Krajobraz po bitwie

108
EPA

Wybory do Parlamentu Europejskiego były w Polsce polityczną bitwą przed ostatecznym pojedynkiem, który odbędzie się na jesieni. Po wyborach opadł już kurz, odsłaniając zwycięzców i przegranych. Ci drudzy mają się o co martwić, bo straty, jakie ponieśli, mogą być nie do nadrobienia.

Wybory do europarlamentu, prócz oczywistego celu – czyli zdobycia przez poszczególne partie jak największej liczby głosów – miały także pokazać obraz społeczeństwa, a konkretnie tego, co myślą o działaniach zarówno rządzących, jak i opozycji zwykli Polacy. W przypadku PiS wygrana miała niejako odnowić mandat społeczny dany tej partii przez obywateli ponad trzy lata temu. Miało być to również wyraźnym sygnałem dla władz Unii Europejskiej, że rządy PiS mają wsparcie Polaków. Z kolei dla Platformy Obywatelskiej i zawiązanej specjalnie na eurowybory Koalicji Europejskiej miały one pokazać, że połączenie partii opozycyjnych, mających na celu walkę z PiS, ma sens. Co więc pokazały wyniki wyborów?
Zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości okazało się dużym zaskoczeniem nawet dla polityków tej partii. Wcześniej w kuluarach wielu mówiło o tym, że atak na Kościół związany ze skandalem pedofilskim i wykorzystywany przez opozycję może być elementem kampanii, który przesądzi o wygranej Koalicji Europejskiej. Miał się do tego przyczynić także Donald Tusk, który przyjechał do Polski ze swoim wykładem 3 maja. Jak się jednak teraz widać, ani zjednoczenie opozycji, ani atak na Kościół, ani przyjazd Donalda Tuska nie pomogły.


Politycy PiS obawiali się także porażki z innego powodu. Do tej pory ich partia nigdy nie wygrała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, bo i zwolennicy tej partii o urzędnikach w Brukseli, jak i samej obecności Polski w UE nie wypowiadali się zbyt ciepło. Stąd niższa frekwencja i zaangażowanie w wybory. Okazało się jednak, że działania rządu PiS w kraju przełożyły się nie tylko na oddane głosy, ale i na mobilizację jego elektoratu. Ponadto swoje głosy na PiS dorzucili także mieszkańcy wsi, którzy do tej pory głosowali na PSL, ale nie mogli pogodzić się z tym, że ich partia poszła ramię w ramię między innymi z SLD i Platformą Obywatelską, które tak jawnie uderzały, na przykład, w Kościół.


Dla PiS ta wygrana jest jak wiatr w żagle i, jak pokazują najnowsze sondaże, w wyborach do polskiego parlamentu w listopadzie może liczyć na wysoką wygraną i samodzielne rządy.
O wiele gorzej sytuacja wygląda w środowisku opozycyjnym, które związało się ze sobą w tworze o nazwie Koalicja Europejska. Mimo połączenia sił zanotowało ono stratę prawie 7 procent poparcia w porównaniu do wyniku PiS, co przełożyło się na 5 mandatów mniej w europarlamencie. Grzegorz Schetyna stał się twarzą porażki i są małe szanse, by start w ramach koalicji był możliwy także w wyborach w Polsce. Niewątpliwie przegranym jest PSL, które – mimo że będzie miało swoich trzech przedstawicieli w PE – poniosło wielkie straty wśród swoich wyborców, którzy za kilka miesięcy mogą dokonać tego samego wyboru i zagłosować na PiS. To może być początkiem końca partii spod znaku zielonej koniczynki i jej przedstawicieli na Wiejskiej w nowym politycznym rozdaniu możemy już nie zobaczyć.
Koalicja Europejska mimo przegranej ma jednak w swoim gronie także zwycięzców. Samodzielnie startując SLD nie mogło liczyć choćby na jeden mandat, startując w Koalicji uzyskało ich aż pięć. Mandaty zdobyli Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, Danuta Huebner, Leszek Miller i Bogusław Liberadzki. To „sukces” Schetyny, którego zapewne sam się nie spodziewał.


W Polsce wszyscy zastanawiają się, co dalej z Koalicją Europejską. Wiadomo, że została stworzona tylko na wybory do europarlamentu, więc zakończyła swój żywot wraz z końcem głosowania. Na horyzoncie nie widać jednak szans na połączenie sił przeciw PiS na jesieni. Jest ku temu także jeszcze jeden powód – Polacy, głosując za PiS, pokazali, że nie opowiadają się za strategią walki z czymś, a nie walki o kogoś, konkretnie o Polaków. Przeciętnego Kowalskiego nie interesują utarczki pomiędzy politykami, chcą spokoju i stabilizacji, a to zaproponowali im obecnie rządzący. Ci jednak nie mogą do końca spać spokojnie. Na prawej stronie sceny politycznej widać ruch, o którym jako zagrożeniu dla rządzącej partii pisaliśmy kilka tygodni temu. Połączone siły Janusza Korwin-Mikkego, Grzegorza Brauna, Piotra Liroya Marca i Narodowców, choć nie zdobyły ani jednego mandatu do europarlamentu, to na tworzoną przez nich Konfederację zagłosowało ponad 4,5 procent wyborców. Tym samym zepchnęło ze sceny ruch Pawła Kukiza, który osiągnął wynik o prawie jeden procent gorszy. Jeśli nic się nie zmieni, to właśnie Konfederacja może jesienią wyrzucić z poselskich ław przedstawicieli ruchu Kukiz’15 i tym samym zakończyć polityczny projekt znanego muzyka. Jeśli na jesień Konfederacja urośnie o kolejny procent, może stać się języczkiem u wagi dla rządów PiS. Janusz Korwin-Mikke w rządzie? Niemożliwe w polityce nie istnieje.