Kontury twarzy – sposób na inwigilację

652
FOTO: PEXELS.COM

Rozwój technologiczny ostatnich lat nie ominął aparatów fotograficznych i kamer. Dzisiejsza jakość zdjęć i ujęć filmowych jeszcze dekadę temu wydawała się niemożliwa. I to cieszy użytkowników, ale też stwarza problemy, których ten postęp dostarczył.

Wysoka rozdzielczość obrazu coraz częściej jest wykorzystywana do identyfikacji osób na podstawie specyfiki konturów twarzy, co daje policji dodatkowe narzędzie pracy. Mając go w posiadaniu, nagrywa ona wiece, protesty, marsze i spotkania z politykami, w celu wychwycenia przywódców opozycji, organizatorów, najbardziej krzykliwych, ale także ludzi poszukiwanych listem gończym, z wystawionym aktem aresztowania, zbiegów więziennych i innych przestępców.

Trudno powiedzieć, ile z 18 tysięcy wydziałów policyjnych w Stanach Zjednoczonych korzysta z tej technologicznej nowości. Prawdopodobnie więcej, niż by się nam wydawało, co jest zjawiskiem niepokojącym, bo przekształca to kraj w jeden wielki obóz inwigilacji, z zanikającą prywatnością i dużym prawdopodobieństwem manipulacji.

Policja skanuje posiadane w swojej bazie fotografie aresztowanych, przesłuchiwanych, skazanych i porównuje ich algorytmy z podejrzanymi przestępcami w nadziei pozytywnej identyfikacji. Z punktu widzenia ułatwiania sobie pracy to przydatne narzędzie i organy ścigania chwalą się szybkim i skutecznym działaniem. Na przykład policja stanowa w Indianie zdołała zidentyfikować podejrzanego o usiłowanie zabójstwa po tym, jak przyjaciel ofiary nakręcił jego kłótnię z napastnikiem, która przerodziła się w fizyczną konfrontację. Ofiara, która została postrzelona, nie znała agresora.

Podobnie sprawa się miała w Phoenix w 2017 roku, kiedy policja użyła telefonu komórkowego sprawcy w celu jego identyfikacji. Napastnik, wymachując nożem, przez kilka przecznic gonił mężczyznę, po czym zadał mu kilka ciosów. Gdy uciekał, wypadł mu telefon. Policja wysłała selfies, które się w nim znajdowały, do Stanowego Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie „rozpoznawacz twarzy” (określenie moje) wyszukał prawdopodobną osobę. Podejrzany Roberto Santiago-Escobar przyznał się do winy.

Tyle, ile pożytku przynosi identyfikacja ludzi za pomocą konturów twarzy, tyle też przynosi szkód, rozpoznając nie tych, co powinna. Doprowadza do absurdalnych sytuacji, które kosztują zainteresowanych zdrowie i reputację. Oto jedna z nich. W 2017 roku w nowojorskim CVS kamera przemysłowa uchwyciła mężczyznę kradnącego butelkę piwa. Kadr był niewyraźny, a miejski system skanowania twarzy nie wskazał właściwego osobnika. Nie zraziło to detektywów. Jeden z nich sądził, że człowiek na filmie wygląda jak aktor Woody Harrelson, więc w wyszukiwarce Google’a znalazł jego zdjęcie, wrzucił do systemu z prześwietlonymi twarzami, które wykazało domniemanego osobnika. Mężczyznę aresztowano za to, że był podobny do celebryty, choć nigdy w sklepie CVS nie postawił nogi.

Błędne rozpoznawanie twarzy osób w miejscach publicznych zmusiło Radę Miasta San Francisco do zakazu używania tej technologii przez podległe jej agendy rządowe. Czy zabrano organom ścigania ważne narzędzie pracy? Z całą pewnością, ale czy nie jest to przeciwstawienie się wścibskiemu systemowi, nieustannie podglądającemu wszystkie ruchy obywateli?

Bez względu na to, czy jest się za, czy przeciw używaniu rozpoznawacza twarzy, problem z nim leży w braku całokrajowej regulacji. Stany wdrażają go, jak chcą. Kilka z nich, jak Indiana i Maryland, zezwala policji na grzebanie w całej posiadanej bazie danych, takich jak fotografie praw jazdy, ale Oregon pozwala tylko na wgląd do zdjęć wykonanych podczas postępowania kryminalnego, np. aresztowania czy przesłuchania.
Mogę przełknąć, choć z wielkim bólem, filmowanie tłumu w miejscu publicznym i wykorzystywanie nagrania do identyfikacji przestępców, co można podciągnąć pod dobro nadrzędne, ale nie mogę przystać na przeglądanie mojej podobizny umieszczonej na prawie jazdy, gdyż nigdy nie wyraziłem na to zgody. Czyniąc to, agendy rządowe łamią moje niezbywalne prawo do zachowania prywatności, gdyż zdjęcie na prawie jazdy nie jest uważane za powszechnie dostępne i nie każdy, kto chce, może go używać do swoich celów.