Krzysztof Krawczyk – artysta autentyczny i prawdziwy

1119
Krzysztof Krawczyk w swoją ostatnią trasę koncertową wyruszył 5 kwietnia. Przeżył 74 lata / Foto: MATERIAŁY PROMOCYJNE

"Jak już będę powołany do chóru na górze, to chciałbym wtedy osobiście objąć Chrystusa za nogi i wypłakać mu swoje niedowiarstwo" – mówił w jednym z wywiadów Krzysztof Krawczyk. Artysta nie wstydził się swojej wiary – mimo, że na jakiś czas ją całkowicie odrzucił – ani też opowieści o nawróceniu i swoim życiu, a jak wiadomo nie zawsze był na świeczniku, miał też chwile słabości i wiele trudnych doświadczeń.

Znany jest jako trubadur, bowiem swoją karierę zaczynał w zespole o takiej nazwie, określany był też mianem polskiego Elvisa Presleya, co miało związek z piosenkami króla rock and rolla, które miał w swoim repertuarze, twierdzono, że jest „lekarzem dusz” nawiązując do jednego z przebojów, który wylansował wspólnie z Muńkiem Staszczykiem z T. Love, a patrząc na nagrody i wyróżnienia mówiono, że jest artystą bez granic, a także królem polskiej piosenki, co nawet zostało przypieczętowane koroną jaką na jego głowę nałożyła Nina Terentiew podczas koncertu sylwestrowego na krakowskim rynku w 2006 r.

On sam był osobą bardzo skromną, pokorną, pracowitą oraz niezwykle sympatyczną i autentyczną, zarówno na scenie jak i w życiu prywatnym. Chętnie opowiadał o swoich doświadczeniach życiowych i dzielił się spostrzeżeniami. Robił to w piosenkach, wywiadach i podczas różnych rozmów. Często w sposób dowcipny powracał wspomnieniami do swoich przeżyć, nawet tych, które niekoniecznie był dla niego miłe. Był szczery i prawdziwy w tym co robił i mówił. I taki na pewno pozostanie w naszej pamięci.

O Krzysztofie Krawczyku można opowiadać, używając tylko tytułów setek przebojów, które wylansował. Można również opisywać jego życie, cytując ich fragmenty.

Pięknie to zrobił bp Antoni Długosz podczas pogrzebu artysty, który odbył się 10 kwietnia w archikatedrze łódzkiej. Nawiązując do słów jego piosenek, duchowny mówił, że Krzysztof Krawczyk „przemierzył cały świat od Las Vegas po Krym”, teraz zaś „wyruszył parostatkiem w piękny rejs (…). Najpiękniejszy, bo wieczny”. Celebrans uroczystości pogrzebowej dodał, że w niebie zmarły 5 kwietnia wokalista dołączył do plejady wielkich polskich artystów.

„Niemen, Wodecki, Klenczon, Jantar – razem stworzycie piękny chór” – stwierdził bp Antoni Długosz. Zapewnił, że choć będzie nam wszystkim bardzo brakowało artysty, to jego muzyki nigdy nie zabraknie w naszych domach. Na pewno pozostanie także w naszych wspomnieniach.

Jednym z nich jest ten artykuł, w którym jednak o życiu i działalności Krzysztofa Krawczyka będzie opowiadał on sam. Będą to wiadomości i słowa pochodzące z różnych wywiadów, które miałem przyjemność przeprowadzić z tym niezapomnianym i nieodżałowanym artystą. W dodatku będą związane głównie z tzw. amerykańskim życiem Krzysztofa Krawczyka, które na pewno wywarło na nim swoje piętno oraz miało wpływ na dalsze życie. W Stanach Zjednoczonych spędził on 10 lat bowiem swego czasu znalazł tu drugi dom.

„Ameryka przygarnęła mnie jak druga matka, tego nigdy się nie zapomina. Były takie momenty, że człowiek harował nawet na dachach, ale były też i takie, że człowiek myślał, że gra w filmie” – wspominał w jednym z wywiadów zmarły niedawno piosenkarz. Krzysztof Krawczyk, jak mało który polski artysta potrafił szczerze przyznać się do swoich błędów, słabości, zdrad, rozwodów, powrotów, ślubów, chałturzenia (jak sam określał występy w podrzędnych klubach), a nawet do tego, że przebywając na emigracji ciężko pracował fizycznie oraz że trafił na 24 godziny do aresztu. Potrafił głośno mówić o swoim nawróceniu i uwielbieniu Boga.

Krzysztof Krawczyk podczas koncertu, który odbył się w 1992 r. w restauracji Continental na Greenpoincie / Foto: ZOSIA ŻELESKA-BOBROWSKI

NOWY JORK I WISŁA GARFIELD
Metropolia nowojorska była jednym z kilku przystanków podczas amerykańskiego życia Krzysztofa Krawczyka. W małym hoteliku klubu sportowego Wisła Garfield w New Jersey, spędził wraz z żoną Ewą ponad pół roku. Jednocześnie w weekendy występował i dawał koncerty w jego restauracji, a w ciągu tygodnia zajmował się różnymi dorywczymi zajęciami. Przez ten czas nawiązał również wiele znajomości i przyjaźni.

Dlatego też, gdy po 25 latach nieobecności wybierał się do Wielkiego Jabłka na koncerty, które miały miejsce w styczniu 2011 r., to był wręcz wniebowzięty i uważał, że wraca tutaj jak do swojego domu, bowiem – jak stwierdził „doznałem wiele dobrego od nowojorskiej Polonii oraz tej mieszkającej w New Jersey”.

Prócz śpiewania artysta dorabiał m.in. w pracowni jubilerskiej na Manhattanie.

„Przez kilka ładnych miesięcy jeździłem regularnie z New Jersey do Nowego Jorku do pracy. Pewien Polak zatrudnił mnie i wyuczył szlifowania diamentów. Niestety po pewnym czasie musiałem zrezygnować z tej pracy ponieważ miałem problemy z kręgosłupem, a to było typowo siedzące zajęcie” – wspominał po latach Krzysztof Krawczyk. Piosenkarz próbował również swoich sił jako pracownik budowlany.

„Górale mieszkający w Garfield zaproponowali mi pracę na dachach. Niestety wytrzymałem tyko jakieś dwa, może trzy tygodnie tej harówki. Podziwiałem ich za tę pracę, ale chyba dla górali wysokość to żaden problem. Ja niestety byłem bardzo zmordowany noszeniem papy i waleniem młotem pneumatycznym, którym przytwierdzało się ją do dachu” – opowiadał artysta. Ostatecznie zrezygnował z tej pracy gdy uległ lekkiemu wypadkowi.

„W końcu sobie strzeliłem tym młotem w rękę i wtedy powiedziałem, że to nie jest zajęcie dla mnie” – podkreślał Krzysztof Krawczyk. Dodał, że dzięki temu doświadczeniu ma wieli szacunek do ludzi, którzy ciężko pracują. Również chętnie dla nich śpiewał bowiem jako artysta jednak najlepiej czuł się na scenie, przez co chętnie zabawiał Polonię podczas weekendowych imprez i bali w Klubie Wisła w Garfield.

„To było niezapomniane miejsce. Działacze sportowi i zawodnicy przygarnęli mnie tam jak brata. Mieszkaliśmy w takim przytulnym pokoju na piętrze. Dali nam tam właściwie wszystko, wikt, opierunek i pracę, tak więc trudno zapomnieć taką życzliwość. W soboty zawsze odbywały się tam bale na około 600-800 osób. Nawet czasami przyjeżdżał tam do mnie Czesiu Niemen. Tak więc o tej Wiśle będę pamiętał do końca życia” – zapewniał podczas jednej z naszych rozmów Krzysztof Krawczyk, dlatego bardzo się cieszył z możliwości zagrania po latach koncertu dla tej publiczności.

Krzysztof Krawczyk podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych chętnie występował dla Polonii / Foto: ZOSIA ŻELESKA-BOBROWSKI

ŻYCIE JAK W FILMIE
Podczas tzw. amerykańskiego życia Krzysztof Krawczyk najwięcej czasu spędził na graniu koncertów w różnych miejscach, nie tylko we wspomnianym Klubie Wisła w Garfield, ale także w innych miastach i metropoliach, w których mieszkali Polacy. Regularnie robił to w Chicago, gdzie w latach 80. ubiegłego wieku istniało wiele polonijnych klubów.

Jego występy cieszyły się popularnością nie tylko wśród naszych rodaków, również chętnie przychodzili na nie emigranci z innych europejskich krajów. Oczywiście podczas takich występów czasami dochodziło do różnych sytuacji. Dominowały te miłe, zabawne i wesołe, ale czasami – jak to bywa podczas nocnego życia – dochodziło do zdarzeń wyglądających nieco groźnie.

Do jednego z takich wydarzeń, po którym polski artysta trafił do aresztu, Krzysztof Krawczyk chętnie wracał wspomnieniami. Zawsze opowiadał o nim z dużym dystansem do siebie i w nieco humorystyczny sposób, tym bardziej, że wszystko skończyło się dobrze. Podczas jednego z występów jakiś szaleniec chciał rzucić się na wokalistę, ale ten został zasłonięty przez jednego z muzyków, którzy mu towarzyszyli. W związku z tym podczas przerwy Krzysztof Krawczyk, wyszedł na zewnątrz lokalu by się nieco uspokoić. Niestety w ręku miał piwo.

„W pewnym momencie wyrosło przede mną dwóch wielkich policjantów, którzy powiedzieli mi, że muszę zapłacić mandat. Pamiętałem z Polski, że policja jest przekupna i zaproponowałem im 20 dolarów, mówiąc, że za chwilę wracam na scenę ponieważ śpiewam w tym lokalu. A oni mnie chwycili za kark i wrzucili do swojego samochodu” – wspominał artysta, który w pewnym momencie przypomniał sobie, że w kieszeni ma papieros z haszyszem podarowany przez jakiegoś fana, który chciał z nim zapalić w toalecie.

„Zapytałem go czy po tym mogę pracować. Odpowiedział mi, że tak, tylko trochę długo się wtedy śpiewa. Tak więc schowałem go do kieszeni i przypomniałem sobie o nim w tym policyjnym samochodzie” – opowiadał Krzysztof Krawczyk. Żeby uniknąć dodatkowych komplikacji postanowił połknąć tego papierosa. Okazało się, że wtedy haszysz działa o wiele mocniej i dłużej niż podczas palenia, co miało swoje skutki w czasie pobytu wokalisty w areszcie.

„Wrzucili mnie do celi, w której siedziało ok. 40 osób. W rogu zauważyłem biednego człowieka w sandałach i bez skarpetek. Szybko stwierdziłem, że jest to Polak, zresztą byliśmy jedynymi białymi osobami w tej celi. Co chwilę podchodził do niego inny więzień i go uderzał” – relacjonował artysta. Ostatecznie będąc już pod wpływem środka odurzającego rzucił się na napastnika celem obrony swojego rodaka.

„Przez to stwierdzono, że jestem agresywny i zamknięto mnie do celi dla niebezpiecznych” – opowiadał Krzysztof Krawczyk podczas jednej z naszych rozmów. Ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze, jak w filmie z happy endem, i po 24 godzinach polski „niebezpieczny” artysta wyszedł na wolność. W dodatku zaśpiewał w areszcie, a nawet okazało się, że jego naczelnik znał go z występów w chicagowskich klubach.

Krzysztof Krawczyk (drugi z prawej) wraz z żoną Ewą (pierwsza z prawej) oraz polonijną fotografką Zosią Żeleską-Bobrowski i jednym z muzyków po koncercie, który miał miejsce w w 1992 r. w restauracji Continental na Greenpoincie / Foto: EUGENE BOBROWSKI

Dzięki takim koncertom Krzysztof Krawczyk nie tylko zarabiał na życie, ale również świetnie opanował standardy przez co z łatwością mógł nagrać płyty „Mona Lisa” i „The Shadow of Your Smile” z różnymi amerykańskimi evergreenami, a także zaśpiewać w duecie z Rodem Stewardem w piosence „Don’t Get Around Much Anymore”, która znalazła się m.in. na polskiej edycji płyty brytyjskiego wokalisty „As Time Goes By… The Great American Songbook Volume II”. Co prawda nagranie to zostało zrealizowane w dwóch różnych studiach, a później zmiksowane, ale końcowy wynik okazał się zaskakujący.

„Rod Steward stwierdził nawet, że brzmimy razem tak jakbyśmy codziennie grali chałtury w Las Vegas. Ta wiadomość była dla nas szokiem” – stwierdził dumnie polski wokalista, dodając, że te słowa były świetną reklamą dla tej piosenki.

Krzysztof Krawczyk ma także w swoim dorobku album „No Boundaries” nagrany w 1995 r. w Nashville i Memphis. Płyta ta powstała w studiu Davida Briggsa, artysty, który grał w zespole Elvisa Presleya oraz aranżował jego piosenki. Album ten kosztem 150 tysięcy dolarów pochodzących od setek polonijnych inwestorów miała wydać firma Hallmark Records, lecz wytłoczyła go tylko w ilości 500 sztuk, które rozdała najważniejszym sponsorom.

Krzysztof Krawczyk nie mógł pogodzić się z tym faktem, tym bardziej, że sam zachęcał Polonię do inwestowania w ten projekt, dzięki któremu wszyscy – również on sam – zostali oszukani. Jak mówił podczas jednej z naszych rozmów: „Namawiałem ludzi słowami ‚inwestujcie, czuję siłę i wierzę, że mogę się przebić w Ameryce’. Do dzisiaj inwestorzy ci nie mają żadnej satysfakcji z tego, ponieważ wyszło tylko 500 egzemplarzy mojej amerykańskiej płyty” – opowiadał z rozgoryczeniem w jednym z naszych wywiadów, dodając, że sam zainwestował w nią sporo swoich oszczędności, podobnie jak i jego teściowa.

To był jeden z powodów, dla którego długo nie chciał przyjeżdżać na koncerty do Stanów Zjednoczonych. Czynił również starania mające na celu wykupienie z Hallmark Records praw do tych nagrań i wydanie albumu w Polsce. Pertraktował także w tej kwestii z potężnym koncernem muzycznym SONY-BMG, z którym był związany.

„Przy okazji apeluję – jeżeli ktokolwiek posiada kontrakt podpisany z wytwórnią Hallmark Records na tę właśnie płytę, to bardzo proszę żeby go trzymać dalej. Niebawem uruchomimy specjalne konto i będziemy chcieli te kontrakty odkupić od inwestorów i wynagrodzić wszelkie straty. Ta plama na moim honorze musi być zmyta” – apelował kilka lat temu podczas naszej rozmowy.

Krzysztof Krawczyk (z lewej) wraz z żoną Ewą i muzykiem z towarzyszącego im zespołu podczas koncertu w restauracji Continental na Greenpoincie. Zdjęcie pochodzi z 1992 r. / Foto: ZOSIA ŻELESKA-BOBROWSKI

NARODZONY NA NOWO
Jak widać Ameryka – mimo że określana była przez zmarłego niedawno artystę „drugą matką” nie zawsze była dla niego łaskawa, a nawet sprawiedliwa. Jednak miała dla niego duże znaczenie ponieważ właśnie na jej ziemi Krzysztof Krawczyk odzyskał wiarę w Boga, którą odrzucił po śmierci swojego ojca; miał wówczas 16 lat. Odzyskał ją po 20 latach, dzięki swojej przyszłej żonie, z którą wybrał się do kościoła św. Jacka w
Chicago święcić wielkanocne pokarmy.

„Poprosiłem wówczas teściową żeby dała mi książeczkę do nabożeństwa i w przedmowie przeczytałem zdane, które wszystko zmieniło. Słowa ‚Pan Bóg żyje w nas, a my żyjemy w Panu Bogu’ tak mnie uderzyły, że rozmyślając doszedłem do tego, że nie jestem tutaj przez przypadek” – wspominał artysta. Od tego czasu całkowicie zmieniło się jego życie. W każdej możliwej sytuacji podkreślał, że wiara w Boga daje mu siłę do działania.

„Jestem chrześcijaninem, dla mnie Chrystus jest światłem i receptą, mimo że nie jestem dewotem siedzącym cały czas w kościele. Wręcz przeciwnie mam problemy z tą wiarą jak każdy z nas, ale na szczęście jestem zakochany w Chrystusie do tego stopnia, że odróżniam czarne od białego i czuję się z tym fantastyczne” – wyjaśniał Krzysztof Krawczyk mając na uwadze swoje duchowe wzloty i upadki.

Podczas innej rozmowy z tym artystą usłyszałem: „Czasami wydaje nam się, że jesteśmy bogami, którzy mogą rządzić wszystkim i robić wszystko, a tak naprawdę podlegamy słabościom, swojej niecierpliwości, nietolerancji i głupocie. Człowiek powinien z większą pokorą podchodzić do wszystkich i wszystkiego co go otacza, podchodzić z zielonym światłem w sercu. Co tu dużo mówić, jest na świecie tyle zła ile recept na jego zwalczanie, i jeżeli ja śpiewam ‚to wszystko sprawił grzech, że ludziom jest ze sobą źle, bo zamiast dobrem przegnać zło, dali się splątać jakąś grą’ to oczywiście przytaczam ewangeliczne przesłanie Chrystusa, ale jest to również recepta na zło” – wyjaśniał artysta opowiadając o piosenkach z płyty „Tacy samotni”.

Sprawy wiary nie były dla Krzysztofa Krawczyka ani obce, ani wstydliwe. Tuż po śmierci papieża wydał album „Ojcu Świętemu śpiewajmy”, który początkowo miał być prezentem na 85. urodziny Jana Pawła II. Poza tym, bardzo często wykonywał „Barkę”, „Apel Jasnogórski” oraz „Abba Ojcze” podczas swoich koncertów i chętnie o tym opowiadał. Wspomnianą płytę nagrał za zgodą Episkopatu, a w  utworach, które się na nim znalazły, do śpiewu Jana Pawła II dołożył tylko swój głos.

„‚Apel Jasnogórski’, który kończy album, i ‚Barkę’, która go rozpoczyna, śpiewamy jakby w duecie. Coś nieprawdopodobnego, nigdy nie przypuszczałem, że spotka mnie taki zaszczyt, nawet wtedy gdy stałem w tłumie pod sławnym oknem Ojca Świętego, a on śpiewał ‚Barkę’ w tonacji barytonowej, czyli również mojej. Na płycie towarzyszę Ojcu Świętemu bardzo delikatnie, śpiewając drugie głosy i w taki sposób jestem z nim. ‚Barka’, ukochany utwór Ojca Świętego, jest do dzisiaj przedostatnim utworem, który wykonuję na koncertach, a ostatni to ‚Abba Ojcze’. Proszę mi wierzyć, nie pamiętam koncertu, na którym przy ‚Barce’ ludzie by nie wstawali” – zaznaczył artysta.

Warto przy tej okazji podkreślić, że dochód ze sprzedaży płyty „Ojcu Świętemu śpiewajmy” Krzysztof Krawczyk przeznaczył na budowę Świątyni Opatrzności Bożej.

Być może od kilku dni zmarły wokalista śpiewa te znane i lubiane utwory religijne w chórze anielskim wraz ze św. Janem Pawłem II i innymi artystami, którzy od nas już odeszli. Sam – jako człowiek religijny – wierzył w taką możliwość.

„Jak już będę powołany do tego chóru na górze, bo szefowi zabraknie tam barytonów, to jak mu się spodobam, to pewnie tam będę śpiewał (…). Mój tatuś dołączył do tego chóru jak miałem 16 lat, więc być może wymodlił mi jakieś fory” – usłyszałem kiedyś od Krzysztofa Krawczyka podczas jednego z wielu wywiadów, które udało mi się z nim przeprowadzić.

Krzysztof Krawczyk ze swoją żoną Ewą promują ostatnią studyjną płytę artysty – „Horyzont” / Foto: MATERIAŁY PROMOCYJNE