Łączy nas wspólnota losów

Sukcesy polskiego filmu na międzynarodowych festiwalach

671
Reżyser "Dnia gniewu" Jacek Raginis-Królikiewicz (w środku) wraz z odtwórcami głównych ról: Rafałem Gąsowskim (z lewej) – SS-Sturmbannführer Walter Born – oraz Radkiem Pazurą – przeor / Foto: ANTONI WOODLEY

"Uważam, że po wielu latach należy przypomnieć, jaka była stawka i jak olbrzymie ryzyko wiązało się z niesieniem pomocy Żydom. W naszym kraju groziła za to śmierć i unicestwienie, co było zupełnie nieznane w Europie Zachodniej. Poza Polską naziści niemieccy nigdzie za ukrywanie Żydów nie karali śmiercią" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Jacek Raginis-Królikiewicz, reżyser dramatu telewizyjnego "Dzień gniewu", który w ostatnim czasie otrzymał kilka głównych nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych.

Gratuluję wielu sukcesów, które stały się pańskim udziałem w ostatnich dniach. A są wśród nich m.in. główne nagrody za film „Dzień gniewu”: na Calcutta International Cult Film Festival w kategorii – film fabularny, na New York International Film Awards w kategorii – niezależnej pełnometrażowej produkcji, oraz na Tagore International Film Festival w indyjskim Bolpur w kategorii – film religijny. Dodatkowo na tym ostatnim festiwalu otrzymał pan wyróżnienie w kategorii – pełnometrażowy film fabularny. Produkcja ta również znalazła się wśród finalistów kilku innych festiwali, jak: Hollywood Gold Awards, Rome Independent Prisma Awards oraz Florence Film Awards, wszędzie w kategorii – film fabularny. To prawdziwy powód do dumy.
Dziękuję bardzo, ale nie popadam w triumfalizm, raczej odczuwam zaostrzony apetyt. Otrzymałem nagrody oraz wyróżnienia na festiwalach i konkursach filmowych odbywających się w miesięcznych turach, podczas których rywalizują ze sobą filmy z całego świata. Każdy z tych konkursów przewiduje doroczny finał, w którym biorą udział filmy, które zwyciężyły w tych miesięcznych edycjach. Tak więc zobaczymy, jak wówczas ten film wypadnie. Jednak bardzo się cieszę, z tych nagród, a przede wszystkim z faktu, że „Dzień gniewu” okazał się zrozumiały, nośny i poruszający także poza Polską, mimo że opowiada wojenną historię sprzed 80 lat. To pokazuje, że tekst Romana Brandstaettera, na podstawie którego powstał ten dramat, jest uniwersalny i zrozumiały także w Indiach czy w Nowym Jorku.

Jakie znaczenie mają dla pana te nagrody? Są one przyznane w kilku kategoriach, co świadczy o różnym spojrzeniu jurorów na ten film.
To jest pochodna tego, w jakiej kategorii nasz dramat telewizyjny został zgłoszony na dany konkurs. W zależności od festiwalu są różne kategorie, np. na Tagore International Film Festival w Indiach można było go zgłosić do kategorii filmu dotyczącego religii, która nie wszędzie się pojawia. Zabiegając o to, żeby ten dramat znalazł się na różnych festiwalach, zależało mi na tym, żeby to nie była tylko sprawa polska oraz by dotrzeć z promocją rodzimej kultury poza nasze granice. Okazuje się, że sztuka Brandstaettera „Dzień gniewu” nie jest także zbyt dobrze znana w Polsce. Dramat ten nie był grany w teatrach, m.in. ze względu na jego formę misteryjną. Dokonałem w nim szeregu skrótów oraz wprowadziłem pewien reżyserski pomysł, związany z partiami chóru ojców, by były bardziej przystępne współczesnemu odbiorcy. Dotyczy to także całej sztuki, która została napisana w 1962 r. Jeżeli utwór Brandstaettera, który z jednej strony jest dramatem poetyckim, z drugiej nawiązaniem do średniowiecznego misterium paschalnego, a patrząc na niego jeszcze z innej perspektywy stwierdzamy, że jest to dramat historyczny, a nawet thriller wojenny, to moja adaptacja kładzie nacisk właśnie na ten ostatni aspekt. De facto jest to dobrze opowiedziana historia, która wbija widza w fotel i jest swego rodzaju rozrachunkiem oraz próbą odpowiedzi na pytanie dotyczące odpowiedzialności za Holokaust. Wyraźnie widać, że postać Niemca-oprawcy jest zarysowana w sposób pogłębiony, z drugiej strony postawy Polaków są zróżnicowane. Myślę, że tak było podczas wojny, że to bohaterstwo nie było wynikiem jakiegoś automatyzmu, tylko za każdym razem wiązało się z poważnym wyborem i ryzykiem. W swoim dramacie Brandstaetter nie unika też tak bolesnego problemu, jakim było szmalcownictwo. Zresztą na różnych forach ten dramat jest inaczej odbierany. Na niektórych festiwalach jest on bardziej traktowany jako film o religii i relacjach człowieka z Bogiem, relacjach międzyludzkich, w których światopogląd odgrywa bardzo ważną rolę, może dzielić lub być płaszczyzną porozumienia. Nagroda na Tagore International Film Festival związana jest właśnie z tą kwestią, ponieważ tam „Dzień gniewu” zwyciężył jako film o religii. Natomiast jeżeli chodzi o nagrodę za najlepszy film niezależny, jaką otrzymaliśmy w Nowym Jorku, to jest ona dowodem, że jesteśmy w stanie zrobić ciekawą i interesującą produkcję mimo stosunkowo niedużego budżetu, i z aktorami, którzy nie są gwiazdami światowego formatu. Myślę, że każdy z nas, jeżeli bierze się za reżyserowanie, to marzy o zrobieniu takiego filmu, który można odczytywać na wielu piętrach interpretacyjnych i na pewno „Dzień gniewu” jest takim utworem.

Jacek Raginis-Królikiewicz (w środku) na planie filmu „Dzień gniewu” / Foto: ANTONI WOODLEY

Wspomniał pan o pewnych skrótach dokonanych w stosunku do sztuki Romana Brandstaettera. W jakim stopniu ten film wiernie odzwierciedla jego dramat, a ile jest w nim wizji reżyserskiej?
Musiałem dokonać pewnych skrótów. Ze swej strony zaproponowałem prolog i epilog dramatu, nie ingerując w jego tkankę. Nie należę do reżyserów, którzy biorą utwór jakiegoś autora i bardzo swobodnie traktują jego sens czy strukturę. Pozostałem wierny temu, co napisał Brandstaetter, i nie dodałem mu żadnego słowa. Natomiast należy pamiętać, że utwór ten został napisany w 1962 r., czyli 17 lat po zakończeniu wojny. Wtedy w Polsce i Europie wszyscy doskonale wiedzieli, kto jest odpowiedzialny za zagładę Żydów i nikt nie miał wątpliwości, że byli to niemieccy naziści. To był też taki czas, kiedy po traumie wojennej wielu Polaków zastanawiało się nad tym, czy można przebaczyć oraz czy istnieje jakakolwiek szansa na to, żeby zbrodniarz mógł doświadczyć odkupienia. Ja odbieram historię nawrócenia SS-Sturmbannführera Borna jako wyraz wiary w to, że zbrodniarz może się zmienić. Jak ta przemiana wygląda i na ile jest ona wiarygodna, można sprawdzić zarówno w utworze Brandstaettera, jak i w moim spektaklu. Należy także zwrócić uwagę, że dzisiaj jesteśmy w innej sytuacji, ponieważ od zakończenia wojny minęło już 75 lat. Jest wielu młodych ludzi oraz tych w wieku średnim, którzy nie przeżyli wojny, znają ją tylko z opowiadań, oraz różnych opracowań historycznych, publicystycznych i filmów. Dlatego też – jako że z wykształcenia jestem historykiem – wydawało mi się, że niezbędne jest poprzedzenie tego spektaklu prologiem, w którym dochodzi do egzekucji polskiej rodziny wyprowadzonej z mieszkania, w którym ukrywani byli Żydzi. Takie sceny doskonale znamy z wielu filmów, i wiemy też, że Polacy za ukrywanie Żydów byli rozstrzeliwani. Uważam, że po wielu latach należy przypomnieć, jaka była stawka i jak olbrzymie ryzyko wiązało się z niesieniem im pomocy. W naszym kraju groziła za to śmierć i unicestwienie, co było zupełnie nieznane w Europie Zachodniej. Poza Polską naziści niemieccy nigdzie za ukrywanie Żydów nie karali śmiercią. W związku z tym sytuacja naszych rodaków oraz wszystkich tych, którzy zdecydowali się na pomaganie w getcie, była dramatycznie gorsza. Uważałem, że to należy nagłośnić. Odwołałem się do autentycznego niemieckiego rozkazu Hansa Franka, w którym tego typu jurysdykcja była jasno określona. Tego właśnie dotyczy ten prolog. Oglądałem wiele filmów, w których widziałem przemiany funkcjonariuszy, czy to komunistycznych czy też nazistowskich, w których zbrodniarze ci wydawali się przeżywać różne dylematy moralne. Natomiast prawda jest taka, że niezależnie od dylematów przeżywanych przez te jednostki, nawet wtedy system totalitarny w skali makro nadal realizował swoje cele. Trzeba przypomnieć, że sam Roman Brandstaetter opatrzył „Dzień gniewu” dedykacją, w której mówi, że poświęca ten utwór „pamięci Polaków, którzy za pomoc i schronienie udzielone Żydom podczas okupacji zginęli śmiercią męczeńską z rąk hitlerowskich Kainów”. Umieścił to na stronie tytułowej swojego dramatu. Ta właśnie dedykacja była dla mnie drogowskazem interpretacyjnym i zgodnie z nim ukształtowałem epilog spektaklu, którego nie chciałbym teraz zdradzać. Podsumowując muszę podkreślić, że jeżeli dramat teatralny, który w oryginale trwa ponad dwie godziny, trzeba zrealizować w 85 minut, to jest rzeczą naturalną, że należy dokonać jakiejś selekcji. Adaptacja teatralna i filmowa daje reżyserowi prawo do własnej interpretacji utworu, a ja z tego prawa skorzystałem, pozostając wierny autorowi i jego przesłaniu.

Pokazanie przez pana tej prawdy historycznej związanej z Holokaustem i jasne określenie oraz wskazanie sprawców, obrońców i ofiar jest – w obecnych czasach poprawności politycznej, a także tez głoszonych przez niektóre media i wpływowe środowiska – bardzo odważne. Prócz wspomnianego prologu niezwykle wymowny jest też epilog, który również wyraźnie pokazuje, co spotykało Polaków pomagających Żydom.
Podczas przygotowań do realizacji telewizyjnej „Dnia gniewu” byliśmy w Polsce świadkami niebywałych kontrowersji dotyczących tematów, które – wydawałoby się – już dawno mamy za sobą. Dramat Brandstaettera jest niezwykle aktualny z dwóch powodów. Przyznam, że nie spotkałem się w polskiej literaturze z tak bolesną dyskusją, a wręcz kłótnią, która ma miejsce w samym środku akcji. To bardzo trudna rozmowa pomiędzy Emanuelem Blattem a przeorem klasztoru katolickiego. Scena zaczyna się od momentu, w którym młody Żyd, któremu udzielono schronienia, początkowo chce podziękować za pomoc, ale kilka minut później wylewa się z niego mnóstwo bólu i żalu. Wówczas ta wymiana zdań przekształca się z rozmowy pomiędzy zbiegiem a kimś, kto udziela mu schronienia, w dialog Żyda i Polaka, a ostatecznie w gwałtowną polemikę żyda z chrześcijaninem. Stajemy się świadkami sporu o kształt wzajemnych relacji, o odpowiedzialność za zadawane cierpienie, ale też o osobistą relację z Bogiem, wiarę i niewiarę. Pojawia się pytanie, czy żydzi i chrześcijanie, Żydzi i Polacy mogą się nawzajem usłyszeć, czy mogą się porozumieć, oraz czy są w stanie podjąć dialog na trudne tematy. Myślę, że podczas takiej bolesnej konfrontacji często podają bardzo ostre słowa i oceny, które właściwie powinny doprowadzić do zerwania wzajemnej relacji, a jednak jest inaczej, ta rozmowa trwa. Pointa tego dramatu pokazuje, że niezależnie od tego, iż rozmowy pomiędzy Polakami a Żydami, czy też chrześcijanami a żydami mogą być trudne i bolesne, to jednak łączy nas pewna wspólnota losów, jest coś, co sprawia, że możemy patrzeć w tym samym kierunku. Mówiąc to, jestem jak najdalszy od zrównywania cierpień Żydów i Polaków w czasie wojny, bo tego nie da się porównać. Wspólnota doświadczeń jest jednak dla mnie oczywista i może stanowić fundament budowania wzajemnych relacji w przyszłości. W tym znaczeniu, mimo że moja adaptacja „Dnia gniewu” pozbawiona jest happy endu i ma wymiar tragiczny, to ja znajduję w niej powód do nadziei na przyszłość.

Akcja „Dnia gniewu” rozgrywa się w zabytkowych wnętrzach klasztoru / Foto: ANTONI WOODLEY

Takie symboliczne porozumienie widać w końcówce filmu, podczas wspólnej modlitwy zakonników i Emanuela Blatta, który w pewnym momencie intonuje modlitwę „Shema”. Natomiast wracając do wspomnianej przez pana rozmowy, jaką prowadził on z przeorem, to pojawiają się w niej także bardzo ostre i wymowne słowa skierowane zarówno w stronę chrześcijańską, jak i żydowską. Blatt mówi o tym, że naziści wywodzą się z religii chrześcijańskiej, ale również zwraca uwagę, że Żydzi wydawali swoich współbraci, swoje rodziny, że matki przyduszały dzieci itp. Nie obawiał się pan jakichś zarzutów za te odważne sformułowania zarówno ze strony Kościoła katolickiego, jak i środowiska żydowskiego, które w ostatnim czasie całkowicie stara się oczyścić, a wręcz wybielić z takich historii?
Przede wszystkim muszę podkreślić, że ja nie dopisałem tutaj Brandstaetterowi ani jednego słowa i pozostałem mu absolutnie wierny. Należy także zwrócić uwagę, że był on polskim pisarzem żydowskiego pochodzenia, który ukrywał się w czasie wojny i przeżył w swoim życiu konwersję na katolicyzm. Przez to bardzo dobrze rozumiał kulturę i tożsamość żydowską, jak i był zafascynowany katolicyzmem i polskością. Był także poetą, dramaturgiem i tłumaczem, i w tym spektaklu widać, że ta rola tłumacza jest bardzo ważna, ponieważ Brandstaetter chce doprowadzić do dialogu te dwie bliskie mu strony. Natomiast jeżeli chodzi o moje obawy, o które pan pyta, to myślę, że w tej dyskusji polsko-żydowskiej padło już bardzo wiele trudnych słów. Dla porównania, mamy dzisiaj (w trakcie przeprowadzania wywiadu) ostatni dzień kampanii wyborczej w Polsce, podczas której wypowiedziano wiele gwałtownych sformułowań, realnych obaw, ale i niesprawiedliwych ocen. Z drugiej strony zastanawiam się, czy taka sytuacja może mieć wymiar terapeutyczny, bo czasami dochodzi do emocjonalnego sporu, po to, żeby chwilę później móc nieco spokojniej rozmawiać, ponieważ pewien ból i gniew kiedyś trzeba wykrzyczeć. Myślę, że w „Dniu gniewu” taką osobą, która rzeczywiście podnosi głos w tej rozmowie z przeorem jest Emanuel Blatt. Dlaczego? Bo w relacji z przeorem czuje się na tyle bezpiecznie, że może pozwolić sobie na szczerość. Te trudne rozmowy są potrzebne, ważne, aby przyszedł czas na pojednanie między stronami sporu. Brandstaetter w finale swojego dramatu daje szanse na takie współbrzmienie – we wspólnej modlitwie Blatta i duchownych katolickich – podczas której wspólne doświadczenie spotkania z Bogiem nie oznacza utraty duchowej i religijnej odrębności. Fundamentem takiego pojednania, porozumienia jest prawda, która nie niweluje różnic tożsamościowych. Wcześniej w rozmowie z przeorem Blatt mówi o bolesnych doświadczeniach, które mogą brzmieć również jak samooskarżenie. Ale przypomnijmy, że autorem dramatu jest właśnie nie kto inny, ale właśnie Roman Brandstaetter. Opowieść Emanuela Blatta o matce, która w sytuacji zagrożenia udusiła swoje niemowlę, bo swoim krzykiem mogło zwabić niemieckich oprawców, jest wstrząsająca, ale takie rzeczy zdarzały się wśród polskiej ludności cywilnej podczas powstania warszawskiego w 1944 r. I Żydzi, i Polacy byli uczestnikami rzeczy strasznych, również takich, o których mówi Emanuel Blatt, ale ja nie mam obaw, że współczesny odbiorca może mieć poczucie wyższości moralnej wobec osób, które przeżyły wojnę i działały w warunkach ekstremalnych. Nie traktuję tego jako samooskarżenie czy zarzut. Ale chapeau bas dla Brandstaettera, że gotów jest przypominać tak krańcowe sytuacje, bo to pokazuje jego rzetelność w podejściu do tematu.

No właśnie, takiej rzetelności często obecne brakuje w różnych przekazach, które często są wybielane lub wręcz zakłamywane. „Dzień gniewu”, prócz pokazywania dylematów dotyczących wyborów moralnych oraz ukazywania prawdy historycznej związanej z Holokaustem, ma również wymiar ponadczasowy i bardzo uniwersalny. Przedstawia walkę dobra ze złem, wiary ze zwątpieniem oraz zawiera wiele innych przeciwstawnych kwestii, które są bardzo wymowne. Na przykładzie prawdy historycznej i spraw religijnych może on docierać z wieloma przekazami do różnych widzów. Wydaje mi się, że jest to świetnie uwypuklone w tym filmie.
Nie chciałbym zbierać komplementów za autora sztuki, ponieważ to właśnie Roman Brandstaetter świetnie ujął to w swoim utworze.

Młodego Żyda Emanuela Blatta zagrał Janek Marczewski / Foto: ANTONI WOODLEY

Jednak odpowiednie ukazanie tego w filmie też jest sztuką i czymś co warto podkreślić.
Dziękuję, to było moje zadanie, ale tutaj niezwykle ważną rolę odegrali aktorzy. To, co zrobił Janek Marczewski jako Emanuel Blatt, dla mnie – jako reżysera i pierwszego odbiorcy tego filmu – było czymś niesamowitym. Rafał Gąsowski, doświadczony aktor z Teatru Wierszalin z Supraśla, zaskoczył znakomitą kreacją komendanta SS-Sturmbannführera Waltera Borna, stworzył postać ikoniczną. Świetny jest Radek Pazura, grający rolę przeora, który miał bardzo długie partie śpiewane i wykonywał a cappella chorał gregoriański,skomponowany specjalnie na potrzeby tego filmu. Tam też występuje sześciu muzyków z Bornus Consort, czyli de facto ludzie, którzy nie są zawodowymi aktorami, ale doświadczonymi śpiewakami, i, jak widać, oni w ogóle nie odstają od aktorów profesjonalnych. Poza tym ja mam olbrzymi dług wdzięczności wobec Przemka Niczyporuka, który był autorem zdjęć, bo to była trudna realizacja, a zrobiliśmy ją w rekordowo krótkim czasie. Wspomagali go znakomici operatorzy Norbert Modrzejewski i Maciek Łata Kurpiewski. Uważam nawet, że „Dzień gniewu” warto obejrzeć również ze względu na te zdjęcia. To jest po prostu obraz na światowym poziomie. Nie mogę również pominąć scenografii Marcina Buśki czy znakomitych kostiumów przygotowanych przez Izę Stronias. Ogólnie na planie panowała atmosfera skupienia, ponieważ wiedzieliśmy, że to nie jest zwykły film, tylko mieliśmy poczucie, że dokonuje się wielka sprawa i uczestniczymy w czymś bardzo ważnym.

Aktorzy faktycznie genialnie odegrali swoje role. Czym się pan kieruje podczas tworzenia obsady swoich filmów, bo nie tylko w „Dniu gniewu”, ale również w „Inspekcji” odtwórcy głównych ról rewelacyjnie są dobrani i świetnie kreują poszczególne postacie.
Poza Radkiem Pazurą, którego od początku widziałem w roli przeora, i którego znałem już ze wspomnianej przez pana „Inspekcji”, to casting do tego filmu trwał dość długo. Bardzo mi pomógł jako reżyser obsady Bartek Warwas, który właśnie przygotowuje się do swojego debiutu fabularnego. Zależało mi na tym, żeby znaczną część tych postaci zagrali aktorzy, którzy widzowi z niczym się nie kojarzą, tzn. nie są znani z seriali. Jedynymi wyjątkami są Natalia Rybicka, która jest dobrze znana polskiej publiczności, oraz Daniel Olbrychski, który zagrał konspiratora, człowieka z podziemia. Postanowiłem troszeczkę zaryzykować i zaangażować mniej znanych, ale jednak doświadczonych aktorów. Każdy z nich potraktował ten film jako osobiste wyzwanie, i wspiął się na wyżyny, aby pokazać sto procent swoich możliwości. Wszyscy wykazali się niebywałą pracowitością w czasie prób, podczas których uczyli się też śpiewać nieraz bardzo trudny chorał gregoriański  Rafał Gąsowski, który jest aktorem teatralnym, chyba po raz pierwszy pojawił się w telewizji. Tak więc, jeśli spotykam się z oceną, że ta obsada się sprawdziła, to jest to dla mnie duża satysfakcja. 

Zakonnicy, wraz z przeorem, w którego rolę wcielił się Radek Pazura (w środku), mieli go zagrania wiele trudnych partii śpiewanych / Foto: ANTONI WOODLEY

Pozostańmy może jeszcze przy dokonywaniu wyborów reżyserskich. Łatwo zauważyć, że pańska twórczość ma pewien wspólny mianownik, którym są: historia, wojna, dylematy moralne i walka dobra ze złem. Czym się pan kieruje dobierając tematy i sztuki do realizacji?
W 2008 roku zadebiutowałem jako reżyser i scenarzysta dramatem telewizyjnym „Mord założycielski”, przedstawiającym kulisy śmierci założyciela Polskiej Partii Robotniczej, Marcelego Nowotki, na przełomie 1942-43 roku w Warszawie pod niemiecką okupacją. W tym utworze z jednej strony stawiam pytanie o prawdę – co właściwie się wydarzyło, a z drugiej strony ukazuję dylematy decyzyjne i moralne, wobec których stają bohaterowie dramatu. Był to po części thriller polityczny, a po części film noir, w którym kwestie moralne mają fundamentalne znaczenie. W „Mordzie założycielskim” Władysław Gomułka dowiaduje się o sprawach, o których nie miał dotąd pojęcia, i z naiwnego ideowca staje się dość cynicznym uczestnikiem gry partyjnej. Poza samą intrygą i konwencją thrillera historycznego interesuje mnie także sytuacja, w której bohater jest kuszony. W „Inspekcji” takim Mefistofelesem był mjr Wasilij Zarubin w stosunku do gen. Henryka Minkiewicza, a w „Dniu gniewu” kusicielem jest niemiecki oficer Walter Born, który wystawia przeora na próbę charakteru oraz próbę moralną, a właściwie stawia go w sytuacji bez wyjścia, w której każda jego decyzja jest katastrofalna. Moment wyboru i odpowiedzialności moralnej jest dla mnie bardzo istotny. Ktoś kiedyś powiedział nawet, że robię kino moralnego niepokoju w nowej odsłonie. Ja się z tego śmieję i odpowiadam, że gdyby Zanussi i Kijowski robili thrillery, to mógłbym się pod tym podpisać, bo dla mnie bardzo ważny jest walor kina, które ma tempo i wbija widza w fotel oraz wywołuje silne emocje. Wychowałem się na kinie amerykańskim, na filmach Coppoli czy Scorsese’a, tym bardziej ucieszyłem się z nagrody w Nowym Jorku, bo dzięki temu wiem, że temat „Dnia gniewu” nie jest tylko interesujący dla ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej.

Polskie dzieci, które pojawiają się w prologu „Dnia gniewu”, wraz z rodzicami zostały rozstrzelane przez Niemców za ukrywanie Żydów / Foto: ANTONI WOODLEY

Jakie ma pan dalsze plany w stosunku do tego filmu?
„Dzień gniewu” został zgłoszony zarówno na różne festiwale, w tym na festiwale filmów chrześcijańskich i na festiwale filmów żydowskich. Jestem bardzo ciekaw, gdzie, kto i jak go odbiera. To, czy film dostanie się do selekcji, czy też nie, czy dostanie nagrodę, czy też nie, czy spotka się ostrą krytyką, obojętnością czy też aprobatą, to jest dla pewien eksperyment, swego rodzaju sondaż. Natomiast zależy mi na tym, żeby jak największa liczba osób spoza Polski mogła ten film obejrzeć i żeby stał się on przyczynkiem do jakiejś refleksji. Już to, co się wydarzyło do tej pory, jest dla mnie wielką satysfakcją. Ale też nie ma co kryć, apetyt rośnie w miarę jedzenia… Muszę jednak przyznać, że wyobraźnią jestem już przy innych projektach.

Jako że wspomniał pan o nowych projektach, proszę na zakończenie powiedzieć – o ile to nie jest tajemnica – nad czym się pan teraz skupia?
Pracuję nad dwoma dużymi tematami związanymi z drugą wojną światową, które też zahaczają o kwestię żydowską. Mam też kilka historii na film kinowy dotyczący powojennej Polski. Natomiast bardzo mi zależy, by zrobić jakiś temat współczesny, żeby nie być zaszufladkowanym wyłącznie jako spec od produkcji historycznych. Cały czas szukam gotowego scenariusza na film. Niezależnie od tego, że sam piszę, to czytam różne propozycje i nie zamykam się w kręgu własnych pomysłów. Jeżeli ktoś ma jakiś ciekawy scenariusz do zaproponowania, to łatwo można mnie znaleźć na Facebooku i skontaktować się w tej sprawie. Jestem bardzo ciekaw cudzych tekstów, więc bardzo chętnie przeczytam coś, co dotrze do mnie zza wielkiej wody.

Rafał Gąsowski znakomitą kreacją komendanta SS-Sturmbannführera Waltera Borna stworzył postać ikoniczną / Foto: ANTONI WOODLEY

**********

„Dzień gniewu”: W czasie II wojny światowej Polska znajduje się pod niemiecką okupacją. Jesienią 1943 r. w polskim klasztorze pojawia się młody Żyd, uciekinier z pobliskiego getta, i prosi o pomoc. Tymczasem niemieccy naziści karzą Polaków śmiercią za ukrywanie Żydów. Mnisi muszą dokonać trudnego wyboru. Do klasztoru przyjeżdża major SS, odpowiedzialny za likwidację getta i kampanię eksterminacyjną przeciwko Żydom. „Dzień gniewu” to pełna napięcia mieszanka thrillera wojennego i moralitetu. Film jest oparty na dramacie Romana Brandstaettera pod tym samym tytułem.
Produkcja: Agencja Kreacji Teatru Telewizji Polskiej – TVP SA, 2019.