Marzenia trzeba realizować

Rodzinna wyprawa dookoła świata

304
Z zachodnioaustralijskiego Perth do Melbourne przejechaliśmy 4 tys. km autem w kolorze zebry i z rozkładanym namiotem na dachu. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że przeznaczony był tylko dla trzech osób / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

Mają po trzydzieści kilka lat i uwielbiają podróżowanie. Agata i Maciej Gramaccy kilka tygodni temu ukończyli wyprawę dookoła świata, podczas której w ciągu pół roku odwiedzili 14 krajów.

Być może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dokonali tego z trójką dzieci, których wiek nie przekracza 10 lat.

Podczas podróży „Family on board”, rodzina Gramackich odwiedziła również Nowy Jork, gdzie na kilka godzin przed ich odlotem do Hiszpanii mieliśmy okazję odbyć długą rozmowę. Spotkałem się tylko z Agatą i Maciejem, ponieważ dzieci odpoczywały po bardzo intensywnym dniu spędzonym w Wielkim Jabłku oraz przed długim przelotem do Europy.

W Nowym Jorku podróżnicza rodzina nie tylko zwiedziła miasto, ale także spotkała się ze swoimi znajomymi oraz odwiedziła szkołę podstawową PS 110 na Greenpoincie, w której wygłosiła prelekcję na temat swojej wyprawy dookoła świata. Dzięki temu dzieci Gramackich miały okazję zobaczyć, jak wygląda i funkcjonuje amerykańska szkoła.

RODZINNA WYPRAWA
„Pomysł na tę podróż żył w nas od dawna – podkreśla Maciej Gramacki. – Poznaliśmy się z żoną w harcerstwie, kiedy to spędzaliśmy od dwóch do trzech miesięcy w roku poza domem. Z kolei podczas różnych studenckich wyjazdów, już jako para, odwiedziliśmy parokrotnie Stany Zjednoczone. Raz przylecieliśmy od ‚drugiej strony’, odwiedzając po drodze Chiny, Australię i Nową Zelandię. Postanowiliśmy wówczas, że powrócimy tutaj za jakiś czas oraz odbędziemy dużą podróż dookoła świata, ale gdy pojawiły się dzieci, zajęliśmy się budową domu i ta wyprawa zeszła na drugi plan” – wspomina Maciej.

Do pomysłu Gramaccy powrócili półtora roku temu, podczas wakacyjnego pobytu w Bieszczadach.

„Doszliśmy do wniosku, że musimy w końcu wyznaczyć datę tej podróży i zrobić wszystko, by do niej doprowadzić” – dodaje ojciec rodziny. W ciągu kilkunastu miesięcy musieli odpowiednio dopiąć swój budżet potrzebny na wyprawę, załatwić odpowiednie szczepienia, sprawy wizowe oraz formalności związane z pracą, a przede wszystkim z edukacją dzieci, które we wrześniu rozpoczynają zwykle regularną naukę w szkole. Decyzję o podróży podjęli wspólnie z dziećmi, ponieważ chcieli, by była ona rodzinna.

„Pomysł wypłynął od nas, ale chcieliśmy wiedzieć, jak nasze dzieci się na to zapatrują – wyjaśnia Agata dodając, że ich reakcja była entuzjastyczna i oczywiście pozytywna.

W ramach przygotowań do wyjazdu, mniej więcej co dwa tygodnie, wszyscy wspólnie omawiali to, co zostało już zrobione oraz na czym należy się skupić w danym momencie.

Litwa, Kłajpeda. W dniu szóstych urodzin Tomka podróżowaliśmy w pełnym słońcu rowerami po pustej plaży na Mierzei Kurońskiej na Litwie / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

W podróż dookoła świata wyruszyli 25 września ub.r. i rozpoczęli ją od rodzinnej Rakowni w Wielkopolsce, skąd poprzez Poznań i Suwałki dotarli na Litwę, gdzie odwiedzili Wilno, Kłajpedę i Szawle. Trasa, którą przemierzyli, objęła także: Łotwę (Ryga), Estonię (Talin), Rosję (Sankt Petersburg, Moskwa i rejony Bajkału), Chiny, Australię, Nową Zelandię, Chile, Boliwię, Peru, Kubę, Stany Zjednoczone i Hiszpanię. W sumie byli w 14 państwach. Długość tej wyprawy oraz liczba krajów, które Gramaccy odwiedzili, nie jest przypadkowa i ma związek z ich harcerską działalnością.

„Wywodzimy się z Błękitnej Czternastki, poznańskiego szczepu, który w tym roku obchodzi stulecie swojej działalności. W podróż zabraliśmy nawet naszą lilijkę czternastacką i fotografujemy ją w różnych miejscach świata” – podkreśla Agata.

„Stąd też wzięło się 14 krajów, które znalazły się na naszej trasie, a w dodatku mamy dojechać do domu o godzinie 14:14, bowiem właśnie o tej porze przyjeżdża pociąg, który mamy zaplanowany. I w ten sposób zamierzamy zamknąć naszą podróż” – mówił Maciej podczas naszego spotkania w Nowym Jorku.

Rodzinną wyprawę dookoła świata rodzina Gramackich ukończyła 26 marca.

„Chcieliśmy tę podróż odbyć w ciągu pół roku, tak by dzieci zaczęły i ukończyły naukę wraz z kolegami i koleżankami ze swoich klas” – wyjaśnia ojciec rodziny.

Ich najmłodszy syn Tomek ma 6 lat i jest w przedszkolu, córka Iga ma 8 lat i jest uczennicą 3 klasy o profilu muzycznym, a najstarszy syn Janek ma 10 lat i jest w piątej klasie o profilu sportowym.

Ten półroczny okres wyprawy związany był także z zatrudnieniem Macieja, który jako koordynator działającego latem historycznego Parku Dzieje w Murowanej Goślinie postanowił czynnie wykorzystać przerwę jesienno-zimową.

„Chciałem wrócić z podróży w odpowiednim czasie, by rozpocząć pracę w normalnym terminie” – podkreślił Gramacki.

Australia, Lucky Bay. Na łonie przyrody, z dala od wielkich miast i skupisk ludzkich, nigdy nie wiadomo co nas może spotkać / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

PRZEBIEG WYPRAWY
Trasa podróży w dużym stopniu była modyfikowana i ustalana w jej trakcie.

„Początkowo zaplanowaliśmy tylko te części, które wymagały wcześniejszego załatwienia wiz wjazdowych, czyli obejmujące Rosję, Chiny, Australię i Stany Zjednoczone. W związku z tym, że Ameryka Południowa jest bezwizowa, więc w jej przypadku nawet nie mieliśmy zaplanowanych krajów, które chcieliśmy odwiedzić. To ustalaliśmy w trakcie podróżowania” – wyjaśnia Agata, dodając, że dzięki temu mieli sporo wrażeń i mogli spędzić więcej czasu w miejscach, które uznali za bardziej ciekawe i atrakcyjne.

Podróżnicy poruszali się głównie pociągami i autobusami, ale korzystali także z wynajętych samochodów oraz samolotów.

„Pierwszy nasz lot był znad Bajkału do Pekinu. W Chinach zahaczyliśmy o Wielki Mur, Xi’an oraz zobaczyliśmy mauzoleum Terakotowej Armii. Stamtąd dostaliśmy się do Hongkongu, skąd polecieliśmy do Perth w Australii, którą przejechaliśmy południową stroną i dotarliśmy do Melbourne. Stamtąd dostaliśmy się na Tasmanię, gdzie spędziliśmy prawie tydzień. Następnie zdobyliśmy Górę Kościuszki i przez Canberrę i Sydney udaliśmy się na trzy tygodnie do Nowej Zelandii, po czym polecieliśmy do Ameryki Południowej” – opowiada Maciej. Tam spędzili sześć tygodni i mimo że nie był to łatwy kontynent do podróżowania, mają z niego bardzo dobre wrażenia i wspomnienia. Z Ameryki Południowej poprzez Kubę – byli tam kolejny tydzień – dotarli do Stanów Zjednoczonych skąd po prawie miesięcznym pobycie polecieli do Hiszpanii, a następnie dotarli do Polski i swojego rodzinnego domu.

„Przebyliśmy już około 70 tys. kilometrów” – stwierdził Maciej podczas naszego spotkania w Nowym Jorku. Dodał, że świadomie ominęli Afrykę, ponieważ uznali, że ich dzieci są jeszcze za małe na trudności, jakie czekają podróżników na tym kontynencie.

„Zaliczymy ją innym razem, ponieważ jest tam wiele ciekawych miejsc do zobaczenia” – zapewnił Gramacki i podkreślił, że podróż z dziećmi wygląda zupełnie inaczej niż z dorosłymi.

„Musieliśmy zwracać uwagę na wiele dodatkowych spraw, a poza tym interesowały nas zupełnie inne miejsca, ponieważ chcieliśmy, by były atrakcyjne nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla dzieci. Uważam, że dzięki temu podróż ta była o wiele ciekawsza” – zaznaczył Maciej. Dodał również, że w sumie mieli ze sobą 90 kg bagażu, które wraz z żoną musieli wspólnie dźwigać, co przypominało im harcerskie wyprawy.

Peru. Pływające wyspy z trzcin na jeziorze Titicaca to miejsce zamieszkania Indian Uros. I choć przez turystyczną komercję brak już tam tajemniczości i wyjątkowości, to nadal robią wrażenie / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

PRZYCHYLNI LUDZIE
„Celem naszej podróży było poznanie odwiedzanych krajów, ich kultury, a także ludzi tam żyjących. Dlatego też specjalne wybieraliśmy takie miejsca, żeby tego doświadczyć. Wiele razy byliśmy na tzw. couchsurfingu, czyli mieszkaliśmy w gościnnych domach różnych osób oraz korzystaliśmy z tzw. serwisu workaway, gdzie za gościnę i wyżywienie musieliśmy wykonać drobne prace” – wyjaśnia Agata i dodaje, że było np. pomalowanie pokoju czy wypielenie ogródka. Dzięki temu mogli poznać życie i obyczaje ludzi, którzy pojawili się na ich drodze, co przyniosło im wiele dodatkowych wrażeń.

Gramaccy korzystali także z gościnności Polaków oraz polonijnych organizacji. W Rydze odwiedzili polską szkołę, w Limie nocowali u pewnej Peruwianki, która w latach 70. studiowała w Polsce i pięknie mówiła po polsku.

„Opowiedziała nam wiele fascynujących historii. Dzięki takiej formie tej podróży nie tylko zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc, ale mogliśmy ją także doświadczyć i poczuć. Przez to wracamy niesamowicie ubogaceni, bo możemy teraz nie tylko opowiedzieć, że np. widzieliśmy Wielki Kanion czy pustynię Atakama, ale także wiemy, jak ludzie tam żyją i dlaczego w taki, a nie inny sposób” – dodała Agata.

Z polską gościnnością spotkali się również w Chile.

„Bardzo gościnnie przyjął nas tam polski ambasador. Odbyliśmy z nim bardzo miłą rozmowę w jednej z najbardziej oddalonych od Polski placówek dyplomatycznych” – wspomina Maciej.

Peru, Lima. Otrzymać placki ziemniaczane od Peruwianki, która w latach 70. studiowała w Polsce i do dziś świetnie mówi w naszym języku – bezcenne. Przyjmuje pod swój dach wszystkich zbłąkanych podróżników, głównie Polaków. Gdy Jan Paweł II odwiedzał Peru, wszyscy byli przekonani, że będzie nocował u niej / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

PODRÓŻE KSZTAŁCĄ
Gramaccy porozumiewali się z mieszkańcami innych państw różnymi językami, ale czasem – podobnie jak w Peru – mogli kontaktować się po polsku.

„W krajach Unii Europejskiej, czyli na Litwie, Łotwie i w Estonii, używaliśmy angielskiego, a w Wilnie udało nam się porozmawiać w naszym ojczystym języku – wyjaśnia Agata. – W Rosji musiałam sobie przypomnieć język rosyjski, którego uczyłam się w szkole, i wspomagając się polskim udało mi się dogadywać z ludźmi” – dodaje podróżniczka.

Na problemy w komunikacji podróżnicy natrafili dopiero w Chinach, gdzie – jak się okazało – mało kto mówi po angielsku. W związku z tym, że jest tam dobrze rozwinięta technologia, to znaleźli jednak sposób i wraz ze swoimi rozmówcami używali elektronicznych tłumaczy, znajdujących się w urządzeniach mobilnych. Czasami jednak w związku z tym dochodziło do zabawnych sytuacji.

„Kiedyś przy pomocy takiego tłumacza chciałem kupić w sklepie dżem i po 15 minutach doprowadzono mnie do półki z majonezem” – śmieje się Maciej.

Później, aż do Ameryki Południowej, gdzie przez siedem tygodni mieli do czynienia z językiem hiszpańskim, udawało im się rozmawiać po angielsku.

„Gdy dotarliśmy do krajów latynoskich, tylko ja znałam podstawy hiszpańskiego, a teraz, wracając do domu, właściwie wszyscy w stopniu komunikatywnym mówimy w tym języku” – podkreśla Agata dodając, że poprzez takie podróże świetnie uczy się języków obcych.

„Najłatwiej dogadywały się dzieci ze swoimi rówieśnikami, i to niezależnie od tego, czy znali język, czy też nie. Nieważne, czy to był jakiś plac zabaw, czy też pobyt u jakiejś rodziny, to komunikacja między nimi zawsze była na dobrym poziomie” – twierdzi Maciej dodając, że wraz z żoną bardzo się cieszą z tego, że ich dzieci otworzyły się na inne kultury i różne postrzeganie świata.

„To był jeden z naszych celów. Chcieliśmy im pokazać, że świat jest bardzo różnorodny, w przeciwieństwie do Polski, która ciągle jest w miarę jednolita” – mówi Agata. Poza tym podczas podróży dzieci starały się utrzymywać kontakt ze swoimi znajomymi. Korespondowali z nimi, a nawet czasem robili sobie wideokonferencję.

„Miłą niespodzianką był dla nich list, który koleżanki i koledzy ze szkoły wysłali im do miejsca, do którego mieliśmy dotrzeć w odpowiednim etapie podróży” – wspomina Maciej.

„Z jednej strony dzieci żyją tą podróżą, a z drugiej, dzięki tym kontaktom, doskonale wiedzą, co się dziele w ich szkołach i do czego wrócą” – dodaje żona Macieja.

Kuba, Playa Larga. Gdyby zdjęcie zrobiono 57 lat wcześniej, za plecami skoczka widać byłoby imperialistyczny desant. Zatoka Świń to do dziś miejsce-symbol, w którym obroniono rewolucję / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

EDUKACJA DOMOWA
Dzieci Gramackich nie tylko utrzymywały kontakt z rówieśnikami w Polsce, ale również planowo rozpoczęły naukę w swoich klasach na początku września, a nawet – mimo półrocznego wyjazdu – ukończą ją w regulaminowym czasie. Jest to możliwe dzięki tzw. edukacji domowej, którą ich rodzice zapewnili im podczas podróży.

„Pomiędzy różnymi atrakcjami związanymi z naszym wyjazdem omawiamy z nimi program, który jest aktualnie realizowany w ich klasach. Tak więc musieliśmy się wszyscy przyzwyczaić do tego, że czasem wraz z mężem zamieniamy się w nauczycieli, ale wszyscy to polubiliśmy” – opowiada Agata.

NIEPRZEWIDZIANE SYTUACJE
Wyruszając w świat z trójką dzieci w wieku wczesnoszkolnym Agata i Maciej mieli wiele różnych obaw, zarówno dotyczących bezpieczeństwa, jak i zdrowia, zwłaszcza dzieci. Jednak silniejsza była ciekawość świata oraz wiara w powodzenie tej podróży, tym bardziej że nie była to ich pierwsza wyprawa.

„Im dłużej byliśmy w podróży, tym szybciej znikały wszelkie obawy. Doszliśmy do wniosku, że jest to takie samo życie jak w domu czy podczas różnych wycieczek. W dodatku wszędzie spotykaliśmy bardzo życzliwych ludzi, którzy zawsze służyli nam pomocą lub radą, gdy tylko jej potrzebowaliśmy” – wspomina Agata.

„Harcerstwo nas uodporniło na różne niewygody oraz ich pokonywanie, tak więc chyba najbardziej obawialiśmy się rzeczy nieprzewidywalnych – podkreśla z kolei Maciej. – I coś takiego rzeczywiście nas spotkało. Przeżyliśmy mocne trzęsienie ziemi w Chile oraz 60 wstrząsów wtórnych. Na pewno zapamiętamy to na długo. Dzięki temu wiemy, że należy czuć respekt przed siłami natury. Na szczęście nikomu nic się nie stało, chociaż dla dzieci było to bardzo poważne przeżycie” – dodaje ojciec rodziny.

Na nieprzewidzianą sytuację, która skomplikowała ich podróż, natrafili także w Cuzco w Peru, gdzie biedni lokalni Indianie przez kilka dni w ramach protestu blokowali miasto, więc nikt nie mógł się z niego wydostać, w dodatku doszło tam do ulicznych zamieszek.

Ponad 60-letnie kolorowe taksówki na Kubie, bajeczne karaibskie plaże i wesoła salsa zamazują obraz ponurego ustroju komunistycznego w tym kraju. Dla nas synonimem braku wolności był brak powszechnie dostępnego internetu / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

WSPOMNIENIA
„Każde miejsce było wyjątkowe i kryło w sobie coś innego oraz przynosiło nowe doświadczenie. W jednych była piękna natura, w innych ciekawi ludzie, kultura lub historia, a jeszcze w innych były cudowne widoki” – podkreśla Agata opowiadając o wrażeniach z podróży.

„W moją pamięć najbardziej zapadnie Ameryka Południowa, która okazała się trudnym etapem naszej wyprawy – podkreśla Maciej. – Mieliśmy tam, a zwłaszcza w Boliwii, wiele problemów zdrowotnych, żołądkowych, a nawet związanych z chorobą wysokościową. Trwało to krótko, ale miało miejsce” – wspomina Maciej dodając, że wszystko rekompensowały piękne widoki oraz bliska sercu chrześcijańska kultura, z którą tam się spotkali. Ogólnie wszędzie, gdzie byli bardzo im się podobało.

„Nie żałujemy żadnego kierunku, który obraliśmy, ani miejsca do którego dotarliśmy, a do niektórych zamierzamy jeszcze kiedyś powrócić” – dodaje podróżnik. Jedyny rejon, którym nieco się rozczarowali, był Hongkong, który odwiedzili po raz drugi.

„Pierwszym razem, gdy byliśmy bez dzieci, byłam nim zafascynowana, dlatego też chcieliśmy go odwiedzić ponownie. Obecnie, po przejęciu go przez Chiny, jest on bardzo męczący, co ma związek z agresywną mieszanką kulturową, jaka tam powstała” – zauważa Agata.

Wyjątkowe dla nich były także Stany Zjednoczone, a zwłaszcza jedno miejsce. Zwiedzili tutaj Kalifornię, Nevadę, Utah, Kolorado, Nowy Meksyk, Arizonę, Florydę oraz Nowy Jork.

„Staraliśmy się odwiedzać różne parki narodowe, a zwłaszcza te, których jeszcze nie widzieliśmy” – wyjaśnia Maciej zaznaczając, że jednak po raz kolejny z premedytacją pojechali nad Wielki Kanion.

„To było miejsce naszych zaręczyn, więc, jako że jest to część historii naszej rodziny, chcieliśmy to miejsce pokazać naszym dzieciom” – mówi z dumą Agata.

Amerykańskie przestrzenie i niesamowite łuki skalne w Parku Narodowym Arches dodają dzieciakom podwójnej energii / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

FAMILY ON BOARD
Przebieg całej podróży dookoła świata jest udokumentowany na facebookowym profilu pod nazwą „Family on board”.

„Można tam znaleźć nasze codzienne relacje zwane jako ‚Picture of the day’. Zawierają one jedno zdjęcie z danego dnia oraz krótki opis tego, co się wtedy działo, co nas spotkało, w jakim miejscu byliśmy, a także trochę jego historii” – wyjaśnia Agata.

Wyboru zdjęcia Gramaccy dokonywali wspólnie całą rodziną, a gdy było trudno im się zdecydować na jedno, to z kilku fotografii robili kolaż, który później wrzucali ma swój blog. Prowadzenie tego facebookowego pamiętnika zmobilizowało ich do dodatkowego poszukiwania ciekawostek dotyczących odwiedzanych miejsc.

Również ich dzieci – zwłaszcza Janek i Iga – prowadziły swój dzienniczek podróży, który ilustrowały rysunkami.

„Dzieci robiły to zupełnie inaczej niż my, opisywały w nim swoje spostrzeżenia i doświadczenia. Dzięki temu my wyciągaliśmy wnioski, co ich najbardziej interesuje oraz na czym powinniśmy się skupić podczas dalszej części podróży” – twierdzi Maciej i dodaje, że dzięki temu mają teraz dwie grube księgi pamiątkowe z tej wyprawy.

Joshua tree. Podróż to namiastka życia. Rodzice pokazują dzieciom jedynie kierunek, w którym mają podążać. A potem wystrzelają je w dorosłość / Foto: ARCHIWUM RODZINY GRAMACKICH

INSPIRACJA DLA INNYCH
Wyprawa Gramackich, prócz spełnienia ich marzeń, ma także stanowić zachętę dla innych rodziców do podróżowania z całymi rodzinami. Udowadnia również, że jest to możliwe nawet przy niskim budżecie. Sprzyja temu korzystanie z różnych form tanich lub nawet bezpłatnych noclegów.

„Prócz możliwości zamieszkania u różnych ludzi można zabrać ze sobą namiot, śpiwory i karimaty – podpowiada Maciej. – Poza tym my wiele nocy spędziliśmy w środkach lokomocji, w pociągach, autobusach i samolotach. Nie jest to najwygodniejszy sposób, ale czasem konieczny” – dodaje.

Jego zdaniem, żeby spełniać swoje rodzinne marzenia podróżnicze, nie trzeba od razu wyruszać dookoła świata, czasem wystarczy zacząć od wycieczki poza miasto czy nawet do lasu.

„Najważniejsze, żeby robić to wraz z dziećmi. Mam nadzieję, że tą podróżą uda nam się zainspirować chociaż jedną rodzinę” – podkreśla Maciej. Zdaniem Gramackich, realizacja takich marzeń zaczyna się od podjęcia decyzji dotyczącej konkretnej podróży, a później wszystko zaczyna jej sprzyjać.

„Gdy rozpoczynaliśmy przygotowania do tej wyprawy, to okazało się, że wszyscy dookoła szli nam z pomocą, włącznie ze szkołą, dla której edukacja domowa była zupełną nowością – zdradziła Agata. – Nie ma co się kryć ze swoimi marzeniami i planami. Po prostu trzeba je realizować” – dodała na zakończenie.