlantyckiego przez ORP “Wodnik”. W 1976 roku, kiedy ten okręt został wcielony do służby w Marynarce Wojennej to swój pierwszy poważny rejs odbył do Hawany na Kubie. W tym roku obchodziliśmy 45. rocznicę podniesienia bandery na tym okręcie i nie ukrywam, że w mojej głowie kiedyś narodził się taki pomysł, żeby powtórzyć tę pierwszą ważną trasę. Jednak z przyczyn związanych z pandemią i zamieszaniem, które obecnie jest na Kubie, zapadła decyzja, że nie możemy tam popłynąć. Dlatego został wybrany najbliższy port, do którego – mówiąc marynarskim językiem – mogliśmy wejść, czyli Miami. Później zostały wybrane kolejne miejsca postojów w Ameryce Północnej czyli Nowy Jork i Halifax w Kanadzie. Po wyjściu z Gdyni naszym pierwszym portem był Funchal na Maderze, gdzie uzupełniliśmy zapasy paliwa i żywności. Stamtąd popłynęliśmy przez Atlantyk do Miami, a z Florydy przypłynęliśmy tutaj, do Nowego Jorku. Przed nami jest jeszcze Halifax, a w drodze powrotnej Dunkierka we Francji i jak wszystko dobrze pójdzie to 6 sierpnia około godz. 10 rano będziemy witani w Gdyni przez nasze rodziny.

Dlaczego ten rejs jest nazywany historycznym?
Należy zwrócić uwagę na to, że po zakończeniu drugiej wojny światowej ORP “Wodnik” jest drugim polskim okrętem, który przypłynął do Stanów Zjednoczonych. Pierwszym był ORP “Iskra”, który w 1992 roku wziął udział w obchodach rocznicy odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Oczywiście ORP “Wodnik” odwiedza inne porty, przez co pojawiliśmy się m.in. w Nowym Jorku. Oczywiście mówiąc o tych wizytach nie uwzględniam naszych fregat przejętych od amerykańskiej Marynarki Wojennej czyli ORP “Gen. T. Kościuszko” i ORP “Gen. K. Pułaski”, gdyż one ze Stanów Zjednoczonych przypłynęły do Polski, ale nie pokonywały Atlantyku w drugą stronę. Natomiast jako polskie okręty, które wyszły z Polski i doszły do USA to są: ORP “Iskra” i ORP “Wodnik”. Jak widać zdarza się to bardzo rzadko i wynika z tego, że nasze państwo nie operuje na tych akwenach, oraz że swoje interesy ma skierowane w innym kierunku. Cieszę się, że udało się ten rejs tak zaplanować i zrealizować bo ważnym jest żeby pokazać – nawet naszym rodakom tutaj mieszkającym – że z Polski do Nowego Jorku też można dotrzeć okrętem.

A czy był jakiś specjalny cel do zrealizowania w Wielkim Jabłku?
Generalne zatrzymaliśmy się tutaj by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie ukrywam, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony sposobem w jaki zaopiekowały się nami polskie placówki dyplomatyczne, zarówno Konsulat Generalny RP w Nowym Jorku jak i Ambasada RP z Waszyngtonu. Pojawił się tutaj konsul generalny Adrian Kubicki jak i attache obrony przy Ambasadzie RP w Waszyngtonie gen. dyw. Cezary Wiśniewski. Zaopiekowali się nami na przysłowiową piątkę z plusem, a także zorganizowali na naszym pokładzie spotkanie z przedstawicielami Polonii i placówek dyplomatycznych.

Komandor porucznik Paweł Ogórek uważa, że tak jak postrzega się polską banderę, tak widzi się Polskę i Marynarkę Wojenną / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Od kiedy jest pan dowódcą ORP “Wodnik”? Jak długo służy pan w Marynarce Wojennej?
Swoją karierę zaczynałem w 1987 roku jako student ma Akademii Marynarki Wojennej. Po jej ukończeniu trafiłem na ORP “Wodnik” jako dowódca działu artyleryjskiego i wówczas zajmowałem się armatami. Później byłem dowódcą działu łączności z szeroko rozumianymi radiostacjami. Następnie pełniłem służbę na bliźniaczym – niestety nieistniejącym już okręcie – ORP “Gryf”, gdzie byłem dowódcą działu nawigacyjnego i zastępcą dowódcy okrętu. Później zostałem przeniesiony do sztabu dywizjonu na stanowisko oficera operacyjnego, po czym przez jakiś czas byłem oficerem flagowym nawigacji w 3. Flotylli Okrętów w Gdyni. Trwało to do 2010 roku, kiedy zostałem wyznaczony na stanowisko dowódcy ORP “Wodnik, zresztą okrętu, z którym czuję się bardzo emocjonalnie związany od początku swojej kariery. Służba ta dzielona jest na trzyletnie okresy, tak więc funkcję dowódcy okrętu pełnię już czwartą kadencję.

Ile czasu spędza pan na wodzie?
Około jednej trzeciej roku spędzamy na morzu. Tak jak wspominałem wcześniej, taki rejs jak obecny, w okresie letnim, trwa około dwóch miesięcy, ale oprócz tego robimy podobne zimowe rejsy szkoleniowe, które trwają około dwóch tygodni. Poza tym wykonujemy dużo zadań związanych z osłoną poligonów w czasie wykonywanych strzelań oraz z reprezentowaniem naszej bandery. Wypływamy również na szkolenia załogi z zakresu wykonywania strzelań z WKM i broni osobistej, rzucania granatami, ratowania ludzi i sprzętu, a także holowana innych jednostek. Współpracujemy też z dużymi zespołami złożonymi z kilku okrętów. To nie są długie wyjścia okrętu i z reguły trwają one kilka dni, ale jak je wszystkie zsumujemy wraz z rejsami szkoleniowymi to wychodzi nam, że jedną trzecią roku spędzamy na wodzie, czyli tam, gdzie powinno być nasze miejsce.

Wspominał pan o udziale ORP “Wodnik” w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Może pan nieco przybliżyć tę misję?
W 1991 roku ten okręt został poddany przeróbkom, tzn. dobudowano do niego lądowisko i zlikwidowano armatę, która w tym miejscu się znajdowała. Okręt pomalowano na biało i namalowano na nim czerwony krzyż ponieważ miał on w Zatoce Perskiej wykonywać zadania okrętu szpitalnego. Wewnątrz były dwie sale operacyjne i dwa zespoły medyczne do udzielania pomocy. Po przyjściu w rejon Zatoki Perskiej okazało się, że okręt ten nie do końca może spełniać taką funkcję z uwagi na wąskie przejścia i korytarze, co znacznie utrudniało transportowanie ciężko rannych ludzi. W związku z tym okręt znowu pomalowano na szaro, zespoły medyczne zostały przeniesione do naszego szpitala wojskowego na ORP “Piast”, który również brał udział w tej wojnie, a ORP “Wodnik” był wykorzystywany do wykonywania zadań patrolowo-rozpoznawczych. Misja ta trwała pięć miesięcy, rozpoczęła się w grudniu 1990 roku, a zakończyła w maju 1991 roku.

Czy okręt był wtedy uczestnikiem jakiś niebezpiecznych sytuacji?
Pewnego razu gdy okręt stał zacumowany w porcie Al-Dżubajl w Arabii Saudyjskiej to w jego pobliżu spadła jedna z rakiet wystrzeliwanych przez Irakijczyków. Na szczęście jej głowica nie eksplodowała, bo detonacja kilkuset kilogramów materiału wybuchowego w tak bliskiej odległości mogłaby go poważnie uszkodzić.

Na pokładzie ORP “Wodnik” pojawiło się wiele ważnych osobistości, a poza tym okręt ten również wizytował różne miejsca. Które pan zalicza do najważniejszych?
Trudno wskazać jakieś jedno miejsce czy wizytę. Miałem przyjemność pływać z premierem Mateuszem Morawieckim, a także być na tym okręcie kiedy prezydent Lech Wałęsa (jeszcze wówczas urzędujący) na nim nocował. Na tym okręcie brałem udział w obchodach 50-lecia lądowania w Normandii. Miałem przyjemność gościć na tym pokładzie lorda Provosta Edynburga, gdy staliśmy w Szkocji. Brałem udział w sprowadzeniu prochów admirała Józefa Unruga do Polski. ORP “Wodnik” uczestniczył w wielu ważnych wydarzeniach i spotkaniach, i nie mogę powiedzieć, że jedne są ważniejsze, a inne nieco mniej. Niezależnie od tego czy tu będzie wchodził premier czy dowódca chińskiej marynarki, bo taki też tutaj gościł, to do każdej wizyty musimy się właściwie przygotować. Na okręcie musi być widać, że jest załoga, oraz że tutaj jest polskie serce, ponieważ każda osoba, która się tu pojawia musi być uhonorowana w sposób właściwy. Od tego my tutaj jesteśmy, to my reprezentujemy polską banderę i tak jak się nas postrzega, tak ocenia się polską Marynarkę Wojenną.

Dziękuję bardzo za rozmowę i tradycyjnie życzę stopy wody pod kilem i szczęśliwego powrotu do domu.
Również serdecznie dziękuję.

ORP “Wodnik” pojawił się w Nowym Jorku 13 lipca i spędził tu 4 dni / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK