Maciej Świrski dla „Nowego Dziennika”- „Kwestia wizerunku Polski jest kwestią bezpieczeństwa narodowego”

644
FOTO: REDUTA DOBREGO IMIENIA

Kilka tygodni temu na łamach “Nowego Dziennika” opisywaliśmy najnowszy raport Reduty Dobrego Imienia (RDI) dotyczący wizerunku Polski i Polaków na platformach streamingowych. Dziś prezes RDI Maciej Świrski w rozmowie z naszym tygodnikiem tłumaczy, skąd pomysł na raport i jakie wnioski z niego płyną. Pośród nich ma także kilka pomysłów na działanie dla Polonii amerykańskiej.

Reduta Dobrego Imienia niedawno opublikowała raport na temat wizerunku Polaków i Polski na platformach filmowych. Skąd pomysł na taki raport?

Reduta Dobrego Imienia to prywatna fundacja, która skutecznie broni wizerunku Polaków i Polski. Reagujemy praktycznie na wszystkie przejawy mowy nienawiści, pomówienia, kłamstwa czy półprawdy, pojawiające się w przestrzeni publicznej, dotyczące historii Polski czy niektórych spraw współczesności, jak na przykład kwestii oskarżeń współczesnej Polski o „genetyczny antysemityzm” czy rzekomy „faszyzm panujący w Polsce”. Dzięki unikalnym narzędziom informatycznym monitorujemy informacje typu „polskie getta”, „polskie obozy śmierci”. Wyłapujemy je, analizujemy i reagujemy żądając od nadawcy sprostowania i zaprzestania publikacji inkryminowanych treści. W 2019 roku interweniowaliśmy 275 razy, czyli praktycznie w każdy dzień roboczy.
Raport na temat mediów streamingowych to nasza profesjonalna i intelektualna reakcja na powtarzające się w produkcjach filmowych kłamstwa dotyczące historii Polski, zwłaszcza tej z okresu II wojny światowej. Pomysł pojawił się po burzy medialnej, wywołanej pojawieniem się w filmie „The Devil Next Door” mapy, na której niemieckie obozy koncentracyjne pokazane były na tle konturów współczesnej Europy. Jak zwracam uwagę w raporcie: „Trzeba pamiętać, że przedstawiona w filmie mapa środkowej Europy z konturami państw aktualna była tylko od 11.03.1990 do 26.12.1991. Na niej, oprócz pojałtańskich granic Polski, widoczne są też granice Litwy (która niepodległość ogłosiła 11.03.1990), terytorium dzisiejszej Białorusi i Ukrainy opisane literami USSR oraz kontury niepodzielonej Czechosłowacji (której podział nastąpił 31.12.1992). Deklaracja o samorozwiązaniu ZSRS nastąpiła 26.12.1991, a Czechosłowacja po tej dacie dalej istniała – te fakty pomagają określić ramy czasowe powstania mapy na potrzeby programu informującego o ekstradycji Demjaniuka. Miało to miejsce między 11.03.1990 a 26.12.1991”.
W dalszych rozważaniach udowadniamy, że mapa bynajmniej nie powstała specjalnie do filmu, lecz jest fragmentem programu telewizyjnego z początku lat 90. A to zmienia postać rzeczy, jeśli chodzi o pociągnięcie do odpowiedzialności Netfliksa – jak w Polsce żądano.
Raport powstał w konkretnej sytuacji, w reakcji na oburzenie polskiego społeczeństwa. Jako organizacja społeczna chcieliśmy zdiagnozować problem, jaki stoi przed Polakami, żyjącymi w dobie gigantycznych zmian technologicznych, wywołujących równie wielkie zmiany społeczne. Do podejmowania decyzji potrzebna jest wiedza o problemie, a nie tylko intuicyjne podejście na podstawie doświadczenia bycia abonentem Netfliksa czy innego serwisu streamingowego. A mamy do czynienia z przemysłem, który ma przemożny wpływ na życie współczesnych pokoleń, szczególnie tych najmłodszych. To, co mnie najbardziej interesuje po już prawie ośmiu latach działania Reduty, to ochrona dobrego imienia Polski w momencie, gdy ustalił się konsensus naukowy, szczególnie w Ameryce Północnej, o rzekomym „polskim współudziale w Holokauście” i ten konsensus widać już wyraźnie w kulturze popularnej. A więc, z jednej strony, refleksja ekspercka nad tym, jak działają media strumieniowe, takie jak Netflix, a z drugiej – analiza zawartości pod kątem obecności wspomnianego konsensusu w treściach mówiących o II wojnie światowej. A te treści kształtują opinię o Polakach i o Polsce. Powtarzam od początku istnienia Reduty (a co teraz jest dla wszystkich oczywiste): ponieważ art. 5 traktatu NATO jest ściśle polityczny, to kwestia wizerunku Polski, zwłaszcza w USA, jest kwestią bezpieczeństwa narodowego. Polakom uznawanym za sprawców Holokaustu nikt nie będzie chciał pomóc realnie w momencie agresji. I z tego punktu widzenia należy patrzeć na działania rozmaitych osób i grup piszących i mówiących o „polskiej winie za Holokaust”. Ten przekaz ma – w mojej ocenie – zniszczyć sojusz polsko-amerykański. Kto na tym korzysta, nie trzeba tłumaczyć. Trzeba się temu, z całą mocą, z myślą o niepodległości Polski, przeciwstawiać. Dlatego działam i dlatego występuję publicznie.

Jak ocenia pan siłę dotarcia takiego podprogowego przekazu o Polakach i Polsce? Czy jest on groźny? Wielu twierdzi, że to tylko niewinne filmy i seriale.

Jak już powiedziałem, obecność treści fałszujących polską historię w przekazie popkulturowym ma wpływ na opinie o Polakach i w konsekwencji na polskie bezpieczeństwo narodowe. I dlatego ten „podprogowy przekaz”, jak pan się wyraził (chociaż ostatnio pojawiły się wątpliwości, czy w ogóle takie zjawisko istnieje), jest rzeczywiście groźny. Ja bym raczej nazwał to proliferacją dezinformacji, jako jeden z elementów wojny komunikacyjnej przeciwko Polsce. Niestety, odchodzi już pokolenie pamiętające czas II wojny światowej z autopsji. Jeśli, tu i teraz, nie przekażemy widzowi – zwłaszcza ludziom młodym – czytelnego i spójnego kodu pamięci, jeśli nie będziemy za każdym razem protestować przeciwko kłamstwom i półprawdom, to grozi nam utrata tożsamości narodowej. Potęga wpływu nowoczesnych mediów, ich wszechogarniający i totalny zasięg rzeczywiście grozi zanikiem przekazu kulturowego narodów takich jak Polacy, których język jest praktycznie nieznany, a kultura ulega szybkiej amerykanizacji i nie ma globalnego oddziaływania. Do tego powstaje nowe zjawisko jakościowe związane z „bańkami informacyjnymi”, które już znamy. Jeśli dołączy się do tego sztuczną inteligencję (artificial intelligence), olbrzymie bazy danych upodobań klientów i systemy komputerowego generowania obrazów w czasie rzeczywistym – to okaże się, że nie tylko tkwimy w bańkach informacyjnych, ale także nie możemy nawet porozmawiać na temat tego, co oglądamy, bo każdy z nas będzie miał swój film wyświetlany na własnym urządzeniu, wygenerowany według własnego gustu. Jaki to będzie miało wpływ na młodych, na kwestie także wolności informacji, cenzurę w Big Tech – tego mieszkańcom Stanów Zjednoczonych nie muszę mówić. Niestety, w Polsce te kwestie są przez tzw. elity pomijane milczeniem, a po publikacji naszego raportu – wykpiwane. To dowodzi całkowitej zaściankowości tych ludzi. A przecież kwestia miejsca Big Tech w życiu publicznym jest teraz jednym z najważniejszych tematów w Stanach Zjednoczonych. A jeśli w Stanach, to i niebawem w Polsce. Owszem, jest już cenzura na Facebooku, Twitterze, w całkowitej sprzeczności z art. 54 Konstytucji RP.

Z raportu wynika, że pośród tylu tytułów w ani jednym Polak nie jest przedstawiany w pozytywnym świetle. Czy to pana zaskoczyło?

Dzieje Polski są pełne wspaniałych i bohaterskich postaci, takich jak rotmistrz Pilecki, pułkownik Kukliński czy Merian C. Cooper, dzielny lotnik walczący z bolszewią w obronie Polski w 1920 roku i kawaler Krzyża Virtuti Militari – notabene późniejszy producent z Hollywood i twórca w 1933 r. „King Konga”. Niestety, nie znaleźli się w żadnej produkcji zagranicznej. I dlatego to jest najważniejsze przesłanie raportu: trzeba stworzyć warunki finansowo-organizacyjne dla polskiego świata filmu, by następnie dotrzeć z pasjonującymi scenariuszami do decydentów platform streamingowych. Jest wielkie zapotrzebowanie na prawdziwe historie, które będą zapierać dech widzów na całym świecie. Takich tematów jest u nas bardzo dużo. Jest w czym wybierać. A obraz Polaków w filmach obecnych na Netfliksie czy w pozostałych serwisach (a zanalizowaliśmy w sumie ponad 600 filmów – raport można ściągnąć pod adresem http://rdiplad.org/raport-streaming) wynika z olbrzymich zaniedbań nad obecnością Polski w świadomości twórców. Przez ponad 45 lat Polska była za żelazną kurtyną pod okupacją sowiecką. Następne 25 lat postkomunizmu nie sprzyjało temu, by prawdziwy przekaz o Polsce się pojawiał w USA (z wyjątkiem mediów polonijnych), ponieważ przez długie lata dominowało imperium medialne, które umownie nazywamy „Czerska”, i zjawisko „pedagogiki wstydu” dawało obowiązującą wykładnię polskich dziejów. I ten poniżający Polaków przekaz był rezonowany do Stanów Zjednoczonych i innych silnie kulturowo krajów – i stąd brak pozytywnych postaci Polaków, konotacji z Polską itd. A przecież znanym zjawiskiem jest, że jeśli nawet osoba niechętna Polsce (bo zna ją właśnie z takich przekazów) przyjedzie do Polski i zetknie się z ludźmi i pozna trochę naszą historię – to staje się Polski orędownikiem i przyjacielem. Więc do tego trzeba dążyć – żeby jak najwięcej ludzi Polskę poznało.

Opisując państwa raport w „Nowym Dzienniku” zasugerowaliśmy, by w następnym tego typu raporcie obok przypadków oszczerstw na temat Polaków informować także rzetelnie o źródłach finansowania filmu czy serialu. Co pan myśli o takim pomyśle, i czy w ogóle będą kolejne raporty na ten temat?

To na ogół prywatny kapitał wielkich film producenckich, rzadko pieniądze pochodzą z kasy państwowej. Oczywiście, trzeba wiedzieć, kto za takimi produkcjami stoi. Bardzo słuszna sugestia. Lecz musimy sobie zdawać sprawę, że aranżacje finansowe do produkcji filmowej są wielopiętrowymi konstrukcjami, w dodatku trzymanymi w tajemnicy. Wiadomo jednak o zaangażowaniu kapitału chińskiego, arabskiego czy niemieckiego w amerykański przemysł filmowy. A przecież nie jest tak, że pieniądze nie mają narodowości. Wręcz przeciwnie. I właśnie widzimy wpływ pochodzenia pieniędzy na przekaz o tych krajach. Wraz z pandemią COVID-19 kwestia chińskiego wpływu na media w USA została obnażona, i jest to dokładnie to, o czym mówimy. Trzeba tu dodać, że wraz z upadkiem systemu studyjnego, który przyniosła rewolucja Netfliksa, zmienił się też i paradygmat rozrywki związanej z filmem – już nie film dwugodzinny, tylko wieloodcinkowe seriale. Oglądanie nie w sali kinowej, tylko na urządzeniu mobilnym albo w kinie domowym w dowolnym czasie i towarzystwie. Ta zmiana niesie za sobą konkretne zmiany finansowe i organizacyjne, które Polska musi dostrzec i odpowiednio reagować. Dla Polski kwestia finansowania tzw. produkcji hollywoodzkich, jak je dosyć nieszczęśliwie nazwano, jest oczywiście jednym z elementów strategii wpływania na przekaz popkulturowy na temat Polski. I tu trzeba sobie zdawać sprawę, że jeden średniobudżetowy film produkowany w „Hollywood” (tak to umownie nazwijmy), czyli kosztujący 80-100 mln dolarów, to więcej niż cały budżet polskiej kinematografii. Żeby film finansowany przez Polskę mówił o Polsce w sposób prawdziwy, to Polska musi mieć kontrolę nad produkcją takiego filmu, czyli dać większość wkładu finansowego. Jest to wyzwanie, które stoi przed każdym, kto chciałby taki prawdziwy film o Polsce zrobić. Dodatkowo – taki przekaz filmu musi mieć swój wyraz artystyczny, a nie być tępą propagandą, która zostanie z miejsca odrzucona przez widzów.
Dalsze raporty na ten temat będą powstawać. Mamy niezbędne kompetencje i ekspertyzę, lecz oczywiście musimy mieć także pieniądze na wynagrodzenia ekspertów, co jest oczywiste.

Jak według pana państwo polskie powinno reagować na oszczerstwa na temat Polski i Polaków i czy obecnie reaguje ono dobrze?

Po latach zaniedbań i bierności państwo polskie reaguje poprawnie i coraz skuteczniej. Trzeba oczywiście rozróżnić między tym, co może zrobić państwo swoim aparatem dyplomatycznym czy urzędniczym, a tym, co może zrobić prywatna organizacja, jak Reduta Dobrego Imienia. Reagować na oszczerstwa należy adekwatnie do okoliczności i zawsze uwzględniać kontekst kulturowy i prawny, w którym rzecz się odbywa. Pozew złożony przez państwo zawsze będzie uznawany za niedopuszczalną ingerencję w wolność słowa. Zwłaszcza w momencie, gdy Polska jest oskarżana o faszyzm, dyktaturę i tego rodzaju absurdy. I tu polskie krajowe wyobrażenia na temat możliwości pozywania oszczerców w Stanach Zjednoczonych rozchodzą się z twardą rzeczywistością. Nasz raport na temat biznesu streamingowego zawiera też dwie analizy prawne dotyczące możliwości pozwania przez IPN Netfliksa w sprawie mapy z filmu o Johnie Demjaniuku. Takie żądania pojawiły się w Polsce. Wynikały one oczywiście z całkowitej nieznajomości amerykańskich realiów prawnych i obyczaju prawnego, ustalonego trybu patrzenia na kwestie wolności słowa. Taki pozew, gdyby ktoś go złożył w imieniu państwa polskiego, stałby się katastrofą wizerunkową na gigantyczną skalę. Nastąpiłoby skupienie uwagi mediów na problemie, który chce się zwalczyć (tzw. efekt Barbry Streisand), i oczywiście wszystkie kłamstwa na temat historii Polski i Polski współczesnej natychmiast zaczęłyby krążyć w przestrzeni medialnej. A potem sędzia w jakimś powiatowym sądzie odrzuciłby ten pozew w obecności kamer wszystkich możliwych telewizji mówiąc, że nie można pozwolić, żeby „faszyści z Polski tłumili wolność słowa w Kalifornii”.
W tym konkretnym przypadku, zamiast pozywać, trzeba się z Netfliksem zaprzyjaźnić, bo jest głód kontentu a polskie treści są bardzo nośne filmowo. Miałem wiele spotkań z ludźmi z branży w ciągu ostatnich kilku lat i każda moja opowieść o polskich bohaterach, takich jak Pilecki czy Hubal, wzbudzała entuzjazm: „Co za historia!”.
Te działania należy jednak skupić na najważniejszym i najskuteczniejszym obszarze: Polska potrzebuje perfekcyjnej polityki historycznej, a w jej realizacji także nowego, doskonałego kina historycznego. Trudności, jakie są tym związane, już wymieniłem. Poza tym, tak naprawdę, w dobie przemian technologicznych już nie o filmy chodzi, tylko o zintegrowany, interaktywny system rozrywki mobilnej, na bazie gier, przekazu streamingowego na żywo, rzeczywistości rozszerzonej itd. W tym wszystkim musi się zmieścić polska polityka historyczna ze swoim przekazem. Ale żeby ten przekaz był, musi być jakaś zawartość merytoryczna. I tutaj mamy pewnego rodzaju regres. Paradoksalnie w czasach PRL więcej prowadzono badań na temat okresu II wojny światowej niż teraz. Proszę zrobić przegląd projektów badawczych na wydziałach historycznych największych polskich uniwersytetów. Tematy II wojny światowej są praktycznie nieobecne, za to można znaleźć przykłady „kultu cargo w nauce” jak to nazwał swego czasu Richard Feynman, a doskonale zdiagnozował i przewidział już w 1972 roku Stanisław Andreski w swojej książce „Social Sciences as Sorcery”. Polityczna poprawność, tak dotkliwie obecna w USA, zaczyna już i w Polsce zbierać swoje żniwo. Jest tak, że lepiej nie ruszać tematów „drażliwych”, czyli na przykład kwestii prawdziwego przedstawiania relacji polsko-żydowskich, bez omijania prawdy (i tu właśnie dochodzimy do konsensusu naukowego, o którym mówiłem), czy rzeczywistego przeznaczenia Auschwitz w pierwszych dwóch latach istnienia obozu. Za to można zostać napiętnowanym jako „kryptoantysemita”. Tak więc Polska musi intensywniej prowadzić badania i udostępniać je w języku angielskim, żeby wypełnić treścią „polską politykę historyczną”, a nie tylko powtarzać, że „straciliśmy 6 mln obywateli”, co i tak jest podawane w wątpliwość, bo liczbę tę wymyślił stalinowski funkcjonariusz Berman. Oczywiście badania prowadzone w instytucjach powołanych po 2015 roku i w IPN, ale w mojej opinii jest ich za mało. Sam Instytut Pileckiego i IPN nie wystarczą. Potrzebne są jeszcze badania na uniwersytetach. Obrażanie się i walka z wiatrakami jest najgorszą drogą do zwycięstwa. To, co musimy robić, to bezwzględnie ścigać tych, którzy – w mojej opinii – niszczą polską reputację z premedytacją, a wszędzie indziej uświadamiać, uczyć i ewangelizować na temat Polski.

Największe platformy filmowe na świecie pochodzą z USA. Jaką rolę Polonii amerykańskiej widzi pan w zabiegach mających przynieść poprawę wizerunku Polski i Polaków w produkcjach filmowych?

Polonia amerykańska może i powinna odegrać kapitalną rolę w kształtowaniu prawdziwego wizerunku Polski i Polaków. Przede wszystkim trzeba uważnie obserwować, co się dzieje na ekranach, i w razie poważnych przekłamań, kłamstw, organizować wielkie społeczne akcje i poprzez mailing żądać usunięcia błędów, zaprzestania emisji itp.
Proszę zauważyć, że Netflix po tym „kryzysie mapowym” starannie się wystrzegał odniesień do faktu, że zareagował nawet premier polskiego rządu. Podano tylko informację, że reagują na uwagi swoich abonentów. I to jest droga działania. Zamierzam właśnie w ten sposób prowadzić działania Reduty w sprawie treści obecnych na platformach streamingowych. Do działań tych serdecznie zapraszam także czytelników „Nowego Dziennika”. Nasze akcje ogłaszane są za pomocą newslettera i w naszych mediach społecznościowych. Protesty to jednak pierwszy krok. Wykorzystując swą siłę i znaczenie Polonia może sugerować, podpowiadać nowe kierunki dla wielkich produkcji wykorzystując inspiracje narodowe. Jak? Na przykład poprzez promowanie konkretnych wydarzeń, czy postaci. Wreszcie, o co bardzo proszę, wspierać nasze działania! Reduta Dobrego Imienia jest prywatną organizacją i utrzymuje się wyłącznie z dobrowolnych darowizn. Prowadzimy wiele spraw sądowych, najważniejsza z tych spraw to kwestia błędów metodologicznych w książce „Dalej jest noc” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, które – w naszej ocenie – pojawiały się w książce. Były już dwie rozprawy, zbliża się trzecia. A październiku będzie rozprawa z pozwu Jana Grabowskiego przeciwko nam, bo uznał, że nasze krytyczne uwagi na temat jego metod badawczych podważają jego reputację. Tak naprawdę, w mojej ocenie, wytoczył proces nie tyle przeciwko nam, lecz przeciwko polskiej polityce historycznej, której bronimy.

A co, według pana, może dla wizerunku Polski i Polaków oraz prawdziwego obrazu naszego kraju w USA robić przeciętny Kowalski mieszkający właśnie w USA?

Trzeba odważnie bronić dobrego imienia Polski i Polaków. Zbytnia lękliwość, stale obecna w polskim życiu publicznym, nie powinna mieć miejsca. Akurat ta uwaga dotyczy bardziej Polski niż Polaków w Stanach Zjednoczonych. Chociaż, patrząc na ostatnie wydarzenia, można odnieść wrażenie, że polski kod kulturowy jest kompletnie niepoprawny politycznie – ta swoista mieszanka patriotyzmu, przywiązania do wiary, przywiązania do historii narodowej, tworzonej przez ludzi, których rozmaite osoby ze świecznika intelektualnego nazywają „właścicielami niewolników”. Tak, dzisiaj, żeby przyznawać się do polskości trzeba odwagi. Tak więc najbardziej potrzebna jest odwaga. I ten Kowalski, o którym pan wspomniał, powinien odważnie bronić dobrego imienia Polski, nie tylko w wymiarze historycznym, ale także polskiej współczesności. Polska współczesna wcale nie jest dyktaturą, ale oazą wolności, w porównaniu z tym, co dzieje się w Niemczech czy Francji. I o tym wszystkim każdy Polak, któremu zależy na prawdzie o jego ojczyźnie, powinien odważnie mówić.

Prócz filmów i seriali największym problemem wydaje się także wyedukowanie zagranicznych dziennikarzy, którzy wielokrotnie świadomie bądź nieświadomie popełniają błędy i używają błędnych określeń. Czy zamierzacie państwo w jakiś sposób do nich docierać?

To bardzo ważny problem. Sam wielokrotnie edukowałem takich dziennikarzy. Jestem historykiem i publicystą. Kiedyś jedna z bardzo opiniotwórczych redakcji mieszczących się na dolnym Manhattanie przysłała do mnie dziennikarkę na wywiad. Zadanie miała proste: napisać tekst o polskim nacjonaliście i antysemicie, który jest autorem „polskiej ustawy o Holokauście”. Rozmowa trwała zamiast umówionej godziny ponad dwie. Nic nie wiedziała o Polsce, a to, co jej się tłukło po głowie, to był jakiś zlepek propagandy. Okazało się, że trafiła nie na antysemitę i nacjonalistę i wcale nie na autora tej ustawy. Przez te dwie godziny tłumaczyłem jej historię Polski w XX wieku i opowiadałem o tym, co robię – dając za przykład sprawę, którą Reduta prowadziła przeciwko Onetowi. Onet zamieścił zdjęcie kobiet prowadzonych przez niemieckich żołnierzy na rozstrzelanie w Palmirach w 1940 roku jako ilustrację do artykułu o prostytucji. Gdy jej to wszystko opowiedziałem z detalami, była wstrząśnięta. Proszę zauważyć, że trafiłem tą historią w jej siatkę pojęciową: prześladowanie kobiet (a więc kwestia feministyczna), rozstrzelanie. Prostytucja – także aspekt czegoś, co nazywa się „human trafficking”, i jest obecne w dyskursie publicznym w USA. W efekcie cały plan wywiadu się posypał i tekst o mnie jako antysemicie itd. się nie ukazał. Dlaczego o tym opowiadam? Otóż właściwa komunikacja ze środowiskiem dziennikarzy i decydentów na świecie, a szczególnie w USA, wymaga dostosowania przekazu do ich możliwości polityczna poprawność. I dlatego należy używać języka politycznej poprawności, gdy się protestuje czy uświadamia dziennikarzy w takich sprawach jak „polskie obozy koncentracyjne”. Zorientowałem się w tym zaraz na początku działań Reduty – gdy pisałem protesty w sprawie „polskich obozów” z odwoływaniem się do polskiego bohaterstwa, prawdy o II wojnie światowej – to na nikim nie robiło wrażenia, było zero odzewu. Zaczęto reagować dopiero, gdy wymyśliłem formułę: „Użycie sformułowania ‚polski obóz koncentracyjny’ (lub podobne) jest językiem nienawiści (hate speech) przeciwko Polakom, z wykorzystaniem kłamstwa oświęcimskiego (Holocaust denial) w oparciu o uprzedzenia rasowe i etniczne (racial and ethnic prejudices)”. I dzięki temu mamy skuteczność prawie 70 procent, w zależności od mediów i kraju, w którym pojawia się oszczerstwo. Ale to jest właśnie metoda. I tu od razu muszę uprzedzić zarzuty, że popieram polityczną poprawność – nie, walczę ich bronią, docierając do ich głów jedynym zrozumiałym przez nich przekazem. Tak samo powstańcy warszawscy używali niemieckiej broni, bo tę mieli zdobyczną i była skuteczna – analogia może szokująca, ale adekwatna.

Raport kończy się wnioskiem, że z przekłamaniami czy też oszczerczymi materiałami na temat Polski i Polaków lepiej walczyć lobbingiem czy też rozmową, a nie pozwami sądowymi. Czy to będzie nowa strategia działania Reduty Dobrego Imienia?

Musimy oczywiście uściślić terminologię. Słowo „lobbing” ma w Stanach określone ściśle zdefiniowane prawem znaczenie. Nasze działania nie są „lobbingiem”, bo nie kontaktujemy się z przedstawicielami władz amerykańskich ani też żadnych innych państw. Wzywamy dziennikarzy do poprawienia sformułowań krzywdzących Polskę i do pisania prawdy o Polsce. Procesy wytaczamy tam, gdzie można to zrobić, i tylko wtedy, gdy widzimy, że sprawa jest tego warta. Nie można reagować na każdy incydent, bo wtedy nadaje się tej sprawie zbyt wysoką rangę. To, co robimy, to śledzenie tego, co się dzieje, interweniowanie po cichu, bez ogłaszania tego wszem i wobec, żeby oszczercom nie robić reklamy. Dopiero przy braku reakcji następuje eskalacja i prosimy naszych wolontariuszy i sympatyków o wysyłanie e-maili z protestami, a w sytuacjach skrajnych wstępujemy na drogę prawną. Problem też leży w tym, że przy różnicach systemów prawnych pomiędzy państwami, nawet w samej Unii Europejskiej, i różnicach kosztów w prowadzeniu spraw sądowych niezwykle trudno jest osiągnąć zadowalające efekty. Takie jest nasze doświadczenie. Sprawy, które prowadzimy przed polskimi sądami, wygrywamy, natomiast w Niemczech, przy skrajnie nierównym traktowaniu polskiej strony, nie mamy takich efektów. Dlatego zmieniamy w tej chwili sposób działania. Z jednej strony będziemy prowadzić efektywnie akcje prawne przeciwko oszczercom przed polskimi sądami, z drugiej – mamy już opracowaną koncepcję podobnego działania w Stanach Zjednoczonych. Będziemy też prowadzić akcję edukacyjną i komunikacji strategicznej, aby osoby mające wpływ na przekaz medialny wiedziały, że na przykład określenie „polski obóz koncentracyjny” jest kłamstwem oświęcimskim.
Poza wszystkim bardzo dużo pracy uświadamiającej jest do zrobienia w Polsce. Dlatego też prowadzimy szeroką akcję publicystyczną. Od marca br. regularnie nagrywamy podcasty, w których rozmawiamy o najważniejszych wydarzeniach. Zapraszam do odsłuchania kilkudziesięciu audycji. Gościłem w nich już m.in. doradcę prezydenta Andrzeja Dudy, prof. Andrzeja Zybertowicza, ministra Antoniego Macierewicza, byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, europosła Ryszarda Czarneckiego, Wydajemy także internetowy magazyn „Reduta Online”, w którym przybliżamy naszą działalność, zamieszczamy ciekawe wywiady, a także stale monitorujemy prasę niemiecką i rosyjską. Mamy także aktywną stronę na Facebooku i profil na Twitterze. Ta działalność informacyjna jest szalenie ważna, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, w której żądzą coraz częściej fake newsy.

Jakie plany ma Reduta Dobrego Imienia na najbliższe miesiące, oprócz bieżącej działalności? Czy możemy spodziewać się jakiś szczególnych wydarzeń i publikacji nowych raportów?

Pandemia w żadnym razie nie zamknęła naszej działalności. Od kilkunastu miesięcy przed pandemią działamy w systemie zdalnym z wykorzystaniem specjalnych aplikacji i tak naprawdę teraz możemy pokazać na co nas stać. Oprócz działalności statutowej chcemy jeszcze wzbogacić nasze media – głównie myślę podcastach i magazynie „Reduta Online”. Oczywiście będą kolejne raporty, a ponieważ działamy dyskretnie, ale skutecznie, nie chcę ujawniać zbyt wcześnie naszych mocno zaawansowanych projektów. Naturalnie redakcja „Nowego Dziennika”, tak zasłużona dla Polski i Polonii – którą nie tylko pozdrawiam, ale chylę czoło przed państwa dokonaniami – dowie się o tym pierwsza. Zapraszam wszystkich do odwiedzania naszej strony – http://anti-defamation.org – i zapisania się do naszego newslettera.