Ku chwale jakiej przyszłości?

141
Dlaczego edukacja wyższa i zawodowa jest w Ameryce tak diabelsko droga? Dlaczego nie ma kontroli nad wzrostem czesnego? Dlaczego nic z tym nie robimy, choć ekonomiści grożą, że stoimy w obliczu całkiem realnej bańki? Ponadpółtoratrylionowy dług studencki już ściąga ekonomię w dół, i jeśli przynajmniej nie zatrzymamy jego huraganowego przyrostu, nabierze masy kotwicy?/PEXELS.COM

– Ile? No chyba żartujesz! – słyszę od polskiej przyjaciółki, gdy mówię jej, ile kosztują studia Starszej. Temat podjęłyśmy przy herbacie w jej ogrodzie.

Zdumiałam się, bo reakcji oczekiwałam zgoła innej. W moim mniemaniu, jako rodzice studenta w USA mamy całkiem nieźle. Choć Starsza wyjechała na studia do innego stanu, to kombinacja okoliczności pod nazwą stypendium naukowe plus rezydencka taryfa płatnicza oferowana za całokształt osiągnięć w liceum ściągnęły całkowity koszt do poziomu, który nie wymaga od niej (ani od nas) brania pożyczki. Tym bardziej że na studia dzieci oszczędzaliśmy już od ich urodzenia.

– To są gigantyczne pieniądze! – przyjaciółka tymczasem zastyga z kubkiem w ręku i wpatruje się we mnie w niemym szoku.
– No są – zgadzam się. – To teraz wyobraź sobie, w jakiej sytuacji znajdują się ludzie, którzy nie posiadają oszczędności, a takich rodzin, zapewniam cię, jest w Ameryce większość, a przecież też stają w obliczu tych kosztów.

Robiłam ostatnio większy research na ten temat i dowiedziałam się, że zadłużony a konto studiów jest dzisiaj co szósty dorosły w Ameryce, średnia długu na głowę to trzydzieści kawałków z okładem, a co najciekawsze, dług studencki spłacają nawet emeryci!

– Jak to… emeryci? – teraz przyjaciółka patrzy na mnie już jak na regularną kosmitkę. – To co ci ludzie robili w młodości, że na studia poszli dopiero na emeryturze? I po co im te studia, skoro przeszli na emeryturę? O czym ty mi w ogóle opowiadasz? – Czoło zmarszczone, wyraz niedowierzania wymieszanego z podejrzliwością. Jak ja znam ten wyraz twarzy!

Każde państwo ma jakąś swoją „specjalność”, często niejedną, która pozostaje mało przejrzysta dla reszty świata, trudno więc w nią wierzyć, trudno pojąć jej sens. Ameryka nie jest tutaj wyjątkiem. Sęk w tym, że globalna społeczność prowadzona za rękę przez mito- lub w ogóle mitologiotwórczy Hollywood oraz bardzo skuteczną, konsekwentnie uprawianą przez USA już od stuleci politykę lukrowania swego publicznego wizerunku, lubi myśleć, że co jak co, lecz o Ameryce wie wszystko, co jest do poznania. Szok więc, jeśli jakiś kawałek łacnie przystających do siebie dotąd kawałków puzzli odpada lub okazuje się zupełnie nie przystawać tam, gdzie wydawało się, że powinien, jest tym większy.

Zderzam się z tym szokiem za każdym razem, gdy znajdę się poza USA, z biegiem czasu staje się on coraz bardziej męczący i irytujący. Męczący – bo mam wrażenie, że nieważne, ile razy już coś wyjaśniałam, i tak pierwszą reakcją będzie podejrzliwość i niedowierzanie. Obrazek złotej, tolerancyjnej i przyjaźnie tulącej szarego człowieka do piersi Ameryki pozostaje przecież najbardziej uniwersalnie hołubionym mitem świata. Irytujący – bo za każdym razem, gdy podejmuję próbę objaśnienia prawdziwej, nie mitycznej, rzeczywistości, dociera do mnie z tym większą mocą, jak wiele problemów zatruwających nam codzienne życie w USA nie jest wynikiem żadnej tutejszej „wyjątkowości” ani ceną za żadną „lepszość”, a li i wyłącznie konstrukcją wynikającą ze złej woli. Woli, w dodatku, której reszta świata umie i potrafi się przeciwstawić.

Mam ochotę uciąć temat, ale przyjaciółkę wątek zadłużonych emerytów oraz kosztów nauki w USA tak zainteresował, że szkoda marnować okazję.

– Masz rację – kontynuuję więc rozmowę. – Emeryci najczęściej nie płacą za własną naukę, bo nawet jeśli kiedyś coś ich ona kosztowała, to jeszcze dwadzieścia kilka lat temu każdy aspirant na licencjata czy magistra mógł spokojnie zarobić na studia, podejmując się pracy w wakacje bądź czegoś w niepełnym wymiarze godzin podczas roku akademickiego. Spłacają jednak kredyty zaciągnięte na okoliczność podnoszenia kwalifikacji zawodowych, które kosztują tutaj jak zboże; nie mamy ani unii, ani realnych socjaldemokratów w rządzie skłonnych komukolwiek i cokolwiek dotować.

Przede wszystkim jednak spłacają pożyczki, jakie zaciągnęli, by opłacić studia swoich dzieci, a nawet wnuków. Choć kłóci to się z portrecikiem samolubnego amerykańskiego seniora, rozbijającego się turystycznie po świecie, prawda jest taka, że to właśnie ci seniorzy stanowią dzisiaj wielką finansową podporę dla swoich najbliższych. Coraz mniej jeżdżą po świecie, coraz częściej mieszkają w blaszanych kamperach, bo dokonują wyboru, by choć trochę ulżyć finansowo najbliższym, którzy w przeciwnym razie, jeszcze przed podjęciem pierwszej pracy, zakumulują dług równorzędny niekiedy wartości całego domu.

– Czekaj, czytałam coś, że statystyczny Amerykanin jest dość zadłużony, ale zawsze myślałam, że chodzi tylko o karty kredytowe albo hipotekę. Gdybym była w takiej sytuacji, sama wzięłabym pożyczkę, żeby pomóc dzieciakowi. Matko jedyna, jak dobrze, że u nas nie ma takiego cyrku – oddycha ze szczerą ulgą przyjaciółka.

Podnoszę do ust kubek z herbatą. Wrzuciłam do niej kostkę cukru, ale smakuje zaskakująco gorzko.
Na twarz przyjaciółki wraca jednak podejrzliwość.
– Ale czekaj, ty mówisz o kosztach nauki na uniwersytecie prywatnym. A przecież macie tam chyba także jakieś szkoły publiczne? Za te chyba płacić nie trzeba? Tak jest na całym świecie.

Gorzka herbata rośnie mi w gardle w gulę i niemal się krztuszę.
– Moja droga, ja mówię przede wszystkim o uczelniach publicznych. Starsza jest właśnie na takiej, podobnie jak 80 procent reszty studentów. Prywatnych nawet nie tykam. Prywatne to dzisiaj koszt od czterdziestu pięciu tysięcy w górę za rok. Z tzw. obiektów publicznych nieodpłatne w Ameryce są tylko toalety.

– To za uczelnie publiczne tyle się płaci?! To państwo nic wam na szkoły nie daje? To co wy tam macie? Ławki ze złota? Książki w diamentowych okładkach? Nie wierzę! – przyjaciółka też krztusi się herbatą, ale ona tylko ze zdumienia.

Przesuwa mi się przed oczami widoczek kampusu Starszej. Akademiki wiecznie proszące się o remont, podłogi wyłożone tanim linoleum, wspólne łazienki i prysznice na korytarzu, obrazek wcale nie tak bardzo różniący się od moich własnych wspomnień z uniwersyteckich lat w Warszawie. Chlubą są jedynie stołówki, na których w ostatnich kilku latach dokonano rewolucji i wyprowadzono z nich fastfoody, zastępując je zdrowszą żywnością, czymś, co z kolei trochę przypomina mi PRL-owski bar mleczny, poszerzony tylko o asortyment dań wegetariańskich.

Dlaczego edukacja wyższa i zawodowa jest w Ameryce tak diabelsko droga? Dlaczego nie ma kontroli nad wzrostem czesnego? Dlaczego nic z tym nie robimy, choć ekonomiści grożą, że stoimy w obliczu całkiem realnej bańki? Ponadpółtoratrylionowy dług studencki już ściąga ekonomię w dół, i jeśli przynajmniej nie zatrzymamy jego huraganowego przyrostu, nabierze masy kotwicy?

I pytanie, które mnie osobiście ciekawi najbardziej, bo jest pytaniem o stan naszego obywatelskiego umysłu: dlaczego Amerykanie się na to wszystko godzą? W imię czego? W myśl jakich ideałów? Ku chwale jakiej przyszłości? O to przyjaciółka już mnie jednak szczęśliwie nie pyta, a ja nie wyrywam się do odpowiedzi. Na dzisiaj wystarczy.